poniedziałek, 6 grudnia 2010

Mikołajem po twarzy

6 grudnia. Mikołaj do mnie przyszedł, zostawił co swoje, zaśpiewał, wyżarł ciastka i poszedł. W szkole pełno czerwonych czapek, a nauczyciele z pianą na ustach tłumiona dobrodusznym uszanowaniem tradycji patrzyli dziś bezkarnie na naszą sielankową niewiedzę. Mnie to bardzo przypadło do gustu i siedziałem bezmyślnie w mikołajowej czapie.
Lovecraft się nie czyta, bo nie mam czasu. Po raz enty już przesłuchuję płytę Kamelot "The black Halo" i dalej jest tak samo boska jak była.
W empiku nie było ani "Imienia Róży" ani "Mistrza i Małgorzaty", innymi słowy dalej nie mam niczego przyjemnie nowego i mikołajkowego. No prawie niczego...
mięta mięta mięta na bolący brzuch.

2 komentarze:

Franek pisze...

Jak to nie było Imienia Róży? Z 4 razy obok niej dzisiaj przechodziłem.

Anonimowy pisze...

Bardzo fajnie się Ciebie czyta ;)