poniedziałek, 27 grudnia 2010

Podświętnie

Dni wolne od nauki szkolnej i pracy mijają mi bardzo przyjemnie. Spędzam je jedząc, czytając "Opowieści niesamowite", słuchając ZZ top i ogólnie się obijając. Dobrze, dobrze bo się napisało opowiadanie. Miało być świąteczne, ale wyjdzie noworoczne i jeśli lubisz Indianę Jonesa i Larę Croft, to z pewnością spodoba Ci się moja kolejna blogowa propozycja.
Dzisiaj właściwą część dnia spędziłem u Kulawego. Było bardzo przyjemnie, jak zwykle z resztą. Pogadaliśmy o książkach, usiłowaliśmy skupić się nad filmem, a skończyliśmy wykorzystując map edytora z Twierdzy Krzyżowiec na wszystkie możliwe sposoby.
Święta zleciały mi mało świątecznie i niespokojnie. Rodzina pokłóciła się międzypokoleniowo, nie włączając w to na szczęście mnie. Dziadki vs rodzice, to wystarczająca mieszanka wybuchowa.

środa, 22 grudnia 2010

W święta z buciorami.

Styrałem się układaniem książek na regale, ale jestem zadowolony, wszystko ładnie się pomieściło, a niepotrzebne barachło poszło na strych. Zeby było świątecznej powiesiłem sobie lampki choinkowe na oknie i na schodach, a co! No i oczywiście zacząłem niszczycielskie rajdy na babciną kuchnię. Walka o ciastko to ciężka praca, trzeba uważać, żeby nie zostać wykrytym, a potem szybko uciekać, chyba że chce się dostać ścierka przez łeb.
Pozbyłem się włosów, znowu, ale tym razem jestem w miarę zadowolony z efektu. Na sylwestra będą miały pożądaną długość. Wigilia klasowa udała się moim zdaniem bardzo dobrze, jak na warunki mojej klasy. W okres świąteczny wchodzę zadowolony, z poukładanymi książkami i umówionym mieczowym sparingiem.
Dziś w nocy zabieram się za poważne czytanie "Imienia Róży" . Jest pełnia, więc nie bedę zbyt dobrze spał. Pierwszy deadline tej nocy, strona 120!

sobota, 18 grudnia 2010

Blaga

Byłem wczoraj na krośnieńskim przeglądzie kabaretów młodzieżowych "Blaga" A raczej na występie kilku ponoć kabaretów przed widownią, której miejscem pobytu powinny być raczej trybuny podrzędnego wiejskiego stadionu, a nie fotele w teatrze. Jedzenie, picie, gadanie przez telefon, krzyczenie do aktorów, było nagminne i po pewnym czasie przestało mnie nawet dziwić. Za to ci co nie krzyczeli, jedli itd. siedzieli jak na szpilkach, poczekalni do ginekologa. Serio, tak drętwej widowni nie widziałem już bardzo dawno. Nawet nie potrafili bić brawa.
Oprawa? Jaka oprawa? Parka prowadząca była najbardziej drętwą i najgorszą dwójką konferansjerów w historii. Ja rozumiem, można mieć tremę, ale w pewnym momencie, po prostu staje się tam i wystarczy tylko czytać z kartki. I chyba słowo TYLKO zapadło konferansjerom w pamięci, bo poza czytaniem (bez emocji, intonacji, przecinków, kropek, wykrzykników) nie robili zupełnie nic. Przerwy techniczne trwały latami, a w pewnym momencie czułem się jak na próbie.
Gwóźdź całego przeglądu, czyli uczniowskie kabarety okazały się zbieranina słabych aktorów, beznadziejnych tekstów, taniego humoru, prywatnej widowni (czyli uczniowie szkoły ,znajomi jako jedyni rozumieli rzucane ze sceny gagi) i słabej oprawy. Zagrali kilka piosenek, może i ładnych, ale niezbyt pasujących do kabaretowego założenia przeglądu.
W pewnym momencie ze znajomymi nie wytrzymaliśmy i wyszliśmy, nie czekając na werdykt jury. Jak widać wyżej wyjście na Blagę okazało się zupełnym i totalnym niewypałem. Wieczór uratowało tylko wyjście do baru i palenie tam fajki wodnej w dobrym towarzystwie.

Wyróżnienie dostałem w XI Krośnieńskim Konkursie Literackim za "Nie pora na Węgrzyna"( http://syzmon.blogspot.com/2010/11/nie-pora-na-wegrzyna-wstawa-swit.html ). W nagrodę dostałem Słownik literatury polskiej (przyda mi się do matury, yeah!), fajny atlas z najpiękniejszymi krajobrazami ( nada się na prezent, albo pójdzie do antykwariatu) i "Nad Niemnem" z Grega (sic. trzeci raz to samo).
Kupiłem sobie kubek termiczny z Termita , ma pół litra pojemności, jest z aluminium i wygląda jak dzbanek. Ten nie potłucze mi się jak jego poliwęglanowy poprzednik. Zmieści sie w nim całkiem sporo herbaty, także jest spoko.
Na dniach postaram się wrzucić kolejne opowiadanie.
Świątecznie, korzennie i z hibiskusem.
Na dniach postaram sie wrzucić

czwartek, 16 grudnia 2010

Succes

Zostałem zalany przez książki za dostanie wyróżnienia w konkursie literackim za "nie pora na Węgrzyna"
Jestem z siebie zadowolony, bo zostałem wydrukowany.
Mam nowy kubek termiczny.

sobota, 11 grudnia 2010

"W stylu średniowiecznego, postapokaliptycznego socrealistycznego stalkera"

Udało się! Znalazłem "Imię róży" w antykwariacie. Z natury nie kupuję książek, wolę je pożyczać z biblioteki, po to jest, jednak niektóre tytuły muszę mieć u siebie. "Imię róży" było w bardzo dobrym stanie, dlatego nie zastanawiałem się nad zakupem ani sekundy. Równocześnie kiedy odkładałem sobie bestseller Eca między jakimiś starymi tytułami mignął mi Edgar Alan Poe i jego "Opowieści Niesamowite". Podwójne szczęście. I wtedy pytanie, "to co, bierzesz te dwie, czy szukasz jeszcze jedną i roimy rabat?". Pytanie...
Po pół godzinie szukania, długiego rozpatrywania, który tytuł nie zanudzi mnie na śmierć, da jakąś rozrywkę, ewentualnie wiedzę, a i znajdę na niego czas. Znalazłem półkę z mitologiami i tam szukałem mitologii słowiańskiej. Niestety nie było niczego znajomego i musiałem zadowolić się super opracowaniem mitologii celtyckiej. Zapłaciłem 30 złotych za trzy książki w bardzo dobrym stanie, wyjście bardzo udane. Ponadto zamówiłem "Mistrza i Małgorzatę" który też opłaci się bardziej niż w Empiku. Nawet jeśli się nie opłaci, to i tak kupię go w antykwariacie, a co! Będę miał świadomość, że nie przyczyniłem się do jego upadku, wspierając konkurencję.
Dzisiaj kolejny wypad do lasu. Był najbardziej przesranym, najtrudniejszym i najzimniejszym wyjściem w plener w którym brałem udział. Ziemia była śliska, wiatr wiał jak szalony, a przy okazji padało. Zrobiłem najgłupszą rzecz w życiu i żyję, więc jest sukces. Przy okazji dzisiejsze wyjście było najlepszym ever! No i komentarz mojego kumpla kiedy przechodziliśmy nad jakimś strumieniem po na szybko zrobionej kładce. "Wyglądasz jak pieprzony średniowieczny, postapokaliptyczny, socrealistyczny stalker"
Co za dzień, co za tydzień.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Mikołajem po twarzy

6 grudnia. Mikołaj do mnie przyszedł, zostawił co swoje, zaśpiewał, wyżarł ciastka i poszedł. W szkole pełno czerwonych czapek, a nauczyciele z pianą na ustach tłumiona dobrodusznym uszanowaniem tradycji patrzyli dziś bezkarnie na naszą sielankową niewiedzę. Mnie to bardzo przypadło do gustu i siedziałem bezmyślnie w mikołajowej czapie.
Lovecraft się nie czyta, bo nie mam czasu. Po raz enty już przesłuchuję płytę Kamelot "The black Halo" i dalej jest tak samo boska jak była.
W empiku nie było ani "Imienia Róży" ani "Mistrza i Małgorzaty", innymi słowy dalej nie mam niczego przyjemnie nowego i mikołajkowego. No prawie niczego...
mięta mięta mięta na bolący brzuch.

środa, 1 grudnia 2010

Szarotu

Żyjemy w ponurym otoczeniu naszego szarego kraju. Naprawdę! Tu jest szaro, dopiero od trzydziestu lat Polska, a co za tym idzie Polacy zaczynają nabierać koloru. Czym jest to jednak spowodowane?
To bardzo proste. Przez wiele lat Polska jak wiadomo była pod zaborami. XIX wiek kolorowy na zachodzie Europy przepędziliśmy na wypłakiwaniu oczu nad smutnym faktem nie posiadania własnego kraju. Poza tym cała masa szarości była wysyłana zza granicy przez wieszczów-emigrantów, ślących swoje płaczliwe wiersze do (nieistniejącej, utraconej) ojczyzny. Po odzyskaniu niepodległości też nie było czasu na kolorowość. Nastała wojna, a potem okupacja komunistyczna. Oglądam czasem rzeczy babci z tamtych lat. To wszystko jest albo wyblakłe (nie przez czas, a z natury) albo szare, albo słabo zafarbowane, albo ogólnie niekolorowe!
Kolory są jakimś odzwierciedleniem naszego samopoczucia, ale także wpływają na nie. Ubierając się na szaro-buro i ubierając na równie ponure kolory nigdy nie będziemy wesołą nacją a przecież byliśmy!Sarmacka Polska była bardzo kolorowa!
Totalnie zgadzam się z twierdzeniem, że Polska istniała tylko do czasów odsieczy wiedeńskiej, a potem tylko od czasu do czasu. Tak jak wtedy tak i teraz wszędobylski pesymizm sprowadza na nas ponury nastrój. Płynie to z historii ,Polacy kochają przecież święta narodowe, w których opłakują niepowodzenia i najchętniej robią je w listopadową noc, przez co kolejne pokolenia uczą się tego naszego sceptycyzmu. Media pełne są ludzi, którzy są mistrzami w mówieniu o tym, jak to jest do dupy. Otaczamy się aurą szarości i marazmu.
Dlaczego nie ma obchodów bitwy pod Kircholmem, albo Chocimiem!? Przecież te zwycięstwa powinny być dniami ustawowo wolnymi od pracy, a nie 3maja, kiedy wprowadziliśmy konstytucję. Dobra, na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się super. Wprowadziliśmy rewolucyjną konstytucję, pokazaliśmy środkowy palec Moskwie, ale święto 3 maja to doskonała okazja do wspominania o nieudanych powstaniach, wywózkach i smutnym Mickiewiczu, bo w końcu 3-majowa konstytucja gówno dała.
Dopiero teraz Polacy wracają do kolorów i nie chodzi tu o mody, wystarczy porównać zwyczajnie np. nasze reklamy z lat 50 i amerykańskie, brytyjskie, hiszpańskie. Socjalizm obrał nas do reszty z wesołości i kolorów (poza czerwonym).
Bądźmy kolorowi! Jak herbata wieloowocowa w pstrokatym kubku!

niedziela, 28 listopada 2010

sobota, 27 listopada 2010

H.P. Lovecraft

Każdy, kto lubi dobry horror powinien sięgnąć po "Opowieści o makabrze i koszmarze" H.P. Lovecrafta. Książka ta, to bardzo ładnie wydany zbiór opowiadań tego mistrza horroru. Jest to horror specyficzny obfitujący w słowa takie jak koszmar, zapomnienie, niewyobrażalne zło, makabra. Uderza raczej w podświadome instynkty czytelnika, a nie w jego wynaturzoną, przerysowaną wyobraźnię. Sam średnio lubię horrory, ale te czytam z najwyższą przyjemnością i wymaganym w tym gatunku dreszczem i swego rodzaju dyskomfortem.
Nie jest to oczywiście literatura dla każdego, ciężko się to czyta, akcja opiera się raczej na pierwszoosobowej narracji, przywodzącej na myśl straszną opowieść przy ognisku opowiadaną przez Larę Croft po habilitacji. Dialogów jest mało zdrowego rozsądku jeszcze mniej. Konstrukcja jest ciekawa i wymaga wejścia w gęstą atmosferę psychodelicznego horroru. To nie jest książka do poczytania przy kominku w jesienne popołudnie przy dobrej herbatce. Ten zbiór opowiadań powinno się czytać w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym, w środku nocy w trakcie burzy, tylko przy zapalonej świecy, a w tle powinna się sączyć ambientowa muzyka chóralna przetykana taśmami z egzorcyzmów Emily Rose i odgłosami lasu w Nowej Anglii. Takie otoczenie wprowadziłoby czytelnika w pełnię klimatu.
Miłej lektury.

czwartek, 18 listopada 2010

Czendżys

Jak widać Blog się zmienił. Postanowiłem pisać więcej, dużo dużo więcej. Kończy się najbardziej obładowany sprawdzianami okres. Lista książek do poczytania wydłuża się nr.1 wypożyczony dzisiaj rano- Jacek Piekara "Charakternik"

Umęczyłem w końcu te "galeony wojny", obydwa tomy. Świetna powieść, z zakończeniem dopisanym chyba w drodze do wydawnictwa, ale tak zaskakującym, przewrotnym i doskonałym, że dla samego tylko rozwiązania gęstej fabuły warto przeczytać obydwa tomy. Nie wolno pominąć oczywiście nieziemskiego opisu bitwy pod Oliwą, który jest wspaniałą nagrodą przedzierania się przez morską terminologię i zawiłe czasami dziwaczne zwroty akcji. Jednym słowem książka świetna i godna polecenia.


niedziela, 14 listopada 2010

Nie pora na Węgrzyna


Wstawał świt, pierwsze promienie marcowego słońca sączyły się przez szczeliny zawartych okiennic. Spał jeszcze, kiedy sługa wpadł do sypialni.
-Panie! Czekają was na parterze. Nalegają, byś zszedł.
-Kto u licha?
-Rajcy!
-Znowu? Same z nimi problemy. Powiedz im, że za moment zejdę. Nalej im wina i każ czekać.
Po kwadransie zeszedł do Swoich gości. Andrzej Gierlicki i Tomasz Teterlik kręcili się niespokojnie.
-Nareszcie jesteście! Posłańcy przynoszą straszne nowiny! W mieście panika. Przepraszam, że pana budzimy panie komendancie, ale musisz wiedzieć.
-Co się dzieje?- zapytał Wojciech zdezorientowany porannym zamieszaniem.
Gierlicki swoim zwyczajem postąpił krok do przodu, podkręcił wąsa, odchrząknął i niemal krzyknął, łamiącym się głosem,  choć starał się opanować.
-Rakoczy nadchodzi! Za sobą ma niemal pięć tysięcy zbrojnych i kilka armat. Idzie do nas z zemsta za zuchwalstwo mieszczan. Pali wszystko na swojej drodze. Najpóźniej za tydzień będzie już w Potoku!
Portius pobladł i aż usiadł. Sługa nalał mu pełną szkalnicę wina, którą pan wypił duszkiem. Odchrząknął i siląc się na spokój zapytał.
-Dlaczego dowiadujemy się o tym tak późno?
-Donieśli nam, że pułki Rakoczego przedzierały się przez Bieszczad, toteż nikt nie spodziewał się takiej ich liczby.
-Należy w takim wypadku sposobić się do obrony miasta.
Wstał z ławy, czym dał znać swoim gościom o końcu rozmowy.

Ogłoszono alarm i natychmiastowy pobór wszystkich mieszczan zdolnych do walki.
W kuźniach od świtu do późnej nocy wykuwano szable, miecze i topory. Rozesłano posłańców do króla i okolicznych osad z prośbą o pomoc. Na gwałt wzmacniano baszty
i blanki na murach oraz pogłębiano fosę.
Wojciech Portius wszedł do garnizonu i spojrzał po ogorzałych twarzach chłopów, którzy przyszli zapisać się na pobór.
-Tylko tylu? -zapytał dyżurnego.
-Tak, panie komendancie. W sumie tysiąc sześciuset zdolnych nosić broń-dodał zaglądając do rejestrów.-Nie mamy co liczyć na armię koronną, hetmani odpierają Szwedów i Kozaków na północy. Król modli się za nas na Jasnej Górze. To jedyna pomoc, jakiej możemy od niego oczekiwać.
Zdyszany posłaniec wbiegł na dziedziniec i podbiegł do komendanta.
-Od strony bramy węgierskiej idzie kolumna. Powiewa nad nimi sztandar z orłem. Posiłki przybyły.
Wojciech pobiegł do bram i kazał natychmiast otworzyć wrota i wpuścić pomoc. To przybył ksiądz Mikołaj Farnca i jego piechota chłopska. Ich czyny zdołały obrosnąć legendą po szalonych rajdach na oddziały tureckie i węgierskie pod Sanokiem i Leskiem.
O bruk zadudnił równy marszowy krok ludzi księdza Mikołaja. Widząc tych zaprawionych żołnierzy w Portiusie ożyła nadzieja na zwycięstwo.
-Wszelki duch Pana Boga chwali! Księże Mikołaju kochany, jaka szkoda, że nasze spotkanie przyśpieszyły takie smutne okoliczności.
-Pochwalony niech będzie, na wieki wieków. Witaj Wojciechu. Mnie również smucą zaistniałe okoliczności a i wieści mam nie lepsze. Jerzy Rakoczy nie dalej jak dwa dni temu splądrował i spalił Duklę. Najpóźniej jutro będzie u bram Krosna.
-Na Boga! Wiesz coś o jego sile? Liczbie wojska?
-Idzie na czele najwyżej trzech i pół tysiąca. Ciągnie za sobą kilka armat. Ludzie jego zmęczeni i znużeni długim marszem. Hospodar jednak zdeterminowany złupić miasto.


Wojska Rakoczego pojawiły się w okolicach miasta rankiem następnego dnia. Podjazdy dotarły aż na przedmieścia Węgierskie i Krakowskie, gdzie podłożyły ogień. Spłonął również młyn. Z murów usiłowano razić podjazdy z rusznic, nie robiło to jednak wrażenia na rączych węgierskich rumakach. Miasto zostało odcięte. Na wszystkich drogach stały węgierskie patrole, a armaty dzień i noc usiłowały rozbić mury miejskie. Po trzech dniach hospodar zarządził szturm. Piechota atakowała na trzech frontach równocześnie. Bitwa wrzała na murach i blankach, kiedy Portius wdrapał się na wieżę kościoła farnego, by mieć dokładny wgląd na całą sytuację.
Przedmieścia zostały spalone do gołej ziemi. W murach ziało kilka wyłomów bronionych zaciekle przed węgierskim naporem. W dachach kamienic bomby zrobiły kilka dziur, wywołały nawet mały pożar, ugaszony jednak sprawnie. Sytuacja była krytyczna. Wojciech zbiegł na rynek i rozkazał odwodom księdza sposobić się do bitwy. Sam pobiegł do swojej kamienicy. Tam nakazał sługom wyjąć stary kufer, należący jeszcze do jego dziadka. Założył czarne szarawary i koszulę. Na to założył ozdobny rodzinny kil. Kraciasty pas należący do jego rodu od pokoleń. Wyjął dobry szkocki pałasz i wykonał nim kilka szybkich cięć. W statecznym kupcu obudził się szkocki góral. Wojownik i dzielny obrońca.

Wybiegł do Polaków, którzy powitali kapitana gromkimi okrzykami.
-Księże Mikołaju! Idź do kościoła i odpraw za nas mszę z procesją na mury. Proś Matkę naszego Pana o zwycięstwo. A wy żołnierze -zwrócił się do ludzi księdza- walczcie zaciekle! Nie dajcie się zastraszyć i pamiętajcie, że sprzyja nam Bóg!
Wyjął pałasz i zakręcił nim młyńca nad głową, czym dał znak do wymarszu.
Wyszli Bramą Węgierską, po potrzaskanym zwodzonym moście. Węgrzy nie spodziewali się wydania im bitwy pod murami, przerzucili jednak sporo wojska naprzeciw Portiusowi i jego ludziom. Dali ognia w Polaków i rzucili się do ataku. Portius nie pozostał dłużny Madziarom i dał dwie salwy w nacierających, którzy stracili nieco animuszu.
Wpadli na siebie. Pierwszego przeciwnika Wojciech pchnął pod żebrami, drugiemu wybił szablę i ciął na odlew przez ramię. Nad miastem rozbrzmiewały dzwony. To procesja wyszła z kościoła. Tego potrzebowali walczący. Ze zdwojoną furią uderzyli na wrogów, odpychając ich nieco. Wojciech dał znak do następnej salwy z muszkietów, po czym poprowadził swoich ludzi na przegrupowujących się żołnierzy. W tłumie mignęła mu znajoma twarz. To był Jarko Firlej! Brat wojewody lubelskiego procesujący się z Krosnem od pięćdziesięciu lat. Psi syn sprzymierzył się z Turkami i zaatakował znienawidzony gród nad Wisłokiem. Wojciech przedarł się między walczącymi i dopadł Jarosława, tego zmroził widok Szkota brudnego od potu, kurzu i posoki. Portius zbił cięcie na głowę i zripostował celując w zęby przeciwnika, ten zasłonił się i zbił uderzenie. Komendant szarpnął się w bok, unikając ciosu jakiegoś Madziara. Upadł na ziemię, Jarek zamachnął się, by przyszpilić Portiusa do ziemi, kiedy ten wyjął pistolet i pociągnął za spust. Bitwa na chwilę zamarła. Wszyscy zdawali patrzeć się na postrzelonego dowódcę węgierskiego natarcia, powoli osuwającego się na ziemię. Wojciech dźwignął się i zobaczył księdza i Matkę Boską z Krosna na murach. Widok ten dodał otuchy nie tylko jemu, ale także pozostałym krośnianom, którzy bez rozkazu ruszyli ku rozbitemu przeciwnikowi. Kula jednej z armat trafiła prostu w dzwon kościelny, który zadźwięczał nieczysto i odpadł. Dźwięk ten oznajmił ostateczne zwycięstwo i odparcie Węgrów spod Krosna.

Do miasta weszli witani jako bohaterowie. Niosąc zdobycze z obozu Rakoczego
i ciągnąc za sobą dwie armaty. Wojciech Portius wjeżdżał na zdobycznym rumaku, za nim obładowani łupami wracali chłopi i mieszczanie z oddziałów broniących miasto. Po zwycięstwie na koszt Szkota urządzono na rynku biesiadę. Zdani na siebie, z pomocą Bożą dali radę odeprzeć wroga. Jedną z armat Portius kazał przetopić na nowy dzwon, który do teraz można usłyszeć w trakcie spaceru po rynku.

poniedziałek, 8 listopada 2010

Historia jak żywa

Zaczynam zabawę z rekonstruktorką. Będę odtwarzał okres XVII wieku. Kompletuję dwa stroje: kozacki i mieszczański. O ile kozacki nie pozostawia wielu pytań, to mieszczańsko-szlachecki strój to już coś! Co więcej, będę rekonstruował nie kogo innego jak Wojciecha Portiusa. Tak tego Szkota od win. Szabla już się kuje, a pozostałe elementy stroju są skrupulatnie kompletowane. Nie mogę się doczekać momentu, kiedy zaciąży przyjemnie w dłoni i kiedy stanę oko w oko z przeciwnikiem.
Niedługo wrzucę opowiadanie z Portiusem w roli głównej.


środa, 27 października 2010

Ważny sen


Listopadowe wieczory są najbardziej znienawidzonym okresem roku. Cały dzień najchętniej spędziłoby się w łóżku z dobrą książką, wiadrem herbaty i muzyką gdzieś z głośników. Czas snuje się między latarniami zapalającymi się na przemian to za późno, to za wcześnie. Ogromne, czasami przytłaczające ilości nauki nie dodają wcale kolorytu temu okresowi. Każdy ze zniecierpliwieniem wygląda zmiany czasu, dodatkowej godziny snu. Godziny, która może tak wiele zmienić. Jak można na to wpłynąć? Kontrolując swój sen. Jak to zrobić? Jak do tego podejść?
Zacząć należy od sprawdzenia dokładnego czasu jednego snu. Chodzi tu o pełną długość fazy REM i NREM. W moim wykonaniu jest to około półtorej godziny, co jest pewną normą. W praktyce wygląda to tak, że każdy po wypełnieniu jednego takiego "pełnego snu" przebudza się. Mózg nie dostaje bodźców, jest ciemno, cicho, więc wracamy spać. Aby się wyspać budzik należy ustawić w momencie, kiedy ten półtorej godzinny cykl się kończy, czyli odpowiednio 1,5 ; 3; 4,5; 6; 7,5 godzin od zaśnięcia. Błędem jest określenie czasu snu, potrzebnego do wyspania się na 8 godzin. Po 8 godzinach snu budzimy się w połowie fazy, co wiąże się z mało przyjemnymi efektami (senność, ociężałość, suchość w gardle). 8 godzin to czas potrzebny do pełnego odpoczynku po ciężkiej pracy, a nie do wyspania się. Do wyspania się wystarczy jeden pełny cykl snu (1,5 godziny), tyle że organizm szybciej się zmęczy, gdyż nie zdążył się do końca zregenerować. Po zakończeniu cyklu, następuje lekkie przebudzenie się i jeśli mózg dostanie silny bodziec w postaci budzika, obudzicie się wypoczęci. Jeśli jednak nie trafi się w moment tego spłycenia snu o kilka-kilkanaście minut, to zaczyna się znowu faza NREM i obudzeni do szkoły wstajemy nieprzytomni.
Brzmi to zdecydowanie dziwnie i niedorzecznie, jednak jeśli komuś chce się pobawić z własnym organizmem, by wstawanie nie zaczynało tragicznie dnia, a jedynie stanowiło płynne przejście z łóżka do autobusu, to polecam. Samemu łatwo zauważyć że czasami wstaje się wypoczętym mimo niedługiego snu, a czasami po 8 godzinach łóżko zostaje magnesem, a kołdra kloszem.

sobota, 23 października 2010

Borem lasem

Sobotnie całodniowe zniknięcia z domu weszły w nawyk. Tym razem zwiedziłem korczyńskie lasy, górki no i oczywiście prządki. Wdrapałem się nawet na najwyższą skałę, gdzie wiało. Jak wiało? Epicko wiało!
Wyjście wyjątkowo udane, zgadałem się przez całą drogę z Kacprem, chociaż nasze rozmowy odbywają się pod hasłem "pożywka dla mózgu, a Ty niewtajemniczony nic z tego nie zrozumiesz". Jest tak ponieważ idąc potrafimy przejść przez wszystkie znane nam tematy, mówiąc wyłącznie hasełkami, albo kabaretowymi gagami.

Jestem z siebie dumny. Czechosłowacka pralka wygrała w Rzeszowie.

niedziela, 17 października 2010

Dance kazaczok with me!

Byłem na Kozakach Rosji, show kozackim, składającym się z muzyki i tańca. Była to najdoskonalsza rzecz jaką kiedykolwiek widziałem. Było wszystko co kocham, była broń, piękne tancerki (do których zawsze miałem słabość), dwie harmonie, nawet mała armatka. Ciężko jest opisać to słowami. Jedyne, które cisnęło mi się na myśl przez cały występ to:


EPICKO

Były charakterystyczne elementy tradycyjne do bólu, czyli żupany, szable, sztandary, lance etc. I elementy w
długiej historii kozactwa goszczące od niedawna, nowe chciałoby się rzec, takie jak stroje telefonistek z 2WŚ, flaga Związku Sowieckiego, która przewijała się przez cały występ.
Muzyka, oprawa wizualna oraz popisy Kozaków zapierały dech w piersiach. Jak się uda to wrzucę tu jakieś filmiki z tego szoł.

Do obaczyska, wracam nad historię.

poniedziałek, 11 października 2010

Postconventae

Navi Navi i po navi.
Nawikon średnio udany. Prelekcje beznadziejnie rozrzucone, konkursów dla mnie mało, nie przyjechał ani Lublin ani Zamość, dlatego też w sobotnie popołudnie stwierdziliśmy że wracamy do Krosna.
Tygodni tak zakręconych jak ubiegły było mało. Codziennie sprawdziany i masa nauki, zakończone Dniem Wybrańca Losu- czyli 24h pecha.
Ojciec jedzie do Moskwy na półtora miesiąca, będę tęsknił za tym raczej małomównym stworzonym do bycia żołnierzem człowiekiem.
W związku z nadchodzącymi długimi zimnymi wieczorami poczyniłem niezbędne przygotowania. Znalazłem ciepły koc, naznosiłem na górę drewna do kominka i kupiłem herbatę owocową.
W tym tygodniu dużo luzu, a jak się poskłada tak jak ja chcę żeby się poskładało to i coś skrobnę.

Kupiłem podręcznik do Sawage Worlds
Przeczytałem podręcznik do Sawage Worlds
Przetestowałem mechanikę
Piszę scenariusz
Szukam graczy! pilnie.


wtorek, 28 września 2010

Opad

Zaczęło padać. Fuj! nie znoszę deszczu, lubię kiedy jest zimno, jesiennie i szaro, ale kiedy nie pada!
Wrzesień jest miesiącem ognisk zdecydowanie, gęste dymy zmieniają zwykłe popołudnie w epicki, nieco tajemniczy obraz. Załatwiam sobie pałasz, zakochałem się w Yerba mate i kupiłem spodnie.
Tydzień zapowiadał się bossssko(czyt. lenistwo) a skończyło się jak zwykle, nauką. Poznałem kolesia z Maroko, Malezyjkę i Łotyszkę (hot). Polubiłem tą trójkę studentów, w sumie szkoda, że siedzą tu tak krótko.
Powoli w kalendarzu zaczyna majaczyć widmo konwentu. Nawikon już 8 października! Będzie fun.
Na zakończenie tej chaotycznej notki spodziewacie się czegoś szczególnego?
Cóż innego pozostaje mi do napisania poza
Yerba Lemon rządzi!

niedziela, 19 września 2010

A eufemizm swoją drogą.

Powrót rutyny. Rutyny tak oczekiwanej, której tak się bałem, ale rutyny przyjemnej, celowo codziennie przełamywanej przy pomocy przyjaciół i własnych nietuzinkowych pomysłów. Rutyna przestaje być rutyną i zmienia się w codzienne przygody wpadające w rutynę. Małe przyjemności, wielkie zwycięstwa i spektakularne porażki, to wszystko można zamknąć w 24 godzinach, w ciągu których kolejni władcy upadają, a następują kolejni. Dynastia rozgoryczenia robi miejsce nowej koronowanej głowie czarnego humoru. Dzień za dniem. Cały wic polega na tym żeby umilać sobie czas jak tylko się da i kiedy tylko się da. Carpe Diem!
Zielono mi w filiżance herbaty.

sobota, 11 września 2010

Baron Cygański


Festiwal Narodowy w Żarnowcu odbywa się regularnie od sześciu lat. Organizowany jest przy Muzeum Marii Konopnickiej i jest imprezą plenerową. Jedyną w swoim rodzaju imprezą plenerową. Za każdym razem pod dworek ściągają artyści z zespołu Mazowsze (niestety w okrojonym składzie), stałymi gośćmi imprezy są także artyści Opery Śląskiej w Bytomiu (także niestety w niepełnym składzie). Poza występami tych gwiazd odbywają się także okolicznościowe uroczystości w wykonaniu artystów z regionu i nie tylko. W tym roku odbędzie się także koncert z okazji 100lecia śmierci Konopnickiej.

Baron Cygański był niesamowity. Soliści byli klasą sama dla siebie, a orkiestra przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Operetka Straussa obfitowała w momenty zabawne oraz w ciekawe zwroty akcji. XIXwiecznego klimatu dodawała naturalna scenografia parku oraz majaczący obok dworek Konopnickiej- dar od narodu. Świetne stroje, scenografia oraz oczywiście choreografia baletu działającego przy Operze dopełniły dzieła. Najlepszą sceną był powrót wojsk do Wiednia, uśmiałem się, a przy okazji moje oczy zostały nakarmione przepychem węgierskich mundurów i falban dam. O dziwo pogoda dopisała. No dopisała to może dużo powiedziane, ale dokładnie na czas spektaklu przestało padać, a zaraz kiedy owacje (na stojąco) ustały zaczęło mrzyć.

Każdy kto lubi teatr klasyczny, opery i mieszka w okolicach Krosna, a nie przyszedł do Żarnowca powinien żałować i nadrobić to w przyszłym roku. Z całego serca polecam!

sobota, 4 września 2010

Damn it

Skończyły się wakacje! Skończyłem je z pompą- chorobą. Teraz już nie jestem chory, a z wakacji jestem zadowolony. Zrobiłem kilka rzeczy na których mi zależało, przeczytałem dobre książki, obejrzałem dobre filmy. Wziąłby się do roboty, co?

czwartek, 19 sierpnia 2010

Europejska szkoła walki mieczem



Każdy kiedyś pomyśli sobie "To jest dobre". Bóg pomyślał tak, kiedy ulepił człowieka, Franek pomyślał tak kiedy wziął do ręki aparat, a profesor Fundakowska kiedy pierwszy raz przyszła na komisa w sierpniu. Tak pomyślał i Syzmon kiedy pierwszy raz w ręce przyjemnie zaciążył bokken. Niby nic wielkiego, ot zwykły dębowy kij wyprofilowany w kształt katany. Jednak ktoś kto od dziecka kochał broń i wszelkiego rodzaju militaria pomyśli sobie ooo tak maleńka! Zwlekałem z zakupem długo nie bez powodu. Z natury bokkenem walczy się jak kataną, czyli po japońsku. A tu wkracza bushido, czyli etos wojownika. Walka staje się powoli styl;em życia, a ja od bushido wolę jednak chanoyo. Poczytałem trochę w internecie i poznałem podstawowe tajniki europejskiej szkoły. Zapytacie co to? Już odpowiadam! W Europie wieków średnich na polach bitew królowała niepodzielnie jazda. JEdnak kiedy rycerz zsiadał z konia do akcji wkraczał miecz. Poza tym wszelkiego rodzaju wojska zaciężne, górale i wojownicy używali długich (półtoraręcznych) mieczy.
Kilku mądrych mnichów zapisało wszystkie zasady używania tychże mieczy w traktatach i w ten sposób znam podstawy niemieckiej szkoły walki mieczem.
Trening polega na ćwiczeniu techniki, siły, szybkości i taktyki walki, oraz ze sparingu, czyli jak to ładnie Dark ujął "walce na pełnej kurwie". Wracając człowiek jest obolały i zadowolony. Zadowolony jak diabli.

Chyba rozumiem czemu tak chętnie chodzisz na siłownię Kacper.

Po treningu zielona herbata. KONIECZNIE!




środa, 4 sierpnia 2010



Zaczęło się niewinnie, jak zwykle z resztą wszystko się zaczyna. Po porannej herbacie i śniadaniu nie miałem za bardzo nic do roboty więc zadzwoniłem. "Kuba, co robisz, jesteś w Jedliczu?" "Taa, a co?"
Piętnaście minut później stałem już na klatce schodowej i usiłowałem dostać się do środka. Kuba oglądał akurat top gear, więc powiedziałem mu zakończenie całego odcinka. Na wyjazd zgodził się bez problemu. Jeszcze tylko sprint do piwnicy po rower, trochę prowiantu i aparat. "Narowerach?" zapytałem zniesmaczony, bo miałem ochotę połazić po lesie. "Pojedziemy dalej"- W sumie miał rację. No to wróciłem do siebie, zabrałem wodę i wyciągnąłem arcy-wygodny turingowy rower (holenderkę). Jeszcze tylko wyzerowanie liczników i stoperów i można startować. Pierwszy punkt- Hajdasz!
Pogoda dopisywała, było ciepło i bezwietrznie. Droga pusta i niezbyt dziurawa. Dojechaliśmy do Zręcina i zamiast skręcić w kierunku kościoła jak to zwykle robiliśmy, to pojechaliśmy w prawo. Górka jak górka, zmiana przerzutek na tryb podjazdu i można atakować.


Taa kurwa, górka jak górka... wcale nie, potwory takie jak ten podjazd z czasem dostają duszy i za wszelką cenę chcą ze swojego wyasfaltowanego grzbietu zrzucić każdego śmiałka. Nie daliśmy się i dotarliśmy na szczyt.
Morderczy podjazd opłacił się i powiew wiatru na szczycie oraz niesamowita panorama zrekompensowały ból nóg.

Rzut okiem na mapę i już możemy jechać dalej. Podjazd okazał się dopiero połową zabawy. Po 100 metrach zjazdu w dół oczom naszym ukazał się widok jeszcze potworniejszy. Myślałem, że to koszmar. Kuba skomentował to krótko" Wyplujemy płuca". Otóż moi drodzy, na szczycie jednej "złej" góry wyrastała druga, jeszcze większa. Prosta wyasfaltowana niedawno (dzięki Ci Unio!) droga prowadziła na szczyt. O trudach podjazdu pod 1100metrów o masakrującym kolana nachyleniu nie mam się co rozpisywać. Całkiem niedaleko powietrze młóciły wiatraki a za nami była jakaś wieża komunikacyjna. Szczyt okazał się zbawieniem. Niesamowita panorama, przyjemny wiatr i odrobina cienia. Postój przeciągnął sie przez moją oponę, która w podejrzany sposób szybko traciła powietrze. Dobiłem więc powietrza do oporu i zaczęliśmy to, na co tak długo czekaliśmy. Jak powszechnie wiadomo każdy kij ma dwa końce, a każda górka ma dwa zjazdy. Potworna wspinaczka miała zostać zrekompensowana przez zjazd. ponad 2 kilometry idealnie asfaltowej drogi wijącej się między polami na zboczu monstra, na które udało nam się wtoczyć. Na mapie wyglądało to ładnie, biała kreska przyjemnie wijąca sie między poziomicami. W realu okazała się to najlepsza droga , jaką jechaliśmy kiedykolwiek.
Po pierwsze nie trzeba było pedałować, po drugie każda prędkość powyżej 40 na rowerze zmienia sie we frajdę samą w sobie, a jazda po tej krętej trasie 45 na godzinę była niesamowita. Widoki, jak z resztą widać na zdjęciu powyżej (zdjęcie ze szczytu) cieszyły oczy w trakcie zjazdu. Niestety duża prędkość sprawiła, że droga wydała się krótka, mimo to cholernie satysfakcjonująca. Dojechaliśmy do Faliszówki(?) i zasiedliśmy nad mapą przy butelkach wody. Najpierw 5 minut podniecaliśmy się drogą, a potem stwierdziłem, że nie ma sensu wracać na obiad i zamiast do Hajdasza pojedziemy do mojej rodziny w Sulistrowej (pierwotnie myślałem o przejażdżce do rodziny w Głojscach, ale tamtejsze drogi są beznadziejne, a moja znajomość terenu żałosna). Z Faliszówki po małym zamieszaniu z kierunkiem jazdy ruszyliśmy w kierunku Żeglec.
Droga wiodła jak ja to nazywam "Podkarpacko" czyli naprzemienne zjazdy i podjazdy powykręcane jak ręce paralityka próbującego zrobić "idzie kominiarz". Niespecjalnie ciekawe widoki, dużo postojów związanych z pompowaniem mojej tylnej opony.
Kolejnym godnym uwagi punktem była górka w Chorkówce, której Kuba nie dał rady (ha a ja podjechałem!) tam kolejny rzut oka na mapę i dawaj przed siebie. Ciągła jazda pod górkę dała w kość i mieliśmy serdecznie dość podjazdów, ale przed nami majaczyło widmo makabryczne i straszne. Kuba o tym nie wiedział, ale ja to znam z doświadczenia. Otóż aby dostać się do wsi takich ja Kobylani, Sulistrowa itp trzeba pokonać spory las. Pokonać, czyli cały czas jechać pod górę. Długą i męczącą, a z naszą kondycją nie jest najlepiej (pusty demoniczny śmiech Juszczyka) . Postój w lesie, schłodzenie głowy w leśnym strumyczku i sweet focia.
Zamaskowane w lesie rowery czekały na swoich jeźdźców.
Górka chciała naszej śmierci. Zrzuciła Kubę z roweru, mi prawie rozerwała kolana. Ta także miała duszę i to tak cholernie wredną , że gdyby była człowiekiem najpierw zaproponowałaby Ci ciastka, tyle że w tych ciastach byłby osobisty wkład jej wielkiego czarnego brata.
Zjazd nie był zbyt satysfakcjonujący po mało stromy i krótki oraz zakończony następnym podjazdem. Prosta droga z Kobylan do Sulistrowej dłużyła się bez skrupułów, ale w końcu dotarliśmy, gdzie entuzjastycznie powitała nas moja ciocia. Osobliwy obiad w postaci 2 centymetrowej grubości kawałka szynki i równie grubego plastra sera w bułce zaspokoił głód.
Kożystając z faktu, że byliśmy u rodziny, postanowiłe zrobić porządek z upierdliwą dętką. Po fachowym badaniu dętka okazała się cała. Opona równierz. Nie pozostało nam nic innego jak tylko napompować ją kompresorem do 2,5 atmosfery i zamontować .
Droga powrotna była niezwykle satysfakcjonująca. Po pierwsze byliśmy nieco wypoczęci a po drugie prowadział prawie cały czas w dół. Na szczycie górki-mordercy stał dumny znak "Ograniczenie do 30 km/h" Na moim liczniku pojawiło sie dumne 61,7 a na liczniku Kuby 63,2. Więc zjazd był wyjątkowo przyjemny. Przez Zręcin wracaliśmy już spokojnie gadając tylko o tym jak to fajnie wraca się cały czas z górki.
Przednia zabawa, wyjątkowo satysfakcjonujące zjazdy nagradzające karkołomne podjazdy. Kocham to Podkarpacie.



sobota, 31 lipca 2010

Sierpniowo!

W końcu w końcu w końcu!
Przyszedł ukochany miesiąc. Koniec upałów, koniec ukropu, witaj rześki poranku i przyjemna nocko! Witajcie wyjazdy, namioty i co tylko!
Pogoda się poprawiła na taką jaka ma być. Jestem cały happy i wczoraj sobie pokorzystałem z okazji wyjazdu. 47 kuźwa kilometrów. Trasa szalona, turingowy(?) rower wygodny, sakwy cholernie ciężkie, podjazdy strome, Kuba marudny. Jedlicze-Zręcin-Hajdasz-Żeglce-Chorkówka-Kobylany-Sulistrowa- zmiana dętki-Sulistrowa rodzina i szynka z bułką-Kobylany-Chorkówka-Zręcin-Jedlicze. Widoki były zajebiste pogoda dopisała i warto było, każdy chętny na podobnie lub mniej makabryczne eskapady może walić jak w dym. Z nowości, to założyłem sobie Lasta. Mam go co prawda od ponad roku, ale leżał nieużywany nazywam sie jakże zadziwiająco BadRedDevil. No co? Pierwsze co mi wpadło do głowy oglądając Hellsinga i czytając że "Nick: Syzmon jest już zajęty".
Straciłem całą muzykę. Całą, nie dwie płyty, nie pięć. 13 kurwa giga. I tak z 19 płyt Kamelot zostało 19 piosenek, jedna płyta Systemu, na chomiku ostała się Dalriada, z 7 płyt ZZ top uzbierałem po komórkach i mp3 i 4 15 kawałków. Pogrom 1300coś piosenek poszło się srać. "Dlaczego" zapytacie. Już mówię, ojciec zainstalował Kiesa (program do obsługi dotykowego Samsunga) w c\docs and settings\moje dokumenty. Po czym odinstalował to cholerstwo z całą zawartością, czyli muzyką, książkami, opowiadaniami, obrazkami i sejvami gier.
Wpuścili mnie do samochodu! Jeździłem po rafineryjnym parkingu i zgadnijcie co! JEstem cały i zdrowy, Peżot nie zmienił sie w pędzącą kulę ognia i kilka razy mi zgasł, ale zabawa była przednia. Top Gear, strzeżcie się! Nadchodzi nowy Stig.
Oglądam nałogowo Top Gear, wszystkie serie, doszedłem do współcześnie emitowanej na BBC 15 serii. Jest boska! Przy okazji oglądam Doctor Who, najdoskonalszy serial wszech czasów. Niskobudżetowe efekty specjalne, niesamowita fabuła, doskonała gra aktorów i świetny świat przedstawiony. To wszystko plus wieloletni staż serialu (1966-2010 i dłużej) czynią z niego jeden z najlepszych tytułów, jakie widziałem ever!

Skrótowo przedstawiłem okres kiedy nic nie pisałem, obszerniejsza fotorelacja z 47 kilometrowej eskapady już wkrótce.


środa, 14 lipca 2010

Pod Lupą: Ani Mru Mru

Z racji faktu, że są wakacje postanowiłem coś napisać, a że nie mam za bardzo pomysłu na jakieś co bardziej ambitne opowiadanie zacznę recenzować coś na czym znam się chyba najlepiej... Kabarety. Dużo już w swoim życiu widziałem, wiele skeczy niemal na pamięć i pora podzielić się uwagami i spostrzeżeniami na temat tej akurat dziedziny kultury. Oceniał będę Imidż, sedno czyli rodzaj humoru, wykonanie, oraz inne elementy wpływające na odbiór kabaretu.

Moje recenzowanie postanowiłem zacząć od kabaretu, od którego moje zainteresowanie polską sceną kabaretową się zaczęło. Kabaret Ani Mru Mru, pochodzą z Lublina (mojego ulubionego miasta), a tworzą go Michał Wójcik, Marcin wójcik (to nie bracia!) i Waldemar Wilkołek. Grupa działa nieprzerwanie od roku 1999.

Imidż: Standardowe białe koszule i ciemne długie spodnie. W skeczach bardzo tematycznych zakładają bardziej tematyczne stroje, ale "na codzień" idealna prostota i charakterystyczny wygląd. Ich występy nie wymagają zwyczajnie niczego ponad to. Nawet przebierając się za króla albo alibabe zachowują koszulę i spodnie 9/10

Humor: Nie bez przyczyny są laureatami PaKi z 2001 i wielu innych prestiżowych nagród. Prezentują humor sytuacyjny, przedstawiający prosty komizm słowny, doprawiany znakomita pantomimą Michała. W skeczach bezbłędnie wykorzystują swój wygląd- śmieją się z nadwagi Waldka, komentują rurkowaty kształt Michała. W scenkach przedstawiają ludzi zwyczajnych, prostych i nie maja ulubionej grupy społecznej, którą chętnie parodiują. Można tam zaliczyć ewentualnie obcokrajowców, ale wymaga tego komizm słowa (nieporozumienia i niedomówienia) . Humor zdecydowanie lekki, serwowany widzowi w formie przystępnej, nad którą widz nie musi się zastanawiać. Brakuje jednak kochanego sarkazmu zastąpionego w grupie niezwykle przerysowanym suchym humorem sygnalizowanym nerwowym śmiechem. 13/15
Wykonanie: Panowie z Lublina w swoich skeczach są bezbłędni. Gdy trzeba improwizują, korzystają z muzyki, czasem z oświetlenia, ale pozostają przy nieskomplikowanej formie. Co cieszy, panowie mają w swym repertuarze świetne piosenki własnego autorstwa. 5/5

Inne: AMM często współpracują z innymi artystami kabaretowymi np. Robertem Górskim. Ciekawa jest sama nazwa wyróżniająca się prostotą ponad wymyślne i skomplikowane nieraz nazwy innych grup kabaretowych. Od ani mru mru dosłownie emanuje prosty i zabawny za razem humor.10/10

Ani Mru Mru są zdecydowanie jednym z najlepszych kabaretów naszej rodzimej sceny kabaretowej. Serwują lekki i przyjemny humor, bez potrzeby podawania go wymyślną scenografią czy nachalnym zachowaniem (włażeniem na widownię). Bezbłędne piosenki i trafne uwagi dotyczące zachować obcokrajowców, a do tego duży dystans do siebie samych. Moim zdaniem grupa za jakiś czas będzie legendarna a ich styl nie do podrobienia.
36/40



Polecam:
"Alibaba i 40 rozbójników" AMM+Górski
"Inwazja"
"Nurkowanie"
"Maciek i smok"
"Klinika uzależnień"

niedziela, 11 lipca 2010

I don't know how to say sorry, so I'll kill you

Przeprosiłem się z rybami. Pierwszy raz od ponad roku otworzyłem pradawny plecak zua i tajemnic, wydobyłem haczyki, żyłki, spławiki etc. Odkurzyłem wędki wiszące w garażu, naoliwiłem kołowrotek i przygotowałem całe to dziadostwo. Starszy przygotował ciasto, nakupił przynęt i zanęt .
Nad wodą było nieco chłodniej, więc pierwszy raz od dłuższego czasu założyłem bojówki, glaniacze i spadochroniarke. Jeszcze tylko arafatka i wyglądam jak jakiś pieprzony izraelski wojownik o wolność.
Zaczęło się około 8. Wędki zarzucone, siedzimy na "naszym miejscu". Obok rozłożyli swoje wędki strażnicy pilnujący całości zalewu i przestrzegania regulaminu. Nocne łowienie na zalewie wydaje się świętem okolicznych wędkarzy. Słońce powoli chyli się ku zachodowi, kiedy spławik nieruchomo wystający nad wodę dalej wystaje. W jednej chwili bombka wisząca pod wędką obok leci w górę, zaraz pod "kija". Ojciec niczym rewolwerowiec podnosi 4 metrowy kij pod same oczy i zawzięcie kręci kołowrotkiem. Po kilku minutach jest już po wszystkim. Karp (42cm) tkwi w klaustrofobicznej siatce przy brzegu. Nie mija dłuższa chwila i słońce chowa się za lasami a na niebie pojawiają się pierwsze gwiazdy. Pół godziny ciszy przerywają jedynie delikatne drgnięcia bombki pod wędką. Przychodzi jakiś stary znajomy ojca. Zasiada obok nas i przy przyjemnej przerywanej zerknięciami na spławik rozmowie mija nam czas.
"Karol spławik!" mówi koleś pokazując na nieruchomy dotąd kawałek plastiku wystający z wody. Ojciec akurat zakładał coś na drugą wędkę i tylko jedną ręką poderwał super-lekką i super-giętką węglówkę. W tym momencie wkroczyłem ja! Przejąłem wędkę i podholowałem rybę na brzeg. Wędka wygięła się w pałąk, kiedy Karp (58cm) odbił od brzegu i postanowił zostać w wodzie. Odrobina spokoju, chwila czekania i zmęczona ryba na drugim końcu żyłki uspokoiła się. Wyciągamy ją na brzeg i szukamy haczyka. Nie ma! "Co sama przypłynęła?" pyta koleś. Jest haczyk, mocno tkwi wbity w ... brzuch? Tak, karp sunąc po dnie musiał zahaczyć się i pociągnąć spławik. Pominę żenujący fragment kiedy to trzymana ryba nie wiem jakim cudem wyślizgnęła się nam do wody...
Na niebie pojawiły się już wszystkie gwiazdy, a jedynie migotliwe światełko świeczki oświetlającej bombkę było urozmaiceniem ciemności. Nad takimi właśnie świeczuszkami tkwiły nieruchome katatoniczne sylwetki wędkarzy wpatrujących się we wodę. Spławik wypełniła świecąca w ciemności pałeczka, która pokazywała gdzie jest. Taki świecący na zielono punkcik potrafi być naprawdę hipnotyzujący. Nagle światełko majaczące obok naszego znika, po czym następuje plusk i wściekły, połączony ze zdziwieniem i przekleństwem okrzyk jednego ze strażników, którzy swoją drogą urządzili sobie niezłą imprezę i ledwo trzymali się na nogach. Ryba porwała wędkę. Koleś poszedł koło 12, więc od godziny siedzieliśmy z tatą sami, a że Adamowi wpadła wędka, to poszedł pomóc. Zostałem z wędkami sam. I stało sie to co sie miało stać. Bombka poszła w górę i miałem rybę na końcu żyłki. Świetna zabawa, kiedy toczy się nierówną walkę z karpikiem błądzącym gdzieś po dnie. Po chwili leżał już na brzegu. Limit przewidywał co prawda tylko jednego karpia, ale ryby nie mają głosu, a ogłuszone glanem, włożone do worka po czym do sakwy przy rowerze, tym bardziej.
Następne branie i następny karp. Tym razem nieco mniejszy. "Masz Waldek, weź go sobie, bo widzę, ze nic nie nałowisz" "Dzięki Karol"
Ostatnie branie. Bombka aż zagrzechotała uderzając w kija. Ojciec ciągnął amura (69cm) pod sam brzeg, by wylądował w trzymanym przeze mnie podbieraku. Najwięksa ryba wieczoru trafiła do siatki, a po kilkuminutowej naradzie stwierdziliśmy, że z kompletem ryb można już wracać. Grzecznie się pożegnaliśmy i do domu.
Świetny wieczór, spędzony w czysto męskim gronie wypełniony lekkimi, niewyszukanymi żartami i skonsternowanym wgapianiem się w spławik. Świetna zabawa. natchniony tym wieczorem zaczynam mój sezon wędkarski.

piątek, 9 lipca 2010

RPG czyli ubijmy smoka!

Moja przygoda z grami fabularnymi zaczęła się stosunkowo niedawno , bo w listopadzie Anno Domini 2008 na Falkonie. Był to przy okazji mój pierwszy konwent. Z fantastyką bawię się już o wiele dłużej. Konwent jak to konwent bawi, uczy i natycha(?) do rozwijania swojej pasji. Poznałem świetnych ludzi i dobrze zachodzę się z nimi do dziś, ale nie o tym chciałem pisać.
Chodziło mi raczej o pokazanie fajności gier fabularnych. Zacznę jednak od początku. Gra fabularna, RPG (z angielskości role playing game) to gra towarzyska, nie komputerowa, więc obcuje się z ludźmi. Każda sesja RPG, czyli rozgrywka polega na odgrywaniu swojej postaci w jakimś uniwersuum. Spotyka się całe spektrum światów, poza oklepanymi Warhammerem, światem Wiedźmina, Śródziemiem, czyli światami czysto fantasy spotyka sie każdy w praktyce rodzaj świata. Mroczny świat plemion północy w "Poza Czasem", ryjący psychikę, arcyklimatyczny, skrajnie mroczny świat "Wampira Maskarady", Postapokaliptyczny świat "Neuroshimy" , Kosmos z perspektywy czterdziestego pierwszego stulecia w "Warhammerze 40 000", świat pary, pojedynków i skomplikowanych machin rodem z "Wojny światów" w polskim "Wolsungu" . Spotkałem się nawet z sesją, gdzie gracze wcielali się w gumisie, no ale... jak kto lubi.
Jednoznacznie obowiązkowym i nieodłącznym elementem każdej rozgrywanej sesji jest Mistrz Gry. Osoba opowiadająca historię, której gracze są integralną częścią mającą bezpośredni wpływ na wydarzenia. Jest oczami, uszami i wszystkimi zmysłami gracza. Odgrywa także postaci niezależne, czyli część świata, w którym toczy się akcja gry.Oraz oczywiście sami gracze, skrępowani jedynie swoją wyobraźnią, a ta (sam wiem z doświadczenia) potrafi zaskoczyć nawet najwytrawniejszego Mistrza Gry.
Rozgrywka polega na kolejnych akcjach wykonywanych przez graczy, mogą to być walki, gwałty, rozmowy, rozwiązywanie zagadek, eksploracja świata, oraz ogólne omijanie kłód rzucanych pod nogi przez MG.
Co najbardziej wciąga mnie w sesje RPG? Klimat. Klimat klimat i jeszcze raz klimat. Poprawnie zbudowany przez historię, muzykę sączącą się w tle z telefonu, oraz ogólny wygląd miejsca gry ( wszędobylska ciemność, świece) daje większe wrażenia niż najlepszy film. Dobry MG potrafi na swojej sesji przerazić graczy, zaintrygować ich , albo rozbawić w odpowiednim momencie. Oczywiście jak w każdej grze towarzyskiej nie obejdzie się bez masy śmiechu.

Reasumując kocham RPG za to że:
-pozwala wcielić się w bohatera z każdego wymarzonego świata jaki tylko jesteśmy w stanie sobie wyobrazić
-daje radość tworzenia historii własnej postaci, rozwijania jej i kierowania jej poczynaniami
-daje możliwość RPG (rąbania, palenia, gwałcenia)
-świetnie zbliża do siebie graczy
-daje okazje do wysilenia szarych komórek
-dzięki swojemu klimatowi tworzy świetną atmosferę do wspólnej zabawy
-jest po prostu świetną zabawą dla każdego kto lubi fantastykę i nie tylko

Nie jest to rozrywka skierowana do każdego, ma swoje spore grono odbiorców. Wymaga jednak sporej dawki logicznego myślenia, czasu i oczywiście jakichkolwiek chęci do zabawy.
Jeśli macie jakiekolwiek pytania, postaram sie na nie odpowiedzieć i nie pozostaje mi nic innego jak tylko zaprosić do gry.

Syzmon i wielki kubek mrożonej earl grey.




środa, 30 czerwca 2010

Biesy i Czady czyli wyjazd nad Solinę

Zaczęło się nagle, telefon o 5:00 tak głośno jak tylko sie da odegrał "you make me shake" i musiałem wstać. Krosno było zaspane, kiedy wchodziliśmy do autobusu. Podróż- odwaliliśmy kawał dobrej wiochy . W Lesku miły pan zabrał nas do Wołkowyji.

Nie te domki. Czekanie, gitara, burżuje dojechały, pies-żul, dojazd.
Zajebizm domku niesamowitość widoku i atmosfera miejsca zwaliły z nóg. Szisza, węgiel gaśniczy, pływanie w lodowatej wodzie, pycha obiadek, Impreza, Tańce hulanki i Ja Stawiam! Andrzej- sióstr Simony, Gitara, gitara gitara.
Walka o miejsca do spania, ...... Poranny atak telefonów. Kacyk, wieprzowinka, nicnierobienie i gitara gitara gitara. Jabłka, melinowanie piwnicy, poker (nie) face, wilki szuwarowo-bagienne,czyli pływanie na smyczy, gitara, impreza, gitara, Oh Ela! W stepie szerokim, Ja stawiam, Perfect, budka, impreza, and party and party, and party!!! Taniec z Hamirem, szał-na-parkiecie Cyśki, impreza! gitara. Konkurencyjna impreza, poszukiwanie drugiej imprezy, śpiewanie na środku drogi, rozjebanie szlabanu, domek, konserwki kradzieże, śpiewanie do sufitu. Ranek, sprzątanie, wilki rowerkowe, makao, pan itepe, napój Franka, oddanie domku. Powrót z Wietnamu.



W takich obrazach zapamiętam ten wyjazd. Świetni ludzie, niesamowita atmosfera, muzyka, zniszczony głos i świetni ludzie. Co Wy zapamiętacie z naszego pierwszego grubszego wyjazdu? Jakie obrazy będą Wam wracać przed oczy kiedy usłyszycie "King Kong", "Ja stawiam!" albo "oh Ele" .

motto wyjazdu: NIE PYTAJ...

piątek, 25 czerwca 2010

No i się poszło

Koniec roku szkolnego, koniec pierwszej klasy. Rok przeleciał przez palce wyjątkowo szybko w porównaniu do dłużącej się paskudnie 3 klasy gim. Rok owocny, ciekawy i ogólnie udany.
Poznałem świetnych ludzi jadłem dużo dobrego jedzenia spędzałem świetnie czas zaliczyłem (niestety) tylko 3 konwenty.
Wysnute plany wakacyjne zaczynam wprowadzać w życie, w następującej kolejności:
1. Wyjazd nad Solinę -Whoa! czekałem na wyjazd ze znajomymi od dawna i z przyjemnością spędzę te trzy dni gdzieś na końcu świata.
2.DJW-Wyjazd do Wojsławic, zapowiada się świetnie. Spotkanie ze starymi znajomymi z Zamościa, Lublina Rzeszowa itd.
3.Wyjazd w Bieszczady z Kilmem-Co tu dużo gadać, męska(?) przygoda w dziczy.
4.Lubliniaki-przyjazd rodzinki z Lublina, czyli tydzień grania w heroesa3, picia kranówy i kąpieli w rzece.
5.Lublinowanie-Wyjazd do Lublina czyli RPG RPG i RPG!
6.Kreskon-Wyjazd na konwent , gdzie psy dupami szczekają.

Wszystkie te wydarzenia będą przeplatane ogniskami, wycieczkami, spotkaniami ze starymi i tymi nowszymi znajomymi. Dużo książek i herbaty
Cheers!

czwartek, 10 czerwca 2010

Mrożona Sencha

Relaks to to czego mi rzeczywiście trzeba. Ale jak to osiągnąć gdy na polu upał niemiłosierny i żyć się odechciewa. Zasiada się nad książkę w stylu "homo bimbrownikus" z kubkiem mrożonej herbaty , albo siedzi się na balkonie i godziny wsłuchuje w ZZ Top i odgłosy Jedlicza.
Koniec roku jest czasem szalonym. Nie ma co, zbliżają się wakacje i to wielkimi krokami. Po przewalonym czasie poprawiania ocen może w końcu znajdę czas na zaniechane pisanie.
Wskoczyłem na rower i przejechałem się po okolicznych lasach trzeci raz. Jest zajebiście!
Herbata została uzupełniona i będzie się stale wypijała.

Mrożona Sencha z cytryną zabija pragnienie, pokonuje upał i niesie radość!

wtorek, 25 maja 2010

White power czyli o nietolerancji.

"Co zrobić gdy po podwórku biega murzyn bez połowy twarzy? Przestać się śmiać i przeładować"


Jeden z przykładów rasistowskich kawałów. Świetny czarny humor. Jednak gdzie tu jakikolwiek sens, czy logika.
Nie jestem uprzedzony do ludzi czarnych, żółtych, czerwonych czy kolorowych. Kolor skóry nie jest żadnym determinantem bycia dobrym, czy złym. Fajnym czy niefajnym. Kolor skóry nie oznacza nigdy przekonań, czyli właściwej osobowości człowieka. Można nie lubić pewnych typów osobowości, jak pyszałki, typy "po trupach do celu" i ludzie jotpe! Nie można,generalizować "każdy czarny to brudas", "każdy Korczyniak to złodziej" itp.

"Czym różni się Żyd od trampoliny? Po trampolinie nie skaczesz w glanach"

Kolejną grupą, która doczekała się miana ogólnie poniżanej są Żydzi. Pomijając kwestie religijne,bo to w co człowiek wierzy to ostatnie co powinno być przyczyną jakichkolwiek uprzedzeń. Żydzi powszechnie nienawidzeni za... właściwie za co? Dalej za ukrzyżowanie Jezusa? Za uciskanie palestyńczyków. Jest to jakiś powód, fakt. Ale ta wojna trwa od zawsze, a dużo gorzej uciskani są Tybetańczycy przez Chińczyków. Każdy chory system prowadzi do patologii. To , że centusie , to że skąpcy, no cóż ich religia nie zabrania im obracania pieniędzmi. Dlaczego tępieni w środowiskach, dla których Palestyna to słowo tak rzadkie jak Słownik? Nie mam pojęcia.

"Tato chce mi się kupe! W kuchni jest, idź sobie ukroić"

Cyganie i kończy się kolorowy hipisowski wpis o tolerancji. O ile nie mam żadnych innych uprzedzeń rasowych, klasowych, religijnych , o tyle obecności typowego Roma w moim otoczeniu nie zdzierżę. Wśród każdej w wyżej wymienionych nacji(?) grup(?) zdarzają się ludzie fajni, ciekawi, ale także kompletne chamy. Ludzie wychowani po cygańsku, Romowie, to z reguły brudasy, niewychowane, niecywilizowane indywiduła o zakazanych obliczach i trupim swądzie. Nie są to puste frazesy, a wszystkie sytuacje znam z autopsji. Mam pecha mieszkać nieopodal gniazda i często widuję ich pod sklepem, na przystanku i ogólnie w okolicy. Czasem przychodzą żebrać pod dom, kończy się to trzaśnięciem drzwiami. Ogólnie chodzi o to, że nie lubię ludzi o zaniżonym standardzie higienicznym , czyli śmierdzących. Jednak jeśli doda się do tego podły charakter i brak jakiejkolwiek kultury i manier, otrzyma się mieszankę wybuchową.

"Komóreczka i kasa, albo kosa w płuca!"

Moja ostatnia i ulubioną grupą jest dresiarstwo. Otóż przedstawiciele folkloru blokowego lub popularnie nazywana w psychologii "subkultura debilizmu" jest najbardziej durną, i najgroźniejszą z opisanych w tej notce . Żywią niechęć do wszystkich wyżej wymienionych grup, łącznie z członkami swojej, mają bogaty podział na kiboli każdej drużyny. Podział skomplikowany i rządzący sie surowymi prawami. Typowe dresiarstwo to doborowy kwiat młodzieży JP. To zastępy z pod stadionów. Ludzie bez wyobraźni, nie kierujący sie jakąkolwiek logiką. Grupa nietypowa, ze względu na jej zróżnicowanie i spory wewnętrzne. Skomplikowany system sympatii i antagonizmów między drużynami wymaga ciągłego rewidowania tej wiedzy ustawkami. Grupa ta mnie bawi. Odpycha i bawi.




Ostatecznie jest to może generalizowanie, którego ja nie trawię , bo w końcu może trafić się fajny murzyn i hojny Żyd, bo rozgarnięty dres to zbyt duża abstrakcja, ale sam fakt nienawiści rasowo-religijnych z powodów logicznie nie uzasadnionych dziwi mnie niezmiernie i irytuje. Nienawiść jest odruchem tak normalnym jak sympatia, ale dozowana w nieodpowiednim kierunku i w nieodpowiednich ilościach jest żenująca.

niedziela, 16 maja 2010

Inżynieria ekstremalna.

Za oknem szaro, ściana wody leje się z nieba, jak z wiadra. Ziemia nie daje już rady przyjmować takich ilości wody i powstają kałuże, wielkie i głębokie. A ja siedzę nieszczęsny przy komputerze, piszę (pomysły na pisanie wróciły!!!) raczę się kolejną już herbatą (uzupełniłem zapasy) i jestem złu na cały świat przez pogodę. Pomyślałem "Tak być nie może!" Chwyciłem wiatrówkę i wybiegłem przed dom. Postrzelać. Wróciłem po minucie, nawet nie dałem rady rozstawić hamulca do śrutu...
Wyschnąłem i tym razem postanowiłem rzucić się na strych. Zimno, ciemnawo i centymetrowa warstwa kurzu przemawiały za tym, żeby wracać do siebie, siedzieć przed kompem, pisać i pić herbatę.
Odległość nie stanowiła problemu. Strych ma prawie 12 metrów szerokości i jest tam spory nie zagracony kawałek wolnej przestrzeni. Problemem był fakt, że nie dochodzi tam światło jedynej dychawicznej żarówki . Okna prawie nie dają światła, a wpuszczają tylko chłód z pola. Przytargałem z garaży halogenówkę. Niemal oślepia, a tarcza jest tak wyraźna jak murzyn na zebraniu Ku Klux Klanu. Kolejnym problemem był hamulec na śrut. Po szybkich testach, najlepszym amortyzatorem okazał się (zupełnie przypadkiem) plusz z miśków. Na szczęście mam tam puchatych przyjaciół z dzieciństwa, w końcu się przydadzą do czegoś. Łapią pociski. Dziwne wydało się to, że wszystkie deski na strychu są tak twarde, że śrut odbija się od nich i wraca do mnie. Jeden trafił mnie nawet w bark. Ostatni problem stanowiło stanowisko do strzelania. Znalazłem jakiś stary dywan , położyłem na nim karimatę i ułożyłem się wygodnie. Cel: tarcza, za nią misiek, za miśkiem decha. Trafić w tarczę, albo najwyżej w miśka, bo trafienie deski odczuję boleśnie.
Strasznie tam zimno, ale zabawa jest przednia. Można strzelać tylko leżąc i raz prawie rozbiłem okienko, ale warto! Deszczowa nudo. Pieprz się!

środa, 12 maja 2010

Niż twórczy...

Dni ostatnio mijają wolno i spokojnie. Człowiek delektuje się lenistwem. Całkowita blokada twórcza i brak jakichkolwiek sensownych pomysłów skutecznie uniemożliwia mi pisanie, co wprawia mnie w podły humor. Muszę dorwać jakąś dobrą książkę, przymierzam się do "Samozwańca" albo "Bohuna" Komudy. Okres ciekawy, wartka akcja i ogólnie dobre pisanie. Brak kasy pogarsza samopoczucie. Przynajmniej słońce świeci. Bez pomysłów na cokolwiek czuję się jak bez ręki. A najgorsze jest to, że nie wiem co zaprząta mój umysł, a raczej podświadomość tak, że nawet nie wpadają mi do głowy głupie pomysły? Nie ma co zanudzać dalej tą pesymistyczną notką. Paa

Hibiskus mi się skoczył! Sencha mi się skończyła! Earl Grey zostało na dwa dni! Umrę na brak herbaty w organizmie! Możliwe zatem , że to było moje pożegnanie

poniedziałek, 3 maja 2010

Czechosłowacka Pralka

Pies Wojny nie jest jeszcze w dostatecznym stopniu skończony, więc oto Czechosłowacka pralka.




Dziedziniec jednej z krośnieńskich kamienic rozświetliły reflektory; światło padało na drzwi klatki schodowej numer trzy. Po chwili na placu pojawiła się odpowiedzialna za zmącenie sennej ciszy, bucząca basowo niebieska wołga, do której należały światła
Z klatki schodowej wychyliła się głowa mężczyzny o pociągłej twarzy i przestraszonym pojrzeniu. Z samochodu wysiadło dwóch mężczyzn w garniturach, jak przystało na ochroniarzy, o wymiarach standardowo 2x2. Jeden z nich otworzył drzwi trzeciemu delikwentowi. Ubrany w długi płaszcz jegomość wygramolił się z samochodu. Gospodarz gestem zaprosił pozostałych do środka.
- Dobry wieczór panowie - powiedział zdartym, przepitym głosem.
- Dobry, dobry…
Jeden z ochroniarzy szychy stanął przed drzwiami do kamienicy i zapalił papierosa.
-Pan nie idzie? – zapytał zdumiony gospodarz.
-Nie, nie idzie – odpowiedział szybko dziany właściciel Wołgi.
Biznesmen zmierzył spojrzeniem chudzielca. Ubrany był w wysłużony dres i stare skórzane buty. Drżącą dłonią sięgnął po klucz do kieszeni bluzy. Do zamka kłódki przy drzwiach od piwnicy trafił dopiero za trzecim razem, po czym chwilę zajęło mu przekręcenie kluczyka tak, by nie złamać go, a przy okazji i kłódka została w całości. Ciche szczęknięcie i jako pierwszy wkroczył do piwnicy, zapraszając gestem pozostałych.
W środku było dosyć chłodno, wszędzie unosił się zapach zaczynów, alkoholu, smaru oraz starych warzyw i owoców. Musieli kilka razy skręcać, by dotrzeć do odpowiedniego pomieszczenia i o ile mężczyzna w dresie szedł bez problemów w egipskich ciemnościach, to ochroniarz przyświecał sobie i szefowi latarką rodzimej produkcji, która albo dawała tyle światła co przygaszona świeca, albo wręcz oślepiała idącego przed nimi człowieczka w dresie, bo wszystko zależało od ustawienia styków i żarówki względem siebie.
* * *
Jakub Trzaskalski jechał swoim BMW r24, rocznik 1950 . Doskonale zachowana maszyna niosła płatnego mordercę przez śpiące ulice Krosna. Minął już budynek szkoły nr1 i wybierał się w kierunku rynku, gdy zobaczył niebieską wołgę skręcającą do bramy jednej z kamienic. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w tej samej kamienicy mieszkał szmugler o wątpliwej reputacji, za to świetnych osiągnięciach.
Osiągnięcia wymagały co prawda dopingu w formie lufy pistoletu przyłożonego do skroni, ale liczą się efekty. Szmugler leżał teraz ponoć w szpitalu pod Kaliszem, do domu wracał za jakiś tydzień.
Po drugie co tak luksusowa limuzyna mogła robić w takiej dziurze o drugiej w nocy.
Przyśpieszył by załatwić swoje sprawy na rynku, ale postanowił wrócić potem i sprawdzić tą wołgę. Coś tu śmierdziało.
***
Stanęli przed odpowiednim pomieszczeniem. Szczurkowaty tym razem bez problemów przekręcił klucz w kłódce i odciągnął zasuwę .Jeszcze tylko lekkie szarpnięcie i drzwi otworzyły się. Zmyślny mechanizm równocześnie z otwarciem drzwi zaświecił migotliwe światło i włączył dychawiczne czechosłowackie radio, z którego wydobywały się dźwięki ostatnich opolskich szlagierów.
- Zapomniałem spytać o nazwisko.
- Korczyk, Jan
- Miło mi, Iglicki Stanisław- odpowiedział szczurkowaty w dresie, energicznie potrząsając prawicą gościa. Sięgnął do ściany i odsunął obluzowaną cegłę, zza której wyjął pół litry.
- No. To tak na zapoznanie - oznajmił nalewając sobie i Korczykowi - A pan pije?
- Nie - powiedział szybko Jan – pan prowadzi.
Ochroniarz odetchnął tylko i szepnął coś pod nosem, po czym zajął miejsce przed wejściem do chłodnej piwnicy.
Na pierwszy rzut oka piwnica podobna do każdej innej, zawalone różnymi rupieciami przykrytymi prześcieradłami pomieszczenie. Dosyć spore, jak na zwykłą piwniczkę w starej kamienicy.
Wypili po jednym.
- No to panie Janku, przejdźmy może do interesów.
Szybkim ruchem zdjął prześcieradło z najbliżej stojącego pudła. Zrobił to tak sprawnie, że musztardówki i butelka stojące na nim stały niewzruszone. Dziwny człowiek. Na pierwszy rzut oka menel najgorszej kategorii, a po kielichu sztukmistrz rodem z moskiewskiego cyrku. To mogłoby tłumaczyć ślady butów na suficie.
- Nowiutka, prosto z Czechosłowacji.
Pod zręcznie zdjętym prześcieradłem znajdowało się nigdy nie otwierane kartonowe opakowanie czechosłowackiej pralki Tamat 500.
***
Jakub zajechał bez świateł na dziedziniec. W oczy rzucił mu się kafar w skrojonym doskonale garniturze stojący pod drzwiami. „No zabije szczurowatego!”, przemknęło mu tylko przez myśl. Powoli podjechał pod jeden z garaży . Łyknął sobie dla odrobiny animuszu; jak przed każdą akcją jugosłowiański samogon grzał bebechy aż miło. Przetarł usta wierzchem rękawa i ruszył ku ochroniarzowi Jana.
- Szuka pan czegoś? - zagadnął kafar.
- Powiedzmy - odpowiedział Jakub i błyskawicznie uderzył w splot słoneczny.
Trafiony padł na ziemie krztusząc się powietrzem, równocześnie kolbą wyjętego pistoletu trafił w drzwi dając sygnał drugiemu gorylowi. Oberwawszy tą sama kolbą padł ogłuszony, a Jakub zapalając papierosa, wszedł powoli do ciemnych piwnic krośnieńskiej kamienicy.
***
Głuche łupnięcie za drzwiami oderwało Korczyka od przeglądania instrukcji. Iglicki szybko zasłonił pralkę, po uprzednim uniesieniu butelki i szklanek. Zrobił to równocześnie pokazując Janowi wysłużoną kanapę w rogu. Szmugler nie przestanie go zadziwiać.
Usiedli pośpiesznie, kiedy zza drzwi z hukiem wpadł ledwo stojący na nogach ochroniarz Jana.
- Stuk puk!-krzyknał ktoś zza wyłamanych drzwi.
Do pomieszczenia wszedł wysoki mężczyzna. Wokół jego twarzy unosiły się kłęby dymu pochodzącego z papierosa wetkniętego w kącik ust. Papieros tlił się ledwie, nie posiłkowany żadnymi akcjami ze strony właściciela. Błękitne wodniste oczy zlustrowały piwnicę. Gość ubrany był w przetartą skórzaną kurtkę i równie przetarte Texasy z pod których wystawały ciężkie motocyklowe buty rodem z amerykańskich filmów.
- Dobry wieczór.
Siedzący skłonili się lekko. Jan nie znał przybysza. Stanisław wręcz przeciwnie .
- Przechodziłem obok i postanowiłem wpaść. Nalej mi też.
Igliczki pośpiesznie podał mu swój kieliszek.
- Przechodziłeś o 3 w nocy?
Spojrzenie przybysza kazało się zamknąć Janowi.
- Lubię nocne przejażdżki. Słyszałem że ostatnio cienko ci idzie, Stasiu. Ten potworny wypadek pod Kaliszem jak wracałeś z Czechosłowacji. Nic ci nie jest?
- Nie, nie jak widać - spuścił oczy.
- To świetnie, ale samochód nadawał się tylko do kasacji jak spadł z tej skarpy pod Kaliszem, nie Stasiu?
- No, tylko do kasacji.
- A tu co masz?- zapytał wskazując na masę pudeł zakrytych prześcieradłami.
- Aaa, takie tam graty.
Gość uchylił lekko najbliższe prześcieradło.
- Marnujesz nowiutką czechosłowacką pralkę w piwnicy?
Wstał i podszedł do dalszych pudeł. Przeszedł się po piwnicy zaglądając pod prześcieradła.
- Stasiu. Nie wiem komu wszedłeś w dupę, ale tyle sprzętu to w jednym miesiącu w fabryce nie wyprodukują. Suszarki, pralki, farelki, telewizory. Gdyby to trafiło na targowicę to zostałbyś okrzyknięty bohaterem, dostałbyś medal, ba nawet dwa! Chodziłbyś jak paw, albo ci tam ze wschodu.
- Kim pan w ogóle jest? -nie wytrzymał Jan.
- Czy mi się wydaje, czy z tobą nie rozmawiam? - krzyknął rozzłoszczony Jakub.
Korczyk postanowił więc kontemplować czubki swoich butów.
- Stasiu. Mam dla ciebie złą wiadomość - wrócił do swojego normalnego spokojnego i opanowanego tonu- jest tak: pan Wojarski nie lubi, kiedy ktoś nie dotrzymuje umowy. Ale widzisz Stasiu, pan Wojarski rozumie takie sprawy jak wypadki, współczuje. Mam dla ciebie nawet czekoladę jakbym znalazł cię w łóżku. Ale nie! Nie, ty nie potrafisz docenić jego dobroci. Nie dość, że go okłamujesz i każesz się zamartwiać, to jeszcze bezczelnie handlujesz jego lewym towarem na lewo. A jest jedna rzecz, jakiej pan Wojarski nie lubi bardziej od kradzieży. Kłamstwa.
Przybysz podszedł do kanapy i spojrzał na Staszka głębokim męskim spojrzeniem, takim jakim koledzy obdarowują się kiedy mówią sobie, jacy to są z nich dobrzy przyjaciele.
To przyjacielskie spojrzenie to ostatnie, co zapamiętał Stanisław.
* * *
Ocknął się bardzo mocno związany, siedząc na wygodnym fotelu kierowcy niebieskiej wołgi. Obok niego na miejscu pasażera leżał związany i zakneblowany Jan. Na tylnich siedzeniach leżeli jeszcze nieprzytomni leżeli ochroniarze Jana. Na desce rozdzielczej zieloną farbą było napisane:
Kochany Stasiu i wy panowie kontrahenci. Jako, że nie potraficie się nauczyć, że najlepiej jest nie gryźć ręki, która was karmi, bo tą ręką możecie dostać w pysk. W sumie, możecie się
udławić tymi waszymi pralkami
Po jakimś czasie klamka zatrzeszczała i w drzwiach pojawił się porywacz, ten sam co poprzedniego wieczora.
- Witam panów! Piękny mamy dziś poranek. Jako że widzimy się po raz ostatni przedstawię się. Nazywam się Jakub Trzaskalski. Pa!
Zatrzasnął drzwi. Po chwili zza samochodu usłyszeli tylko „Łapcie pralkę!”
40 metrowy żuraw spuścił na samochód paletę czterech najprzedniejszych czechosłowackich wyrobów. Z samochodu nie zostało zbyt wiele.
Z Trybuny Ludu
„W wyniku straszliwego wypadku w podkaliskich Łubnikach w trakcie rozładunku samochodu ciężarowego jelcz na zaparkowany na pobliskim parkingu samochód spadła paleta czechosłowackich pralek. Cztery osoby zginęły na miejscu.”


Korekta: Pilot

środa, 21 kwietnia 2010

Badanie rynku

Mając czas i szczere chęci człowiek zaczyna pisać. W pewnym momencie dochodzi jednak do sprzężenia i przestaje się pisać jedno a zaczyna drugie. Moment wyjątkowo irytujący, zwłaszcza jak się ma zaczęte 10 opowiadań, z czego 3 dobre. Dlatego zwracam się z pytaniem do Was.
Co Wy chcielibyście przeczytać?
1-"Szuler, czyli ostatni oszust Londynu" ostatnie opowiadanie o Szulerze
2-"Czechosłowacka pralka" opowieść gangsterska z PRLu
3-"Pies Wojny" opowiadanie z mojego ulubionego gatunku dark fantasy/horror fantasy
Liczę na odpowiedzi w komentarzach. Powinienem się uwinąć z tym do piątku/soboty.
Głosujcie!

niedziela, 18 kwietnia 2010

Kurs Na Indie zachodnie!

Skończyłem czytać "Czarną banderę" Komudy, przeplataną z "Czarnymi żaglami Czterdziestu mórz" Lwa Kaltenbergha. Przygody ludzi z pogranicza mary i rzeczywistości działają na mniej jak lep na muchy.
Zamiłowanie do wody mam od kiedy pierwszy raz wszedłem na żaglówkę. Kocham wiatr we włosach, smak wody i wszędobylskich kropelek kiedy płynie się gnaną wiatrem żaglówką. Czekam tylko od wakacji do wakacji na wyjazd nad jezioro. Magia żagli, schwytała mnie i trzyma do teraz. Sprawiła, że pokochałem szanty, których znam koło 100. Przypominają człowiekowi o żaglach. Nie mogę się doczekać momentu, kiedy już zapewne za własną kasę wybiorę się na obóz żeglarski, coby nauczyć się pływać na łódce samemu.
Myślę, że pociąg do przygody i ryzyka tak ciężki do zaspokojenia we współczesnym świecie (Przepraszam który mamy wiek?) można realizować najlepiej nad wodą. Nie odkryje się co prawda nowej wyspy, nie znajdzie skarbu Czarnobrodego ani nie ucieknie przed Hiszpanami, ale dreszczyk emocji pozostaje dreszczykiem emocji. Ta sama potrzeba przygody gnała ludzi na ocean. I tu jawi się moja kolejna głupia przypadłość. Im bliżej lata, tym bardziej owa potrzeba obcowania z naturą, przyroda i co za tym idzie przygodą się nasila. Więc każdy kto ma ochotę na rajd proszony jest o powiedzenie mi o tym przynajmniej 10-20 minut wcześniej bo jestem pierwszym , który idzie wszędzie, w ciemno.
Przygoda sama jako taka to słowo używane coraz rzadziej i głownie w odniesieniu do gier i im podobnego barachła. Potrzeba tak głęboko zakorzeniona w ludzkim umyśle, potrzeba która zrzuciła małpy z drzew, potrzeba która dała początek Ameryce, Coca coli i syfilisowi umarła. Tak! Nieliczni potrzebują zastrzyku adrenaliny podawanego pijawką. Mam tu na myśli rozróżnienie sportów ekstremalnych a wypraw jako takich.
Mam to szczęście , że gmina dobrotliwie nie wytrzebiła całkowicie okolicznych lasów i mam gdzie biegać ciesząc się pogodą, wiatrem i wolnością. Bo ja tak cały czas nie mogę!