środa, 30 czerwca 2010

Biesy i Czady czyli wyjazd nad Solinę

Zaczęło się nagle, telefon o 5:00 tak głośno jak tylko sie da odegrał "you make me shake" i musiałem wstać. Krosno było zaspane, kiedy wchodziliśmy do autobusu. Podróż- odwaliliśmy kawał dobrej wiochy . W Lesku miły pan zabrał nas do Wołkowyji.

Nie te domki. Czekanie, gitara, burżuje dojechały, pies-żul, dojazd.
Zajebizm domku niesamowitość widoku i atmosfera miejsca zwaliły z nóg. Szisza, węgiel gaśniczy, pływanie w lodowatej wodzie, pycha obiadek, Impreza, Tańce hulanki i Ja Stawiam! Andrzej- sióstr Simony, Gitara, gitara gitara.
Walka o miejsca do spania, ...... Poranny atak telefonów. Kacyk, wieprzowinka, nicnierobienie i gitara gitara gitara. Jabłka, melinowanie piwnicy, poker (nie) face, wilki szuwarowo-bagienne,czyli pływanie na smyczy, gitara, impreza, gitara, Oh Ela! W stepie szerokim, Ja stawiam, Perfect, budka, impreza, and party and party, and party!!! Taniec z Hamirem, szał-na-parkiecie Cyśki, impreza! gitara. Konkurencyjna impreza, poszukiwanie drugiej imprezy, śpiewanie na środku drogi, rozjebanie szlabanu, domek, konserwki kradzieże, śpiewanie do sufitu. Ranek, sprzątanie, wilki rowerkowe, makao, pan itepe, napój Franka, oddanie domku. Powrót z Wietnamu.



W takich obrazach zapamiętam ten wyjazd. Świetni ludzie, niesamowita atmosfera, muzyka, zniszczony głos i świetni ludzie. Co Wy zapamiętacie z naszego pierwszego grubszego wyjazdu? Jakie obrazy będą Wam wracać przed oczy kiedy usłyszycie "King Kong", "Ja stawiam!" albo "oh Ele" .

motto wyjazdu: NIE PYTAJ...

1 komentarz:

JeillieBean pisze...

Zapomniałeś jeszcze o braku oddechu i jedzeniu kanapek z serem i dżemem ; o