niedziela, 16 maja 2010

Inżynieria ekstremalna.

Za oknem szaro, ściana wody leje się z nieba, jak z wiadra. Ziemia nie daje już rady przyjmować takich ilości wody i powstają kałuże, wielkie i głębokie. A ja siedzę nieszczęsny przy komputerze, piszę (pomysły na pisanie wróciły!!!) raczę się kolejną już herbatą (uzupełniłem zapasy) i jestem złu na cały świat przez pogodę. Pomyślałem "Tak być nie może!" Chwyciłem wiatrówkę i wybiegłem przed dom. Postrzelać. Wróciłem po minucie, nawet nie dałem rady rozstawić hamulca do śrutu...
Wyschnąłem i tym razem postanowiłem rzucić się na strych. Zimno, ciemnawo i centymetrowa warstwa kurzu przemawiały za tym, żeby wracać do siebie, siedzieć przed kompem, pisać i pić herbatę.
Odległość nie stanowiła problemu. Strych ma prawie 12 metrów szerokości i jest tam spory nie zagracony kawałek wolnej przestrzeni. Problemem był fakt, że nie dochodzi tam światło jedynej dychawicznej żarówki . Okna prawie nie dają światła, a wpuszczają tylko chłód z pola. Przytargałem z garaży halogenówkę. Niemal oślepia, a tarcza jest tak wyraźna jak murzyn na zebraniu Ku Klux Klanu. Kolejnym problemem był hamulec na śrut. Po szybkich testach, najlepszym amortyzatorem okazał się (zupełnie przypadkiem) plusz z miśków. Na szczęście mam tam puchatych przyjaciół z dzieciństwa, w końcu się przydadzą do czegoś. Łapią pociski. Dziwne wydało się to, że wszystkie deski na strychu są tak twarde, że śrut odbija się od nich i wraca do mnie. Jeden trafił mnie nawet w bark. Ostatni problem stanowiło stanowisko do strzelania. Znalazłem jakiś stary dywan , położyłem na nim karimatę i ułożyłem się wygodnie. Cel: tarcza, za nią misiek, za miśkiem decha. Trafić w tarczę, albo najwyżej w miśka, bo trafienie deski odczuję boleśnie.
Strasznie tam zimno, ale zabawa jest przednia. Można strzelać tylko leżąc i raz prawie rozbiłem okienko, ale warto! Deszczowa nudo. Pieprz się!

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Wyschnąłeś a nie wyschłeś? ; >

Marchel pisze...

Zawsze Cię podziwiałam za tą organizację czasu.