sobota, 3 listopada 2012

sobota, 1 września 2012

Epilog

Coś się kończy, coś się zaczyna.

    To jest tak jak z kubkiem herbaty. Na początku jest pełen i nie widać dna, ale im dłużej się pije, tym wyraźniej je widać. Potem sięga się po niego już raczej odruchowo i stwierdza, że herbata się skończyła.
 I za każdym razem jest to zaskakujące odkrycie. Trzeba wtedy odłożyć książkę, wstać od komputera, zastopować film i ruszyć dupę po kolejną porcję. 

      Nie pamiętam już w jakich okolicznościach blog powstał, pamiętam za to w jakim celu. Po głowie chodziło mi mnóstwo pomysłów, na opowiadania, krótkie przemyślenia wplatane w notki. Chciałem się tym wszystkim jakoś podzielić. Niebagatelny wpływ na powstanie i kształt miało oczywiście marzenie o pisarstwie. Jestem zadowolony z mojego bloga. Mało było komentarzy, ale czasem ktoś znajomy wspominał o poruszanym przeze mnie temacie, co było raczej budujące. Czasem poświęcałem sporo czasu, zanim notka tu trafiała, ale zawsze było to niezwykle satysfakcjonujące. Zwłaszcza przy okazji opowiadań, albo relacji.

     Nie lubię zakończeń i pożegnań, bo nie wiadomo co jeszcze powiedzieć, skoro i tak się zaraz odchodzi.

Także tego....







piątek, 31 sierpnia 2012

Chyląc się ku upadkowi

     Międzynarodowy dzień blogerów, wypadałoby coś napisać. Może tym razem o pomysłach.
   Cierpię (czy należy to nazywać cierpieniem?) na syndrom 100 pomysłów na minutę. Większość z nich staram się wprowadzać w życie. Niektóre wychodzą, inne udają się w 3/4 a jeszcze inne zaczynam, rozgrzebuję i zostawiam. Mam też tak, że często najpierw działam, potem zastanawiam się nad konsekwencjami. Przez to zazwyczaj otacza mnie chaos. Lubię ten mój chaos. Z tego też powodu mam masę hobby i zainteresowań. Niektóre moje hobby są raczej pobieżne (strzelectwo, jazda na rowerze), inne nieco bardziej zadbane (pisanie), ale mam też bastion zainteresowań, które pogłębiam i jeśli je utrzymam to pewnie za jakiś czas będę mógł powiedzieć, że jestem znawcą w jakimś temacie (przykładowo bronioznawstwo). Ze względu na ten mój chaos, nie udaje mi się napisać zaplanowanego cyklu do końca. Tak to miało miejsce w "Ludojadzie z Warri", planie na 30 dni, 30 postów, "Szkole latania" i kilku innych, które nawet nie ujrzały świata poza korektą u Pilota. Mam jednak ambitne plany

      Przede wszystkim w planie mam wystartować z nowym blogiem gdzieś w październiku/ listopadzie, odnośnik na pewno się tu znajdzie. Będzie podobnie do tego, może bardziej poukładane i bardziej zdyscyplinowane, chociaż jak widać po projekcie 30 dni, 30 postów, z dyscyplina u mnie słabo. Tłumacze sobie, że wakacje i cały czas mnie w domu nie ma, a na zapas nie napiszę nie wiadomo ile. Następnym razem wymyślę sobie znośniejszą i ... osiągalną częstotliwość publikowania.
     Co więcej, wszystkie opowiadania, które kiedykolwiek tu zamieściłem będą poprawione, przerobione, zremasterowane, wydłużone, albo dociągnięte do końca. Zacznę też bawić się w publicystykę i jedna notka miesięcznie, czy tam raz na dwa tygodnie (zależy jakie sobie tempo ustalę) będzie felietonem, albo czymś pokrewnym.
       Nie wiem co dalej będzie z moimi herbatami, bo stos pustych pudełek chyli się ku upadkowi i domaga ponownego napełnienia, na które raczej szkoda mi teraz kasy, mam masę innych wydatków, związanych przede wszystkim z przeniesieniem do Lublina.




Także zapraszam do jutrzejszego, ostatniego tutaj spotkania. Punktualnie o 17.
Pora na łyk Earl Grey i wyjście z domu.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Fotoblog Wakacyjny!

     Dzisiaj nie piszę, dzisiaj pokażę, co mi zajmuje czas tak bardzo, że nie mogę dodawać notek codziennie.

Jazda na rowerze, szalone spływy dętką od traktora


Planszówki i RPG


Konwenty! (Konkurs konstruktorski) 


Survival 


Wędkowanie 



Turystyka piesza


Więcej Survivalu


Siata

Czytanie...
i czytanie!


Nigdy nie robiłem fotobloga... Może pora zacząć?

czwartek, 23 sierpnia 2012

Wymówka

      Brak czasu ostatecznie zniweczył moje plany dotyczące ilości i jakości notek. Jedynym słabym wytłumaczeniem niech będzie fakt, że przygotowywałem się do egzaminu na prawo jazdy (i co żałośniejsze pierwsze podejście zjebałem w mieście).
      Co więcej szlajałem się po okolicach bliższych i dalszych. Oglądałem, zwiedzałem, zdobywałem. Ot zwyczajne wakacyjne zajęcia Włóczykija.
       Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że zbliża się jesień, ptaki wylecą, liście opadną, a ja pojadę do Lublina.

      No dobra, postaram się ostatni tydzień sierpnia wykorzystać i napisać jak najwięcej.
Powodzenia dla mnie, przyda mi się

wtorek, 14 sierpnia 2012

21. Powroty

       Wróciłem z Kreskonu 7. Bardzo udany wyjazd, po raz pierwszy chyba zwrócił mi się konwent.  Wygrałem 2 książki, jedną w konkursie militarnym, a drugą w konstruktorskim. Bardzo lubię wschodnie, zaściankowe konwenty. Na nich sobie odpoczywam, spotykam znajomych, sączę piwa.
 Plan na 30 notek nadal aktualny, ale nie wyjdzie dokładnie tak jak sobie to założyłem, jutro spróbuję wrócić do względnej regularności i długości notek. 

piątek, 10 sierpnia 2012

22. Wyjazd

W związku z moim wyjazdem na konwent, notki jutro i pojutrze nie będzie.
Zaległości wrzucę w poniedziałek.

czwartek, 9 sierpnia 2012

23. Errata, czyli analogowy audiobook.

       Czasami na strychach można odszukać prawdziwe skarby, mi właśnie wpadł jeden taki skarb w ręce. Audiobook, nagrany na zestawie 11 kaset. "Rok 1984" G. Orwella, książka, którą chciałem koniecznie mieć  i przeczytać. A tu taka niespodzianka, audiobook czytany przez świetnego lektora (niestety nie wiem kto to).  Kasety są nieopisane i najwyraźniej zostały przegrane przez mojego wujka, którego pudła leżą na strychu pomiędzy różnymi rupieciami i starymi podręcznikami.
       Taśmy są w paskudnym stanie i nieraz przycina, albo zjada jakieś słowo. Równocześnie ze słuchaniem nagrywam to na płyty CD, coby się nie zapomniało i nie zmarnowało.


 Errata do TOP5 moich ukochanych książek: Miejsce 4: "Rok 1984" G. Orwell
To jedna z najstraszniejszych i najbardziej wciągających książek, z jakimi kiedykolwiek miałem styczność. Strach płynący z tego, co słucham nie wynika z jakichś okropności opisywanych w książce, bo na nie mroczna fantastyka mnie jakoś uodporniła. Ten strach, a raczej przygnębienie wynika z samego świata, w którym przyszło żyć bohaterom. Jego niezmienności, bezsilności jednostki i generalnej beznadziei. Hasła Partii, które równie dobrze mogłyby się znaleźć jako opisy zupełnie współczesnych zdjęć. Nieraz z niezwykłą fascynacją i frustracją szukałem kasety, na której była kolejna część książki, kolejny rozdział, bo nie mogłem odgadnąć jakim absurdem teraz poczęstuje mnie Partia. Powróciły lata dzieciństwa, kiedy siedziało się przed radiem i ołówkiem przekręcało kasetę na początek. Tak teraz siedzę przed wieżą z ołówkiem i markerem. Opisuję kasety, przewijam je i słucham z napięciem. Mimo, że mam styczność z książką po raz pierwszy, już trafia na moja listę, bo zwaliła mnie z nóg, zmusiła do zastanowienia. Jest po prostu wyjątkowa i niezwykła.


 

środa, 8 sierpnia 2012

24. Podróże małe i duże.

      Skoro już tak wszystko podsumowuję i robię sobie wspominki z lat blogowania, bez mojego komentarza nie mogą się oczywiście  obyć moje wycieczki. Niektóre dystansowo nie wyglądają szczególnie spektakularnie, właściwie w większości nie wykraczając poza 20-30 kilometrów. Jednak niemal wszystkie były maksymalnie trudne. Jeśli tam, gdzie akurat szedłem i była pionowa ściana lasu- wchodziliśmy pod nią. Jeśli był bród na rzece- to z niego korzystaliśmy. Jeśli nad jarem było zwalone drzewo- tak, po nim przechodziliśmy.  Okolicę mamy niezaprzeczalnie malowniczą i zróżnicowaną. Lasy, wzgórza, wyższe górki, mnóstwo przecinających je rzeczek, kanałów i pól. Postaram się opisać z grubsza trzy przygody, które najbardziej wryły mi się w pamieć. Wypowiadam się często w liczbie mnogiej, opisując moje wojaże, a mało miejsca poświęciłem w nich mojemu kompanowi tychże wycieczek.
        Kubę znam chyba od zawsze, przyjaźniliśmy się już w pierwszych latach podstawówki. To jedyny mój znajomy, z którym utrzymuję stały kontakt, jeszcze od XX wieku. Jest zapalonym rowerzystą, słucha Linkin Parka i mieszka w bloku niedaleko mnie. Bardzo szybko nauczył się, że wszelakie wyjścia ze mną na tak zwane "pola", często kończą się wspinaczką, spektakularnymi upadkami albo zjazdami w dół stromego zbocza i generalnie mówiąc ( i nieco demonizując) walką o życie. Dobrze nam się wspólnie podróżuje, bo mamy porównywalną kondycję, zapał, wytrzymałość i zawziętość. Ponadto w naszym małym zespoliku przez te parę lat wspólnych wycieczek wyrobił nam się wyraźny podział na role i zadania, które mamy w trakcie wycieczki wypełniać. Na przykład Kuby nie obchodzi utrzymanie kierunku i tempa marszu, bo to moja rola. Ja natomiast nie zastanawiam się dla przykładu tym, czy po zejściu z jakiegoś małego urwiska nie poplątały się linki, bo wiem, że Kuba ma nad tym panować.

          Na pewno bardzo głęboko w pamięci wryła mi się zimowa wyprawa z tego roku.  Przede wszystkim ze względu na to jak bardzo była trudna. 30 stopni mrozu, strome podejścia i bardzo mocny wiatr. Przy okazji nie zapomnę cudów, które powstały za sprawą mrozu na bagnach. Były to całe krzaczki wykonane z szadzi, ciemne kółka w lodzie i cała masa innych dziwów. Przy okazji tej wycieczki dokonaliśmy jednego z najbardziej brawurowych wyczynów w naszej historii. Przejście po złamanym drzewie. O tym, że było złamane dowiedzieliśmy się tak gdzieś około połowy.  Poza tym, że było powalone i wyglądało zdradliwie to trzęsło się i trzeszczało przy każdym ruchu. Nie zawaliło się w kilkumetrową przepaść pod nami tylko dzięki temu, że nie szliśmy równocześnie, tylko jeden po drugim. To był taki zimowy skok adrenaliny.

          Koniecznie wspomnieć muszę o moich ostatnich wojażach, głownie ze względu na istny armageddon, jaki przeżyliśmy na szczycie. Poza tym to była chyba najdalsza wyprawa, pokonana w bardzo dobrym tempie. dłuższą relację z tej wycieczki można przeczytać tutaj.

       A trzecia z najbardziej pamiętnych wycieczek, to dobry materiał na osobną notkę.

Pozdrawiam

         

     

 

wtorek, 7 sierpnia 2012

25. Top 5 moich ukochanych książek.

     Jako, że wczoraj wypowiedziałem się na temat książek, postanowiłem nieco podążyć temat.  Bowiem przez 3 lata przeczytałem bardzo dużo, często pisałem co akurat czytam przy herbacie, i co piję przy czytaniu. Pora więc powiedzieć co nieco o moich ulubionych książkach.

Miejsce 5. " Dżuma" A. Camusa
      Przedstawienie zamkniętego, niszczonego, zdeprawowanego miasta, nad którym rzeczywistej kontroli nie ma nikt. Portrety ludzi, którzy w różny sposób podchodzą do takiego stanu rzeczy. Głębokie studium nad ludzkimi odruchami i działaniami konformistów, bohaterów, idealistów i wielu innych. Nie ma w tej książce elementu, który mógłby mi się nie podobać. Jako, że była to lektura, to marzyłem, żeby pojawiła się na maturze. Miałem świetny audiobook, który czytał mi Zbigniew Zapasiewicz.

Miejsce 4. "Ani słowa prawdy" J. Piekara
     Z żadnej strony nie jest to arcydzieło i między pozostałymi książkami z mojego zestawienia, jeśli chodzi o ambicje, nie ma czego szukać.  Jednak mam straszny sentyment do Arivalda i jego dziwacznych przygód.  Jeśli chodzi o mój ulubiony gatunek literacki- fantastykę, to "Ani słowa prawdy" jest takim zbiorem wszystkiego co w niej lubię. Mieszanie konwencji, wykrzywianie świata, przymrużenie oka na świat rzeczywisty, ale przy tym zachowana jest typowa budowa charakterystyczna dla epickich przygód bohaterów fantasy. Spora dawka humoru, fajny język. Marzyłem, żeby powstała kontynuacja i więcej opowiadań, jednak muszę zadowolić się tym co jest. Z całego mojego zestawienia, to jest jedyna książka, której nie mam.

Miejsce 3. "Wojna światów" H.G. Wells
     Wells to mój absolutny mistrz jeśli chodzi o science-fiction. Nie wiem, czy to dlatego, że w XIX wiecznym SF potrafi zaskoczyć swoim pomysłem, czy dlatego, że był prekursorem gatunku. Byłem pewien, że umieszczę jakiś jego utwór w pierwszej trójce i miałem spory dylemat między "Wehikułem czasu", "Wyspą doktora Moreau" i właśnie "Wojną światów". Wybór padł na apokaliptyczną wizję ataku z kosmosu, ze względu na to, że nie tylko świetnie się bawiłem przy czytaniu opisów heroicznej walki z najeźdźcą, ale także dlatego, że lubię czytać o ludzkich odruchach w sytuacjach kryzysowych, sytuacjach zagrożenia życia.  Studium nad ludzką naturą nie tak głębokie jak w "Dżumie", ale i zagrożenie inne. Poza tym uwielbiam XIX-wieczny język i składnię. Dosłownie chłonąłem klimat tej książki. Poza tym to pierwszy utwór Wellsa, jaki przeczytałem.Uwielbiam Wellsowych bohaterów, często bezimiennych i praktycznie nieopisanych. Poza tym, podoba mi się nagminnie stosowana przez niego narracja pierwszoosobowa. Mam dwa wydania "Wojny światów", obydwa są paskudne,więc szukam dwóch nowych. Jednego ładnego i jednego w oryginale.

Miejsce 2. "Lalka" B. Prus
     Właściwie to nie wiem jak uargumentować mój wybór. Książka podobała mi się przede wszystkim dlatego, że lubię pozytywizm. Ideologia pozytywistyczna byłaby mi bliska i moim zdaniem jest szczytowym osiągnięciem myśli filozoficznej polskich literatów. Zwłaszcza w porównaniu z romantyzmem. Poza tym polubiłem tego idiotę Wokulskiego. Gdyby nie ta przeklęta romantyczna cząstka w jego duszy, to byłby chyba moim ulubionym bohaterem literackim. Z drugiej jednak strony to właśnie ta durna romantyczna cząstka motywowała większość jego działań. Poza tym syndrom Izabeli, który każdy facet miał, ma, lub mieć będzie.  Świetnie sportretowane czasy. Moje ulubione czasy, wiek pary w Warszawie. Przy okazji to jedna z nielicznych XIX-wiecznych polskich pozycji, w której nie ma tego całego narodowościowego pierdolenia, jak to Polakom było źle i niedobrze. Zaborcy w Lalce prawie nie ma.  Tak jak u Wellsa XIX-wieczny język. Poza tym lubię otwarte zakończenia. Polubiłem też strasznie Rzeckiego, pana starego subiekta. Nie potrafię sformułować żadnego logicznego argumentu, który jednoznacznie przesądziłby o tym, że "Lalka" jest wspaniała. Po prostu jest. I tyle. Pierwszy raz czytał mi ją Jerzy Kamas..... Oddałbym wiele, żeby mieć taki głos jak on i potrafić tak nim dysponować. Nie robiłbym nic innego, tylko czytał książki na głos. Mam też stare, książkowe wydanie, które mi się nie podoba i chyba zainwestuję w nowsze i ładniejsze.

Miejsce 1. "Mistrz i Małgorzata" M. Bułhakow
      Wielkiego zaskoczenia pewnie nie ma. "Mistrz i Małgorzata", arcydzieło literatury, najlepsza powieść wszech czasów. Jest wszystko, wykrzywiona rzeczywistość, studium nad ludzką naturą, myśl filozoficzna, humor, magia, symbolika, odniesienia do religii, historii, literatury,polityki, psychologii. Prawdziwe dzieło życia.  Przedstawienie Rosji radzieckiej z punktu widzenia intelektualisty. Wyborne przedstawienie Szatana bardziej ludzkiego od ludzi, który znalazł się w kraju reżimu bardziej nieludzkiego niż diabeł.Poza tym jego świta, czyli ulubieniec wszystkich Behemot, moim zdaniem przezabawny Korowiow, i groteskowo przerażający Azazello. Pierwszy raz czytałem egzemplarz wypożyczony z biblioteki, pełen odręcznych drobnych notatek, które okazały się wyjątkowo przydatne i wyjaśniały rzeczy, któyrch wtedy jeszcze nie do końca ogarniałem (pierwszy raz sięgnąłem po "MiM" mając 15 lat) . Bardzo fajnie mi się czytało za drugim razem, kiedy sprawiłem sobie egzemplarz, w którym na czerwono zaznaczone są ingerencje rosyjskiej cenzury. Czasem dziwiłem się dlaczego coś wykreślali, czasem nie mogłem się nadziwić jak bardzo długie fragmenty po prostu im nie pasowały. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę jak bardzo dużą krzywdą dla literatury i kultury ogólnie jest cenzura. Strasznie polecam też rosyjski 10-odcinkowy serial ze świetną muzyką i klimatem.




poniedziałek, 6 sierpnia 2012

26.Książka, ale czy tylko na papierze?

    Czytelnictwo upada, to jest niestety fakt. Ludzie mało czytają, a tylko w tym roku kalendarzowym wyrobiłem już statystyczną, roczną normę około 23 Polaków. Bo statystyczny Polak czyta 1 książkę rocznie. Ja rozumiem, że to nie musi być rozrywka dla każdego, ale czasem jak widzę chełpienie się tym, że się nie czyta i nie lubi książek, to bierze mnie czarna rozpacz. To tak jakby się chwalić tym, że nie używa się mózgu, a to wolelibyśmy raczej trzymać jako jeden z najskrytszych sekretów.
    Nie o tym miałem jednak pisać. Wchodzimy z impetem w XXI wiek, zaczęliśmy drugie dziesięciolecie, a ludzie poddają procesowi cyfryzacji wszystko, także książki, które w formie e-booków w tamtym roku w Ameryce cieszyły się sprzedażą o wiele lepszą, niż ich papierowe odpowiedniki. Osobiście nie rozumiem tego trendu. Nie jestem aż takim geekiem, żeby cieszyć się samym faktem czytania czegoś z cyfrowego ustrojstwa. Kiedyś usłyszałem argument, że normalnie nie mogę mieć przy sobie 120 książek. No tak, ale po chuj mi tyle książek, skoro i tak aktualnie czytam jedną? Czytniki e-booków ułatwiają też dostęp do gazet, które można ściągać bezpośrednio do kieszeni, nie wychodząc z domu. Gdybym był fanem gazet to może ten argument by w jakimś stopniu mógł do mnie przemawiać. Wychodzę raczej z założenia, że skoro mam to samo na stronie internetowej, to po co mam ślęczeć nad małym ekranikiem, jeśli wygodnie mogę się rozłożyć w fotelu i poczytać bogato ilustrowane artykuły na moim 17 calowym monitorze? Generalnie rzecz ujmując nie jestem szczególnym fanem i zwolennikiem e-booków.
     Inaczej się sprawy mają z audiobookami, których jestem fanem. Lubię jak mi aktor czyta. Bo zwykle czyta ładnie i generalnie lepiej niż gdybym sam chciał sobie poczytać na głos. Audiobooków jest niestety mniej niż e-booków, ale zawsze są dosyć porządnie zrealizowane. Zawsze (od małości) lubiłem słuchać jak w radiu była czytana jakaś powieść, nawet jeśli nie miałem pojęcia co to było, to słuchałem uważnie, po czym wracałem do czynności, które zazwyczaj wykonuję słuchając radia, czyli mycie naczyń, sprzątanie, albo wszelkie prace w garażu. Generalnie jest jestem niewiadomo jakim radiosłuchaczem, bo wolę swoją muzykę, ale jak czasem nie mam nic ciekawszego do roboty, to posłucham co ciekawszych audycji (Bo przecież jeśli radio, to tylko trójka i radio Rzeszów).
      Książki papierowe, to dla mnie swoiste sacrum. Nie potrafię wyrzucić książki, spalić, ani zrobić jej jakiejkolwiek krzywdy. O ile cały mój pokój i moje otoczenie to umiarkowanie kontrolowany chaos, to półka z książkami świeci przykładnym poukładaniem i harmonią. Lubię nowe wydania, jeśli mają coś niezwykłego do zaoferowania (np. ingerencje cenzury), jednak najbardziej lubię wydania nieco starsze. Koniecznie gruba okładka, najlepiej jeśli jest pokryta tym takim skóropodobnym materiałem, w tytule są tłoczone złote albo srebrne litery. Najlepiej jeszcze jak "wbudowana" jest taka materiałowa zakładka. Lubię też jeśli pojawiają się ryciny w trakcie. Książki takie wyglądają oldschoolowo i mają zajmują cały jeden rząd na moim regaliku, tworząc kolorową przeplatankę tytułów i faktur. Książki papierowe pachną. Uwielbiam zapach nowej książki i chrzęst okładek przy pierwszym szerokim otwarciu. Lubię też książki stare. Ich zapach starego papieru, delikatny klej, czasem delikatne naniesione ołówkiem adnotacje. Książki takie mają własny charakter i czasem, jeśli są dosyć wiekowe i trzeba je czytać bardzo delikatnie, czytanie zmienia się w ceremonię.          
      Nienawidzę jak ktoś czytając moja książkę, przewraca strony łapiąc za lewy dolny róg strony. Potem kolejne strony są odginane i książka zamiast mieć ładne, równe strony to faluje. Czytanie jest zgubne dla mojego kręgosłupa, bo kiedy zaczynają mnie boleć plecy, to przyjmuję najróżniejsze, często bardzo nienaturalne pozycje. Ale podejrzewam, że to akurat nie jest tylko moja przypadłość.



    Reasumując, nie rozumiem idei e-booków,a czytniki do mnie nie przemawiają. Popieram i bardzo lubię audiobooki, ale niekwestionowaną świętością, na którą nigdy nie jest mi szkoda pieniędzy są książki papierowe. 



niedziela, 5 sierpnia 2012

27.Jak się nie dać zombie?


    Zombiaki! Któż by ich nie kochał. Są krwiożercze, śmierdzą, rozkładają się i wykazują poziom intelektualny równy co sprytniejszym gołębiom. W okolicach Halloween pojawia się masa tekstów, seriali, filmików, filmów etc.  traktujących o zagrożeniu płynącym ze strony amatorów ludzkich szarych komórek. Oczywiście najwięcej   pochodzi zza oceanu wprost od wujka Sama, ale mamy też naszą rodzimą produkcję, wydaną niedawno Dead Island.
    Wyjdę może od tego, czym zombie są. Wywodzą się z wierzeń ludów karaibskich, potomków niewolników z południa USA i wszystkich okolic, w których prym wiodła religia voodoo. W praktyce byli to niewolnicy naszprycowani przez szamana wszystkimi narkotykami równocześnie i posłani do pracy przy kukurydzy. Dorobiono potem otoczkę mówiącą o duchu zamieszkującym ciało zmarłego człowieka, który jest relatywnie posłuszny i może robić w polu za dwóch. Duchy zamieszkujące zwłoki sprawiały, że trup był dosyć silny, jednak nie był zbyt rozmowny. Tak kształtuje nam się popkulturowy zombiak. Żywy trup, wyłażący z grobu, żeby zaspokoić jedyne pragnienie jakie nim steruje- głód. Przyczyny powstawania zombie zwykle nie są znane, zawsze wiadomo, że trzeba je wybić, zanim zostanie się zjedzonym. Pierwszym popkulturowym superhitem o zombie była "Noc żywych trupów". Ostatnio dorabia się coraz częściej teorię, że zombie to ofiary jakiegoś mutującego wirusa, a nie po prostu żywe trupy (resident evil, left 4 dead, walking dead).
    Źródłem strachu budzonego przez zombiaki nie  jest tylko fakt, że to co jeszcze tydzień temu nie żyło, teraz ma się całkiem nieźle i lezie w moją stronę. Ludzie boją się ich, bo one mogą ich zjeść, zawsze mają przewagę liczebną, zwierzęcy instynkt i trudno je zabić. A jak na dodatek są szybkie, to lepiej jest się posypać przyprawą, wetknąć jabłko w usta i czekać jako ładnie przystrojona potrawka. Na szczęście szybkie zombie zdarzają się równie rzadko, co Murzyn w Alabamie.
    Sposobów na pozbycie się zombie jest masa. Najczęściej skuteczne są: dekapitacja, uszkodzenie mózgu lub rdzenia przedłużonego, spopielenie i rozczłonkowanie.Pozostałe sposoby, które powinny zadziałać na człowieka, na zombie mogą nie pomóc (zależnie od uniwersum oczywiście). O ile cześniej rzadko to się zdarzało, najnowsze produkcje łączą zombiaczą zarazę z apokalipsą, lub postapokalipsą. Co prowadzi oczywiście do rywalizacji gatunków. Homo Sapiens, jako gorzej przystosowany musi walczyć ze swoim naturalnym wrogiem (zombie) i walczyć o przetrwanie. Światy opanowane przez zombie zwykle nie są mało plastyczne i nie da się tam osadzić ciekawej fabuły, ale są sombie, jest zabawa!
    Kolejną nowością dotyczącą zombiaków jest możliwość zarażenia się zombiactwem. Zdarty prosto od wilkołaków- ugryzienie, zadrapanie.  Po raz kolejny twórcy poszli w ilość. Im więcej zombie na ekranie tym bardziej zaszczuty bohater, ergo tym lepiej!
    Na podstawie moich obserwacji wynalazłem idealny sposób na walkę z zombie. Weźmy scenariusz postapokaliptyczny. Wystarczy włamać się do muzeum zwinąć pełną zbroję płytową, coś ostrego do dekapitowania  przeciwników i tyle! to dziecinnie proste. Praktycznie nie ma opcji zostania zranionym przez zombie, kiedy ma się na sobie blachę i kolczugę. Nie trzeba się kryć po kątach, tylko można iść śmiało pomiędzy trupy. Jak skończy się amunicja, to ma się pod ręką miecz/topór/maczetę którą utrzymamy przeciwnika na dystans i odrąbiemy niepotrzebne elementy. Aż się dziwię, że ten motyw nie został jeszcze użyty, albo po prostu się z nim nie spotkałem. Jak ktoś widział coś podobnego, to proszę o napisanie o tym w komentarzu.
    Przez lata idea zombie i same zombie ewoluowały. Z gnijących żywych trupów grasujących po cmentarzach, przekształciły się w krwiożercze, rozmnażające się przez drapanie tabuny zarażonych. Jedno jest pewne, gdyby po epidemii czarnej śmierci w średniowieczu wybuchła epidemia zombie, rycerze by sobie poradzili!

sobota, 4 sierpnia 2012

28. Słów kilka o krwiopijcach.


    Jako, że The Fakto upadło równie nagle co się narodziło, to postanowiłem wrzucić moje tamtejsze teksty tutaj. Miłej lektury.



                Wampiryzm jest zjawiskiem istniejącym w kulturze właściwie od zawsze. Jest  uosobieniem lęku człowieka przed zezwierzęceniem, któro w tym przypadku jest przemianą człowieka w potwora nocy, nocnego łowcę. W przeciwieństwie do likantropii, która zakłada zwilczenie człowieka, wampiryzm jest niedookreślonym przejawem przemiany człowieka w coś, co żywi się ludzkim mięsem lub/i krwią. Człowiek, będąc na szczycie łańcucha pokarmowego czuje się bardzo nieswojo w środowisku, gdzie jest tylko kolejnym ogniwem.  Poza tym, niedoskonały zmysł wzroku, uniemożliwia widzenie w ciemności, lub po zmroku. Mamy zakodowane, że boimy się tego, czego nie widzimy, teraz wystarczy dodać do tego bycie tylko ogniwem łańcucha pokarmowego i mamy gotowy przepis na nocnego łowcę wzbudzającego przerażenie na każdej szerokości geograficznej.  
                „Ale jak to!” Zakrzykniecie. „Przecież wampir jest istotą dookreśloną! Nietoperzowanym stworem”.  Otóż nie. Istoty określane przez nas uniwersalnie „wampirem” rozwijały się niezależnie na wszystkich kontynentach. I tak mamy psy, nietoperze, ptaki drapieżne i niedookreślone monstra, które zatraciły swoje człowieczeństwo.  Pisarze i inni twórcy zhomogenizowali te istoty tworząc przekaz uniwersalny.  
                Nasz europejski wampir, został oczywiście stworzony przez Brama Stokera, który oczernił postać hospodara wołoskiego Wlada palownika i zrobił z niego to, co teraz nazywamy wampirem. Potem było już tylko gorzej, ponieważ literatura i film zauważyły potencjał drzemiący w postaciach wampirycznych. Powstała masa pulpowych opowiastek, harlekinów etc. , w których wampir zamiast straszyć, staje się wyidealizowanym, pięknie zbuntowanym kochankiem.  
                Dlatego to, co zrobiła pani Meyer nie jest zniszczeniem wizerunku wampira. „Zniewieściały” Edward, to żadna nowość. Straszne, oldschoolowe wampiry znajdziemy tylko w horrorach, tam gdzie ich miejsce. Literatura i kultura popularna,  przerobiła strasznego, nocnego łowcę na romantycznego buntownika.  Nie należy więc rwać włosów z głowy, gdy kino i telewizja zaserwują nam kolejne romantyczne popychadła dla wampirów z krwi i kości. Kiedy chcemy dawki wampirzego klimatu, trzeba sięgnąć pod popkulturową otoczkę,  do tworów takich jak uwielbiany przeze mnie „Hellsing”, albo „Underworld”.
                Nasza rodzima literatura także nie obyła się bez zniewieściałego krwiopijcy. Pamiętacie Gustawa z IV części „Dziadów”? Z opisu postaci, jego zachowania i jego historii wynika jednoznacznie, że nie jest człowiekiem. Badacze literatury często określają go mianem upiora, który jest po prostu słowiańskim wampirem.  
                Tak więc wampir będąc strachem uniwersalnym ewoluował z postrachu wiosek, czającego się gdzieś w ciemnościach i dybiącego na ludzką krew i mięso, w romantyczną, charakterystyczną postać pojawiającą się w wielu utworach, niekoniecznie jako  istota straszna. Nasza kultura, uodporniła nas na strach przed wieloma zjawiskami, w tym przed wampiryzmem.  Oczywiście światowy bestseller Meyer , naświetlił tylko tą sprawę, bo wampiry wróciły na pierwsze strony gazet, szkoda tylko, że brukowców.  W końcu będzie tak, że jedynym czego będziemy się bać, to utrata konta na facebooku.

piątek, 3 sierpnia 2012

29. Oznaczenia herbat łamanych-ciętych (broken tea)

   Tak samo jak herbaty liściaste, herbaty łamane mają swoje oznaczenia określające ich jakość. Oto druga część mojego przewodnika po oznaczeniach jakości herbat.Nie opisuję wszystkich oznaczeń, bo jest ich za dużo, wybrałem te, które pojawiają się najczęściej i te, które sam miałem okazję próbować. Zaczynamy!

TGFBOP 1- Tippy Golden Flowery Broken Orange Pekoe. Bardzo dobrej jakości herbata z Assam i Darjeeing. Listki są równo pocięte i tak jak nazwa wskazuje zawiera dużo wierzchołków listków (tips), które także są pocięte. np. Lipton w piramidkach, który moim zdaniem jest bardzo smaczny.

GFBOP- Golden Flowery Broken Orange Pekoe. Najwyższa klasa herbat z Kenii i Assam. Ma mało wierzchołków, a listki są pocięte na kawałki różnej wielkości.Wydaje mi się, że Bioactive używa herbaty tej jakości w swoich herbatach sypanych.

GBOP- Druga klasa jakości herbat Kenii i Assam. Jeszcze mniej wierzchołków, drobniej pocięta.

FBOP- Flowery Broken Orange Pekoe, grubo łamana, bardzo mało wierzchołków, przykładowo Krakowski Kredens używa herbat o tym oznaczeniu. Mi herbaty KK nie smakują.

BOP- Broken Orange Pekoe, główny stopień określania jakości prawie wszędzie. Nie ma co szukać szczytów. Daje ciemny napar, dosyć aromatyczna.

BT- Broken Tea, Liście są duże i mięsiste, bardzo równo pokrojone, mają dużą objętość. Spotkałem się kilka razy z taką herbatą w kawiarniach, ale niestety nie przypadła mi do gustu, nie wiem czemu.

BOPF- Broken Orange Pekoe Fannings. Bardzo drobno pocięta herbata bez szczytów, Ceylon używa herbaty tej jakości. Jest dosyć smaczna, idealnie nadaje się jako baza dla herbat smakowych w torebkach.

TGFOF- Tippy Golden Flowery Orange Fannings. Tej herbaty stosuje się do produkcji wysokiej klasy mieszanek ekspresowych np. Ahmad. Są szczyty, jest delikatnie i bardzo smacznie.

PD- Pekoe Dust. Bardzo drobna, prawie pylista herbata, stosowana przy robieniu herbat ekspresowych dla mas np. Saga. Śmieję się, że tą jakość otrzymuje się zamiatając magazyny herbaty. Na temat smaku nie mam się nawet co wypowiadać, bo to herbata nie dla smaku, ale dla samego faktu nie picia wrzątku, tylko herbaty.


   Zasada jest prosta, im wyżej listek rośnie na krzaczku i jest mniej rozwinięty, tym herbata delikatniejsza. Listki rosnące niżej trzeba łamać, ciąć, czy poddawać innym procesom mechanicznym, bo w przeciwnym wypadku w filiżance, kubku, albo szklance pływałyby liście wielkości tytoniowych. Niektóre herbaty białe (robione z tych najwyższych zwiniętych jeszcze listków) hoduje się, zakrywając krzewy herbaciane przed dostępem słońca, przez co hamuje się rozwój listków.  Herbaty liściaste są droższe, bo muszą być zbierane ręcznie, żeby nie pouszkadzać liści.

    Na temat różnych typów herbaty wypowiem się kiedy indziej.  Tym razem mam jednak nadzieję, że moje zestawienie chociaż odrobinę pomoże przy wyborze herbaty do dobrej książki.
Smacznego.

czwartek, 2 sierpnia 2012

30. Oznaczenia herbat liściastych.

    Na opakowaniach, puszkach, woreczkach albo w menu herbaciarni lub restauracji, przy nazwie herbaty (lub miejscu jej pochodzenia) podawane są enigmatyczne zlepki literek. np. Assam STGFOP. Na pierwszy rzut oka nic to nie mówi. Próby rozszyfrowywania skrótu spełzają na niczym. Wystarczy jednak łyknąć trochę tematu herbat i poczytać, żeby poruszać się w tych nazwach bez problemu.
    Przede wszystkim oznaczenia te nie oznaczają smaku herbaty, a jej jakość.

Najpierw herbaty liściaste (Leaf Tea), te lepsze, zawierające całe liście.

GT- Golden Tips, pochodzą  z Assamu i Darjeelingu i są to samiutkie koniuszki krzewu herbacianego. Praktycznie nie mają smaku, służą raczej do polepszania wyglądu i wkurzania tych, którzy nie lubią jak im coś w filiżance pływa.

SFTGFOP 1 / FTGFOP- Special Fine Tippy Golden Flowery Orange Pekoe 1 i Fine Tippy Golden Flowery Orange Pekoe... Najczęściej pochodzi z plantacji Darjeeling (wcześniej też z Assam). Bardzo dobra jakość, dobierane z niezwykłą starannością. Delikatny smak. Moim zdaniem herbata dla pedantów, bo listki mają prawie identyczną wielkość.

TGFOP/ TGFOP1- Tippy Golden Flowery Orange Pekoe, albo jak ja wolę rozwijać ten skrót Too Good For Ordinary People. Jeśli zastanawialiście się jak smakuje niebo, to właśnie tak, bo to jest herbata najwyższej jakości pochodząca z Assamu  lub Darjeelingu. Jeśli uda Wam się wyhaczyć ją w kawiarni, herbaciarni, albo gdziekolwiek indziej, to bierzcie, bo na prawdę warto, jest zjawiskowo dobra.

GFOP/ GFOP1- Golden Flowery Orange Pekoe. Prawie na pewno pochodzi z Kenii i jest dobrej jakości.

FOP/FOP1- Flowery Orange Pekoe, Herbata drugiej klasy jakości, według norm chińskich dobrej jakości. Listki są dziurawe, zdrewniałe, często dosyć ciemne. Jak herbata z tym dopiskiem jest w karcie i jest droga, to nie warto...

OP Sup.- Orange Pekoe Superior. Bardzo wysokiej jakości herbaty o małych listkach. Oznaczenie to stosuje się tylko i wyłącznie dla herbat pochodzących z plantacji indonezyjskich. Osobiście nie miałem jeszcze okazji spróbować.

OP- Orange Pekoe. Cejlon i Jawa, sztywne, relatywnie długie listki pozbawione wierzchołków (tips). Wierzchołki są delikatniejsze i bardziej cenione, dlatego  trafiają do lepszych jakościowo herbat. Bez szaleństwa.

BOP 1- Broken Orange Pekoe, herbata półliściowa. Pochodzą z nizin Cejlonu, listki są grube i czarne. Herbaty z tym oznaczeniem są herbatami liściastymi najniższej jakości, co nie oznacza, że są niedobre. Są po prostu gorsze od tych, które mają cienkie listki i dają delikatniejszy napar.

   Tyle na dzisiaj, następnym razem napiszę o herbatach łamanych (ciętych).
Niestety nie miałem jeszcze okazji spróbować wszystkich jakości i gatunków herbat wymienionych w tym zestawieniu, jednak piłem większość. Ciężko jest mi przytaczać producentów herbat, ponieważ herbaty liściaste są sprzedawane w herbaciarniach. Cały przekrój jakości, pochodzenia i smaku wiem, że dostępny jest w herbaciarniach Five O'Clock, ale ich nie ma zbyt wiele w naszym kraju.

 Mam nadzieję, że choć trochę się przyda to, co napisałem i smacznego!



środa, 1 sierpnia 2012

31.

  I stało się, jest 1 sierpnia. Zostały mi 2 miesiące wakacji, a blogowi miesiąc życia. Wchodzę na ostatnią prostą, więc w tym miesiącu będzie jeden post dziennie. Jeśli nie, to znaczy, że nie żyję.

  Życzę miłej lektury.

środa, 25 lipca 2012

hejt

     Jestem student psychologii na UMCSie w Lublinie. Wczoraj znalazłem mieszkanie, z którego jestem dumny.


      Stwierdzam, że  polski internet nie dorósł jeszcze do pełnej wolności słowa, wyznania i wypowiedzi, za którą przeciwnicy ACTA jeszcze kilka miesięcy temu daliby się zabić. Dla niezorientowanych mówię o akcji "Gr@żyna". Cała sprawa rozgrywała się raczej pomiędzy vlogerami. Któryś ze sławnych vlogerów powiedział, że jednym z pierwszych symptomów stawania się popularnym (poczytnym dla blogów), jest pojawienie się hejterów. I to jest fakt... niestety

Dzisiaj krótko, ale będzie dłużej.

wtorek, 10 lipca 2012

3...2...1... 3 w 1!

    3 rzeczy do opisania w 1 notce! Aż 3! w ciągu 2 dni. Zaczynamy!


     

    Jakieś 60 kilometrów pieszej wycieczki zakończone na jednej z podręcznych  prawie-połonin za Nowym Żmigrodem. Wymarsz po 5 rano, plecaki wydają się tylko wypełnionym namiotem i kilkoma innymi stuffami bagażem podręcznym, ale już pierwsze lesiste wzniesienie uświadomiło nam, że wspinaczka po prawie pionowym zboczu jest sporym wyzwaniem, kiedy targa się te 15 kilo sprzętów wszelakich. Mapa i kompas były najlepszymi przyjaciółmi, a bąki, komary i kleszcze śmiertelnymi wrogami i mimo, że od wyjścia minęły już 2 dni, to nadal mam odruch uderzania miejsca, gdzie mnie coś swędzi albo łaskocze. Po godzinie 10:30 słoneczko dawało już się we znaki, innymi słowy było gorąco jak w piekle. Idąc rozmawialiśmy niewiele, większość czasu nuciłem sobie coś pod nosem i tylko jak na naszych oczach miał miejsce jakiś totalny absurd, komentowaliśmy go czymś więcej niż tylko krótkim i treściwym "o ja jebe...", które wydobywało się z naszych ust raz po raz, kiedy szliśmy lasem, rzeką, miedzą, albo poboczem. Samej trasy nie ma za wiele co opisywać, ot wsie, lasy, kilka pól, mniejsze i większe wzniesienia. Uwielbiam mój region, bo wystarczy wejść z pierwszy z brzegu szczyt (a tych jest na pęczki) i zawsze rozciąga się stamtąd spektakularny widok.
     Kilka rzeczy rzuciło mi się wybitnie w oczy w czasie  przechodzenia przez niektóre wsie usytuowane na szczycie, bądź w dolinie pomniejszej górki. Enklawy, w których czas płynie inaczej i ludzie też wydają się jacyś inni. Z kilometra wszyscy wiedzą, że w okolicy jest ktoś obcy.  W jednej ze wsi dzieci jeździły na rowerach z siekierami, w innej natomiast kilkuletnie brzdące osiodłały kozę i używały jej jako wierzchowca w hałaśliwej zabawie. Przed każdym domem stoi kapliczka, która często wygląda porządniej niż samo miejsce zamieszkania. Przełom nastąpił już na miejscu przeznaczonym na nocleg. Góra miała jakieś 400 metrów wysokości, a my rozbiliśmy się na jednej z wykoszonych łąk. I dzięki mojemu poganianiu udało nam się rozbić namiot zaraz przed pierwszą błyskawicą.
     Przygotowywaliśmy się akurat do jedzenia, kiedy pierwszy piorun uderzył jakieś 100 metrów od nas i lunął deszcz  tak rzęsisty, że najlepszym określeniem będzie "pranie żabami z nieba". Potem doszedł jeszcze grad, który zrobił kilka dziur w poszyciu namiotu. A to wszystko przy akompaniamencie piorunów, uderzających kilkadziesiąt- kilkaset metrów od nas. Byliśmy zbyt zmęczeni, żeby zbiegać do podnóży zbocza, więc zadowoliliśmy się wyłączeniem telefonów i narzekaniem na pogodę. Mogę śmiało powiedzieć, że przetrwałem mini armageddon. Po półgodzinnej burzy stanęło przede mną kolejne wyzwanie-rozpalenie ogniska z doszczętnie przemoczonego drewna i trawy, którą można było wyciskać. W pobliskim lesie nie znalazłem żadnej brzozy i jako rozpałką zmuszony byłem posłużyć się świerkiem. Tylko dzięki znalezieniu w kieszeni kurtki pakieciku prochu strzelniczego z napisem "na czarną godzinę"  udało mi się najpierw rozpalić igliwie, potem pomniejsze gałązki, aż w końcu przed moim zadymionym obliczem pojawił się płomień. Tak, to była własnie ta czarna godzina...Ciepło ogniska polepszyło nastroje, a świerkowo-lipowa herbatka (wrzątek z gałęziami jak powiedział kompan) rozgrzała nas wystarczająco, by podjąć akcje tak skomplikowane jak suszenie przemoczonych ubrać (zwłaszcza butów) i ratowanie czyjejś łąki przed pójściem z dymem. To było moje najbardziej karkołomne rozpalania ognia. Poza tym spoczywała na mnie spora presja ze strony współtowarzyszy wędrówki. Dopiero porywisty wiatr przypominający halny i wizja kolejnej burzy zagoniła nas do namiotu po 3 godzinach suszenia i odpoczynku przy ogniu. 
     Następnego dnia poranek powitał nas tym samym porywistym wiatrem, przez co składanie namiotu przypominało trochę paralotniarstwo niskobudżetowe. Po szybkim śniadaniu zeszliśmy w dolinę i dotarliśmy na szlak prowadzący na górę Grzywacką. Droga mimo, że ucywilizowana (oznaczona) i nie tak karkołomna jak kilka wspinaczek z dnia poprzedniego, dała nam ostro w kość. Byliśmy zmęczeni, a zapasy wody przygotowane na takie upały kończyły się trochę zbyt szybko. Po drodze na górę rozmawialiśmy jeszcze rzadziej niż w trasie . Byłem strasznie rozdrażniony i obolały, przez chwileczkę nawet złamany. Chciałem się poddać. Usiąść i odpocząć. Tępo mieliśmy zabójcze. Ja miałem, bo je narzucałem i czasem zmuszony byłem czekać na chłopaków. W trakcie jednego z takich postojów, wziąłem dwa potężne wdechy, krzyknąłem sobie "Odynie!" i pomaszerowałem z zupełnie odnowioną ilością siły. Ze zdwojoną energią szarżowałem pod górę, kawałek nawet biegłem. Wcześniejsze rozdrażnienie minęło i zachęcałem chłopaków żeby przyśpieszyli, że na szczycie sobie odpoczniemy! Nie wiem jak to zadziałało, ale motywacja czyni cuda.
     Zawsze zdobycie jakiegoś szczytu cieszy niezmiernie. Tam po krótkiej debacie obraliśmy dalszą trasę i ruszyliśmy ku łysej górze. Miałem nadzieję w trakcie schodzenia znaleźć ukrytą gdzieś w lesie "wilczą kapliczkę". Nie mam pojęcia co to jest, ale jeszcze tam wrócę z większym zapasem siły i mniejszym plecakiem i choćbym miał przeczesać zbocza Łysej Góry metr po metrze znajdę tą kapliczkę! Schodząc zeszliśmy ze szlaku, żeby szybciej dotrzeć do szeroko pojętej cywilizacji. Koledze nogi odmówiły posłuszeństwa i musieliśmy jak najkrótsza trasą zejść do drogi. 
    Do domu wróciłem śmierdząc dalej dymem z mojego mokrego ogniska, potwornie zmęczony i obolały. Ale byłem strasznie zadowolony. 




      2! 
  Następnego dnia, trzeci dzień z rzędu pobudka przed 5 rano. Przed upałem. Zapakować krzesełka, piwo i wędki do samochodu i jazda nad pobliski staw. Jeśli  ktoś zapytałby mnie, jakie są najnudniejsze zawody, do tej pory odpowiedziałbym, żę coś pomiędzy golfem, a szachami. NIE, najnudniejsze są zawody wędkarskie. A dokładniej najnudniejsze były te, na których brałem udział. Potworny poślizg sprawił, że haczyki wylądowały w wodzie za późno, kiedy było już gorąco, a ryby przestały żerować. Kpina trochę, bo wygrywał ten, kto cokolwiek złowił... Ja nie złowiłem niestety niczego poza zaglonioną gałęzią. Zasady rozgrywania zawodów były dosyć kuriozalne, tak jakby zarząd łowiska bał się, że im ryby z wody wybiorą. Poza tym cały czas wiało nudą, ze względu na brak jakiegokolwiek zainteresowania wokół mojego spławika. Nie było nawet na co popatrzeć bo  u innych było to samo. Dopiero 15 minut przed końcem zawodów jakiś chłopaczek wydarł z wody ładnego karpia. Poza tym nic... A szkoda, bo miałem nadzieję na fajnie spędzony czas, a tak to tylko przesiedziałem 5 godzin słuchając radia i od czasu do czasu gadając ze współwędkującym ojcem.


3!


     Po powrocie do domu szybki prysznic, kilka godzinek odsypiania wyprawy, szybki skok po piwo i  oglądanie finału. Razem z ojcem jesteśmy dosyć zapalonymi fanami siatkówki, toteż wczoraj mieliśmy swoje święto. Wszyscy sąsiedzi słyszeli nasze "kurwy" po każdym straconym punkcie i okrzyki radości po każdym zdobytym. Aż do prawdziwej erupcji euforii po zwycięstwie biało-czerwonych. Teraz czekam na złoto olimpijskie, jak ten zespół go nie zdobędzie, to nie wiem, kto miałby to zrobić. To dlaczego jaram się siatkówką, a nie pociąga mnie piłka nożna to temat na osobną notkę.




       Po takim maratonie, jestem wypompowany, pozytywnie zmęczony i znoszę jajo przed ogłoszeniem list na uczelniach. Strasznie jaram się Aloszą Awdiejewem i mrożoną zieloną herbatą. Może zrobię kolejny tutorial herbaciany. nie wiem, zobaczy się. Ja już wiem jaka herbata jest najlepsza na mrożoną, Wy się może dowiecie....

Pozdrawiam ja, pozdrawia moja herbata.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

No co? Wakacyjnie tu jest.

     Długo, oj długo już nic tu nie pisałem, a bo i w sumie nie było za bardzo o czym. Jakakolwiek systematyczność w pisaniu notek (jeśli takowa istniała) umarła rozleniwiona słonecznymi dniami i nadwyżką wolnego czasu. Cóż wolny czas to duże słowa, bo właściwie ciągle jestem czymś zajęty. Jak nie szermierka to siatka, jak nie siatka to szermierka, jak nie szermierka to sesje RPG, a między to wszystko wpakowuje się jeszcze kurs na prawo jazdy. Brzmi odprężająco? Bardzo! Mam wakacje, wolno mi.
     Trzęsę portkami przed piątkiem. Jestem raczej umiarkowanym optymistą. Wyniki matur zadecydują o moich dalszych losach. Mam nadzieję, że bez przeszkód wyląduję w Lublinie.
     Co prawda mam jedno opowiadanie, które leży i czeka na zbawienie ( dalsza część "Ludojada z Warri" ), nieprawdopodobnie nie chce mi się jednak do niego zasiadać, dopisać zakończenie i zrobić korektę. Nie wiem, może na weekendzie do tego się zabiorę. Przynajmniej ten cykl chciałbym zakończyć, zanim napiszę sakramentalny "Epilog" tego bloga.
   
      Wakacyjnie rozleniwiony, pozytywnie nastawiony, słodzący  dwie łyżeczki kapelusznik pozdrawia popijając łyk orzeźwiającej senchy.

czwartek, 7 czerwca 2012

God save the queen

    W zeszły weekend były huczne obchody diamentowego jubileuszu panowania królowej Elżbiety II. Zaparzyłem sobie więc British Breakfast i odpaliłem BBC, żeby oglądać paradę statków na Tamizie.
Szczerze mówiąc spodziewałem się czegoś prawdziwie spektakularnego, fakt, było dużo, ładnie, głośno i kilka pamiątkowych perełek. Wszystko dla uczczenia obchodów rocznicy panowania królowej. Ale po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że narody zachodnie nie potrafią robić prawdziwie spektakularnych i widowiskowych parad. Po prostu dla człowieka wschodu Europy wszystko wyglądało trochę partacko, niedokładnie i bez tego czegoś. Media mówiły, że to ma być wspomnienie starych dobrych, imperialnych czasów, nawiązanie do tamtej potęgi. A co ja widziałem? Dwa nawiązania, pierwsze w postaci monarchini, a drugie w postaci jej łodzi, która była jedyną prawdziwie piękną konstrukcją płynącą po Tamizie. Wielkim rozczarowaniem była łódź-dzwonnica, która miała mieć osiem dzwonów, a miała żałosne dzwonki, których powstydziłby się proboszcz na parafii w jakiejś Koziej Wólce...
    Nie krytykuję, bo rzeczywiście było na co popatrzeć, tysiące łodzi, wiosłowych, żaglowych i silnikowych w długaśnej paradzie, płynących środkiem Londynu. Wiwatujące tłumy, saluty z armat. Wszystko było na swoim miejscu, ale pozostał niedosyt. To monarchia, brytyjska monarchia! Miałem ochotę zobaczyć złote łodzie, atłasowe wykończenia, łódź pełną szkockich gwardzistów, łódź Jamesa Bonda, może nawet repliki żaglowców z epoki wiktoriańskiej, albo i parowce. Na pewno miałem ochotę na jakikolwiek okręt brytyjskiej marynarki wojennej. Cokolwiek co nawiązywałoby do wspaniałej tradycji.
     Nauczyłem się w ten sposób, że jeśli chcę zobaczyć przepych w swojej najprzedniejszej formie, czystej krwi manifestację potęgi i bogactwa, muszę oglądać wszystkie uroczystości z ... Moskwy. Tak, Putin i jego świta wie jak manifestować swoja potęgę.
     Wracając jednak do Elżbiety II, uważam, że jest potrzebna światu. Świat potrzebuje czegoś stabilnego tak jak brytyjska monarchia. Może mam idylliczno-romantyczne wyobrażenie monarchii i Brytanii jako takiej, ale w sumie dobrze mi z tym. Królowa symbolizuje dla mnie wartości, które cenię, stabilność, dozę konserwatyzmu i takie nostalgiczne nawiązanie do czasów potęgi imperium brytyjskiego. Mi Wielka Brytania nie kojarzy się z footballem, street artem i szalonymi klubami. Dla mnie to raczej ojczyzna herbaty i Monty Pythona trącąca dawną potęgą, ostoja tweedu, ciemnego piwa i świetnego poczucia humoru. Dlatego wszystkie niemal moje opowiadania staram się umieścić w Brytanii, lub w brytyjskim klimacie.
     W związku z moimi wyidealizowanymi wyobrażeniami nie chcę tam jechać. Mogę odwiedzić Szkocję, Irlandię, tamtejsze dzikie tereny, ale nie duże brytyjskie miasta. I to tylko dlatego, że nie chcę sobie zepsuć tego mojego wiktoriańsko-konserwatywnego wyobrażenia.



Nigdy chyba jednak nie przekonam się do herbaty z mlekiem... To mnie przerasta. British Breakfast, tylko z firmy Ahmad Tea, żadna inna .

czwartek, 31 maja 2012

Powroty

     Wróciłem z kolejnego (trzeciego i zapewne ostatniego) wyjazdu nad Solinę. Nie sposób napisać jednej składnej konkluzji po całym wyjeździe. Nie da się powiedzieć czy wyszła nam na dobre, czy na złe. Możliwe, że w składzie, który nad Soliną bawił się przez trzy kolejne lata, spotkaliśmy się po raz ostatni. Nie wiem, czy w pamięci chcę mieć obraz z Soliny, ale niestety pewnie taki się odciśnie. Ja bawiłem się wybornie, ale nie o każdym można tak powiedzieć.
   Po pesymistycznym wstępie, pora na małe podsumowanie:
-pływanie w jeziorze +
-wędkowanie+ (złowił mi się ładny szczupak)
-zaliczenie szlaku+
-zaliczenie jakiejś dziczy poza szlakiem+
-pływanie na rowerku wodnym/kajaku
-zjedzenie gofra nad zaporą
-5 dni nieustającej imprezy +
-epickie kalambury +
-inne atrakcje+ (problemy z trującą, dymiącą, pufą)

      Jak widać mam sprawy do dokończenia i kilka ekstra rzeczy do dokonania w Bieszczadach, więc z pewnością nad Soline wrócę.

      Teraz pora wracać do "20 000 mil podmorskiej żeglugi" Verne'a, FarCry'a 2 i mojego małomiasteczkowego życia.

Prawdziwa herbata po powrocie z miejsca, gdzie z jednej torebki robi się 2 szklanki w oldschoolowych koszyczkach smakuje jeszcze lepiej. Strasznie ostatnio posmakował mi Rooibos, zaskakujące.

czwartek, 24 maja 2012

Plan azurblau

      Wokół blogowa apokalipsa, kończąc liceum przyjaciele zamykają swoje blogi. Na mój jeszcze nie czas, muszę dokończyć parę spraw, wcielić w życie parę pomysłów, a dopiero wakacje i czas wolny, którego mam teraz pod dostatkiem,  umożliwią realizację wszelakich planów.
     Generalnie z matur jestem zadowolony, pisemne powinny oscylować wokół 80%, a ustne maksy. Do całości maturalnego tygodnia starałem się podchodzić raczej na chłodno i rzeczywiście w porównaniu do innych miałem raczej śladowe ilości obaw i stresu.
     Pierwszy z wakacyjnych planów już wcielam w życie, mam kartę wędkarską i bez przeszkód i w zgodzie z prawem mogę wędkować na wszystkich okolicznych akwenach. W piątek wyjazd nad Solinę, więc okazja do spróbowania sił na zalewie o sporym rozmiarze.
      Drugi z wakacyjnych planów zacząłem wcielać w życie, ćwiczę. Mam dużo czasu to i dużo ćwiczę. Dwa dni z A6W w jeden dzień, bieganie, co tydzień siatkówka, no i oczywiście wszystko co pozwoli mi szybciej, silniej i skuteczniej walczyć na miecze. Jestem notorycznie obolały, ale i zadowolony, bo moja kondycja pod koniec roku wypełnionego raczej nauką niż ruchem, pozostawiała wiele do życzenia.
     W końcu mogę poświęcić tyle czasu dziennie na czytanie ile tylko mi się podoba, czego od razu widać efekty. "Trzej muszkieterowie" skończeni w jeden dzień. Polecam, fajna książka. Teraz zabieram się za "20 000 mil podmorskiej żeglugi" , zapowiada się niezgorzej.
   
         A tak rzeczywiście, to jeszcze nie dotarło do mnie to, że skończyłem liceum, trzy najlepsze lata mojego życia. Gdzieś z tyłu głowy świeci się mała lampka, która oznajmia, że we wrześniu znowu zobaczę tych samych ludzi, siądę w mojej ławce i zacznę dywagować o aneksji Litwy i Ukrainy.  A tu KONIEC

Robi się ciepło, zaczynam mrozić herbaty. Najlepiej nadaje się hibiskus .

czwartek, 26 kwietnia 2012

Odcinek I:"Ludojad z Warri"


Odcinek I

Wieści o niezwykłej śmierci w zachodnioafrykańskich zakątkach Imperium zszokowały opinię publiczną w całym królestwie. Mi, niestety, nie dany był przywilej dowiedzenia się o śmierci rodziny Maycraftów z prasy. Pan Ted Maycraft, przedsiębiorca i akcjonariusz, który dorobił się na bawełnie, co pozwoliło mu na wybudowanie niezgorszej posiadłości „Mayflower” na obrzeżach miasta Warri, zamieszkiwał ją razem z żoną. Większość czasu spędzał w mieście, handlując akcjami, lub w biurze w posiadłości, zdalnie obracając pieniądzem. Jego żona, Cecylia, większość czasu spędzała w ogrodach otaczających posiadłość, gdzie odnajdywała kojący cień i spokój pozwalający na lekturę ukochanych wierszy. Z tego co mi wiadomo, ich syn, Therry, został posłany za granicę na studia i powinien właśnie kończyć prawo na Sorbonie. Do „Mayflower” zostałem zawezwany, razem z miejscowymi śledczymi i lekarzem, przez przerażoną gospodynię, zaraz po śniadaniu.
Jako pomocnik doktora Fansberga towarzyszyłem mu we wszystkich wizytach domowych. Jako człowiek uczony, doktor, cieszył się dobrą opinią i renomą pośród mieszkańców Warri. Ja, pomimo że ukończyłem farmację, zostałem w tym gorącym, gwarnym i dusznym mieście zmuszony do pełnienia roli  lekarza. Jednego z dwóch.  Doktor Fansberg, będący człowiekiem w podeszłym już wieku, usilnie poszukiwał następcy, który mógłby dbać o mieszkańców po jego śmierci. Kiedy tylko dowiedział się, że ktoś, kto potrafi leczyć, dotarł do Warri, niezwłocznie udał się do mnie i poprosił, abym został w mieście. Oczywiście początkowo odmówiłem, ponieważ płynąłem z Kapsztadu  do Kairu, by tam poznawać tajniki alchemii starożytnych Egipcjan, a Warri było jedynie portem przystankowym. Następnego dnia dowiedziałem się o pożarze na statku, którym miałem udać się w dalszą drogę. Ten sam nieszczęśliwy wypadek przytrafił się także kolejnej jednostce, która miała mnie dotransportować do Kairu. Szybko zrozumiałem, że jeśli doktor chce, żebym został, to zbyt dużego wyboru nie mam i aby oszczędzić napraw kolejnym kapitanom zawijającym do Warri, zgodziłem się pozostać. Podstępny lis zmusił mnie w ten sposób do nauki sztuki lekarskiej, która swoją drogą wychodziła mi wcale niezgorzej. Jako pojętny uczeń medycyny „stosowanej” i znawca tajników farmacji, okazałem się bezcennym nabytkiem tutejszej społeczności. Szybko wyrobiłem sobie też szacunek u miejscowych, a praca pozwoliła mi na zarobienie wystarczającej ilości pieniędzy, by na stałe, całkiem wygodnie, osiąść w mieście.
Gdy dotarliśmy do „Mayflower” było około godziny dziewiątej, powietrze jeszcze nie zdążyło się rozgrzać do nieznośnej temperatury, a bryza znad oceanu przynosiła bardzo przyjemne, wilgotne, chłodniejsze podmuchy. Państwo Maycraftów poznałem, kiedy razem siedzieli w salonie. Pan domu, z rozciętym gardłem, w zakrwawionej koszuli, czytał martwymi oczyma podartą gazetę. Jego żona w zniszczonej sukni leżała, z paskudnie poranionymi plecami i wieloma ranami głowy, na podłodze pokoju. Obok fotela leżał tomik poezji. Meble były poprzestawiane, powywracane i zabrudzone krwią. Nawet zasłony w oknie i dywanik na podłodze były podarte. Pomieszczenie wyglądało jak pobojowisko. Nie przywykłem do takich scen, toteż  wybiegłem do okna, zaczerpnąć nieco powietrza i ochłonąć po tym co zobaczyłem. Ku mojemu zdziwieniu, na parapecie, od strony pięknego ogrodu, wyryte były trzy głębokie równoległe ślady. 
- Co sądzisz o tym co tu zaszło?- zapytał mnie doktor, kiedy w końcu odszedłem od okna, a moje miejsce zajął jeden z policjantów, którego również osłabił widok zmasakrowanych ciał.
Podszedłem do Cecylii i przyjrzałem się ciału. Było już zimne i sztywne, wokół latało coraz więcej much. Suknia była podarta na strzępy i zakrwawiona. Na plecach widniało mnóstwo ran, skóra była tak głęboko pocięta, że widać było wystające kręgi i połamane żebra.
- Nawet nie wiem, co mogłoby zadać takie obrażenia. Chyba jaguar. Na parapecie są ślady takie, jak te na plecach pani Maycraft. Podejrzewam, że wskoczył przez okno, zdezorientowany powywracał wszystkie meble i zaatakował siedzących tutaj ludzi.
- Dlaczego więc ich nie pożarł? Ciała są tylko poszarpane, panie doktorze. Wielkie koty biorą ze sobą swoje ofiary i zjadają je na drzewach - zagadnął  policjant, przyglądając się rozcięciom na gardle pana domu.
- Wiemy, czy w pokoju było tylko tyle ludzi?
- Panicz Therry miał ponoć zawitać do miasta przy okazji urodzin ojca, które wypadają w przyszłym tygodniu. Nie wiem, czy już przybył, czy może jest w porcie.
- Zawołajcie mi tu gospodynię - zakomenderował doktor Fansberg.
Maria, czarnoskóra dziewczyna, mnąc fartuszek w rękach, nie zgodziła się wejść do pokoju, w którym leżeli jej pracodawcy. Zapytana o syna ofiar potwierdziła jego przyjazd.
- Gdzie w takim razie jest najmłodszy Maycraft?
- Nie mam pojęcia, proszę pana. Mówił, że wychodzi do przyjaciela.
- Kiedy w ogóle do tego wszystkiego doszło? - zapytał śledczy wskazując na pokój, po którym krzątał się doktor z drugim policjantem, oglądając dokładnie ciała i pomieszczenie.
- Wczoraj miałam wychodne, wracałam z posiadłości około… siódmej? Minęłam panicza w drzwiach, mówił że porozmawia tylko chwilę z rodzicami i biegnie do starego przyjaciela.
- Którego?
- Nie mam pojęcia, panie doktorze.
- Komisarzu Johnes przeszukajcie ogród. Uważajcie, możliwe, że zwierzę dalej gdzieś tu się ukrywa.
Pobiegli do ogrodu, a my wróciliśmy do oględzin zwłok. Niestety, nic nie mogliśmy powiedzieć na pewno. Potrzebne były dogłębne badania i doktor zarządził sekcję zwłok, w której miałem mu towarzyszyć i asystować. Posłaliśmy chłopaka po kogoś, kto pomógłby nam przetransportować ciała do naszego gabinetu w centrum miasta.  Kiedy czekaliśmy na przyjazd wózka, przybiegł zdyszany policjant.
- Znaleźliśmy chłopaka…- powiedział, dysząc ciężko.
- Świetnie, u kogo nocował? - ożywił się z zamyślenia doktor.
- Na konarze chlebowca w głębi ogrodu. Ciało jest zupełnie zmasakrowane.
Pobiegliśmy obejrzeć znalezisko, które także postanowiliśmy zabrać ze sobą do gabinetu, by bliżej mu się przyjrzeć. Ciało było totalnie zmasakrowane, głowa zwieszała sie bezwiednie z konara, nie miała policzków, powiek i oczu. Brzuch był rozcięty i z drzewa zwisały wnętrzności ofiary. Trzeba było przynieść najwyższą drabinę, by znieść ciało na ziemię.
            Miejscowe władze poinformowane o ataku dzikiego kota postanowiły ściągnąć najlepszego myśliwego całego Imperium, by ten wytropił i odstrzelił „ludojada z Warri”, jak w prasie nazwano jaguara, który zagryzł rodzinę szanowanych mieszkańców . Skoro o tak niewielkim mieście nagle zrobiło się głośno nawet w Londynie, zarządcy okręgu nie poskąpili grosza, by sprawę rozdmuchać, sprowadzając  popularnego łowcę, Herberta Greenera, który przebywał akurat w Afryce równikowej.  Najpóźniej w przeciągu trzech dni miał on się pojawić w Warri. Przez ten czas wykonaliśmy, razem z doktorem Farnsbergiem, wszystkie sekcje zwłok. Okazało się, że pani Cecylia miała wydarte serce. Natomiast Therry został pozbawiony nie tylko oczu i policzków, ale także serca i wątroby. Reszta zwłok była bardzo mocno poszarpana ostrymi pazurami. Pan domu miał ślady pazurów na twarzy i szyi ,tak głębokie, że przecięły tętnice. Także na brzuchu biedaka były wyraźne ślady pazurów.
- Wydaje mi się, mój drogi Bluebergu, że mogę wysnuć pierwszą, dosyć uproszczoną wersję wypadków. Zwierzę przywędrowało z nieodległej puszczy i znalazło schronienie w wielkim ogrodzie przy posiadłości. Pewnego wieczoru, jaguar przeczesywał nowe terytorium, kiedy napotkał smakowicie pachnące wejście do domostwa - drzwi, których nie domknęła gospodyni. Schodzący Therry przykuł uwagę bestii, która rzuciła się na niego i zagryzła, kiedy wychodził. Swoim zwyczajem kot zaniósł nieszczęśnika na drzewo, gdzie posilił się najlepszymi kąskami, resztę zostawiając na później. Powrócił do domostwa, gdzie pędzony ciekawością, wskoczył przez okno, wprost na pana Maycrafta. Jego żona zdołała się tylko zerwać,  zanim bestia zakończyła i jej żywot.
- Nie wyjaśnia to jednak, doktorze, dlaczego nic nie stało się z ciałem pana domu. Co więcej, dlaczego kot nie zabrał kobiety na drzewo? W końcu, dlaczego poszedł sobie z posiadłości?
- Nie wiem, mój młody przyjacielu, jednak mam nadzieję, że nasz łowczy pomoże nam rozwiązać i te zagadki. Wszak kto inny jak nie on, miałby lepiej znać się na naturze dzikiego zwierza?
Krótko po południu doniesiono nam o przybyciu pana Greenera. Spotkaliśmy go wychodzącego z alei prowadzącej do portu. Szedł za komisarzem Johnesem. Na oko miał ze dwa metry wzrostu, szerokie bary i muskularne ramiona. Błyszczące blond włosy miał zaczesane do tyłu. Błękitne, czujne oczy, orli nos i kwadratową szczękę. Ubrany był w bryczesy, włożone w wysokie buty i białą, lnianą koszulę z podwiniętymi rękawami. Był niezwykle przystojnym mężczyzną, o sprężystym, zamaszystym chodzie. Za nim szło kilku Arabów niosących bagaże.
- Witajcie panowie! Jak dobrze mieć znowu stały ląd pod stopami. Przyznam szczerze, że pomimo że bardzo często, tego… podróżuję, to nadal nienawidzę statków. Także ten, pójdziemy tylko zostawić moje rzeczy w mojej kwaterze i po lunchu pójdziemy sobie pooglądać tę willę - mówił szybko i z dziwacznym akcentem, który zarówno ja, jak i doktor, słyszeliśmy pierwszy raz.
- I my się cieszymy, że pan do nas dotarł. Dobrze jest mieć u siebie męża pokroju Oriona - zaczął doktor.
- Nie znam, ale chętnie poznam - uśmiechając się promiennie uścisnął moją rękę, a uścisk miał jak imadło.
Wymieniliśmy z doktorem porozumiewawcze spojrzenia i ruszyliśmy w kierunku hotelu „Delta” gdzie Greenwood miał dostać  pokój.
            Lunch spędziliśmy słuchając o ostatniej wyprawie, w której trzy dni tropił pytona, by w końcu udusić go gołymi rękoma. Policjanci, którzy dołączyli do naszego posiłku, byli oczarowani siłą i męstwem Greenwooda. My z niecierpliwością wyczekiwaliśmy momentu, kiedy w końcu zainteresuje się on swoją robotą w mieście. W końcu Farnsberg nie wytrzymał.
- Nie zechciałby pan obejrzeć śladów zanim się zatrą? Mamy, przy okazji, sprawozdania z sekcji zwłok i kilka pytań na temat natury jaguarów. Co więcej, chcielibyśmy skonfrontować naszą wersje wydarzeń z pańskimi ustaleniami.
Greenwood niechętnie przerwał historię o przemierzaniu indyjskiej dżungli na grzbiecie słonia.
- Taak, dobrze, skoro panowie narzekacie, to ten… możemy iść. Kawę tylko dopiję.
            Udaliśmy się w końcu na pozamiejskie wzgórze, na którym znajdował się „Mayflower”, by nasz nowy przyjaciel mógł obejrzeć miejsce zbrodni i ustalić w którą stronę uciekł jaguar. Po tym, jak weszliśmy do pokoju, który na moje i doktora życzenie został przez policję zapieczętowany, Greenwood zatrzymał się i rozejrzał.
- Panowie, no ale nie wiem po co mnie tu ściągacie. Bo to co tu się wydarzyło, to robota człowieka, a nie żadnego zwierzaka.

niedziela, 22 kwietnia 2012

Nie ma problemu....

     Czemu ludzie mają beznadziejnie nielogiczny nawyk powtarzania  i roztrząsania tego, co ich irytuje, smuci, albo męczy? Przecież takie roztrząsanie tylko utrwala taka emocję. Nie rozumiem tego i pewnie nie zrozumiem. Po pierwsze dlatego, że w związku z  przebłyskami socjopatii gama moich emocji i inteligencji emocjonalnej jest ograniczona, a informacje o emocjach otoczenia czerpię raczej z mowy ciała,która swoją drogą mnie intryguje i którą zgłębiam w wolnych chwilach (opracowania, podręczniki etc.) Po drugie dlatego, że sam tego nie robię . Moje działanie jest  odwrotne, lubię roztrząsać rzeczy, które mnie cieszą, moje sukcesy, nawet (zwłaszcza) te najbardziej prozaiczne. Przykładowo udało mi się obrać pomarańczę, tak że  skórka została w jednym kawałku. Upuszczona kanapka spadła masłem do góry, albo przerobiłem setkę zadań z biologii bez jednego błędu. Tak dużo czasu, energii i myśli poświęcam temu  pozytywnemu nakręcaniu się, że nie zwracam uwagi na irytujące elementy otoczenia.
      Tu rodzi się moje drugie pytanie: dlaczego ludzie lubią narzekać? Co więcej, czemu jest to poczytne? Spory odsetek polskiego internetu jest stekiem narzekań. Może zacznijcie robić coś w kierunku poprawy powodu narzekań, albo to olejcie, albo wmawiajcie sobie, że to nie przeszkadza.(Kłamstwo często powtarzane staje się prawdą).
      Dla podtrzymania chronicznego zadowolenia, polecam nie zastanawianie się nad problemami, chwytanie dnia, śpiewanie pod nosem, dostrzeganie wszystkich pozytywów i roztrząsanie ich. Tak typowy Polak uzna Was za chorych psychicznie (zwłaszcza przez nucenie/śpiewanie pod nosem), ale to nie Wy będziecie wtedy zakompleksionym, wiecznie narzekającym, sfrustrowanym człowieczkiem.

     Jak nie spać, żeby się uczyć i czytać? Yerba!
Wracam do powtarzania mojego ukochanego pozytywizmu.
     

czwartek, 12 kwietnia 2012

Czas mija

      Trzech starych przyjaciół spotyka się po latach, by wspólnie świętować 50 urodziny."Chodźmy do Złotego Lwa, bo tam takie ładne kelnereczki chodzą".
    Mija jakiś czas i spotykają się ponownie na 60 urodziny. "Chodźmy do Złotego Lwa, bo tam jedzenie bardzo dobre jest".
     Po kilku latach spotykają się by jeszcze raz świętować swoje urodziny (zapewne 70te). "Koniecznie Złoty Lew, tam takie łagodne podjazdy są"
     Nasi bohaterowie dożyli pięknego wieku lat 80 i spotykają się po raz kolejny. "Musimy iść do tego Złotego Lwa, bośmy tam jeszcze nigdy nie byli"....

A do matury już niewiele czasu.

niedziela, 18 marca 2012

Sol

     3:35. Co może zmusić człowieka do wstania o porze tak nieludzkiej? Hałas za oknem? Pełny pęcherz? Nauka na maturę? No nie, mnie wystarczyła chęć przygody i fakt, że jeszcze nigdy nie byłem na moich okolicznych bagnach przed wschodem słońca. W związku z powyższym postanowiłem wybrać się na kolejną wycieczkę krajoznawczą.
     4:00. Jeśli ktoś miałby tworzyć definicję ciszy, powinien ją oprzeć o świat o godzinie 4 rano. Wszystko śpi, nawet wiatr, który nieprzerwanie wiał przez cały dzień, a wieczorem, kiedy wracałem do domu jeszcze o 23 zwiał mi kapelusz z głowy, umilkł. Czasem tylko jakiś kot bezszelestnie przemykał pomiędzy domami, a zdradzały go świecące oczy, na które padło światło latarki. Księżyc jest jeszcze wysoko, ale widocznie przemieszcza się po upstrzonym gwiazdami niebie. Jakby szedł razem z nami.
     4:30. Po przejściu nad spiętrzoną rzeką, po zamkniętym moście pełnym dziur w przegniłych deskach, z oczu znikają ostatnie zabudowania. Kawałek dalej latarka odmawia współpracy. Księżyc wciąż jest wysoko, ale jest tak mały,  że jego światło nie pomaga w jakiejkolwiek orientacji w przestrzeni. Przechodząc obok wierzbowego zagajnika przycupniętego nad brzegiem jednego z bajor, nieopatrznie obudziliśmy śpiące niespokojnie stadko ptaków, które zaczęły przeraźliwie hałasować, wypełniając jazgotem i trzepotaniem skrzydeł atramentową ciszę. Po  chwili zdając sobie sprawę z naszego odejścia umilkły gdzieś za naszymi plecami. Pośród gęstych, pożółkłych po zimie traw, okazjonalnych bagienek i zarośniętych sitowiem bajor, wyraźnie odcinają się ciemniejsze zagajniki. Trzeba do takiego wejść żeby zobaczyć,że z oddali czarny kształt, z bliska jest plątaniną gałęzi, krzewów, żywych i złamanych drzew, splątanych, zaschniętych pnączy i innego badziewia. W takim zagajniku widać najwyżej na dwa-trzy metry, dalej tajemnica. Nogą wyczuwa się, gdzie się akurat wlazło. Grząskie- błoto, miękkie-mech, twarde i szeleszczące- ubita trawa. Każdy trzask łamanej, uschniętej gałęzi wystarczy, żeby obudzić calutkie stado ptaków z pobliskiego drzewa.
     4:50. Księżyc zdecydowanie chyli się już ku zachodowi. Jest jeszcze ciemno. Na niebie jest jeszcze więcej gwiazd niż przedtem. Nie przeszkadza im łuna małego miasteczka. Oświetlenie chluby gminy- hali sportowej, dramatyczne oświetlenie  neogotyckiego kościoła, ani serca i chluby całej okolicy, jasne, białe lampy rafinerii. Nic nie zakłóca światła gwiazd na atramentowym, bezchmurnym niebie.
        Nie ma niczego bardziej dziwacznego i przerażającego niż odgłosy, które wydają bobry. Idziemy w ciszy, niemal zupełnie po ciemku, odtwarzając trasę ( przebytą już setki razy) w pamięci, tak żeby nie wpaść w jakieś bagno i możliwie szybko dotrzeć na najwyższy punkt w okolicy, z którego zobaczymy majestatyczny wschód. Nagle zza zarośli słyszymy szelest, rytmiczne plaski wody, chlupot błota. Zatrzymujemy się i nasłuchujemy, może coś ciekawego usłyszymy. I usłyszeliśmy, bobry. Dla niewtajemniczonych, bóbr wydaje odgłos podobny do płaczącego dziecka. Kiedy człowiek spodziewa się usłyszeć kaczki, albo gęś a słyszy zarzynane dziecko, na plecach może się zrobić gęsia skórka. Po błyskawicznej rewizji wiedzy z zakresu zoologii, przypominam sobie, że to tylko bobry. Pośpiesznie ruszamy dalej, opuszczając koncertujące bobry.
       5:10. Wyszliśmy z bagien, przez kolejny rozklekotany most, nad brunatną, rwącą rzeką. Na wschodzie wyraźna jest już łuna, a my pniemy się poprzez zaorane pola, na szczyt wzgórza. Nad nami skowronek obudzony pierwszymi promieniami słońca daje koncert. Lata wysoko, a słychać go tak, jakby siedział człowiekowi na głowie. Jest już całkiem widno. Na skraju lasu przemykają ukradkiem, ostrożnie nasłuchując, cztery sarny. Przez zaorane pola, przed nami biegnie bażant wydając ten swój irytujący odgłos ( nie wiem dlaczego mnie tak drażni).
     5:20. Jesteśmy już na szczycie. Zaczęło znowu wiać, a nam zrobiło się przez to zimno. Niedaleko nas rytmicznie, mozolnie z cichym szczękiem, kiwa się szyb naftowy. Dalej świeci się i szumi jednostajnie stacja z kilkoma cysternami i  skomplikowanym orurowaniem. Nad nami, stacją, szybem, sarnami bażantem góruje  metalowa konstrukcja, zwieńczona iglicą i kilkunastoma antenami. Wyżej tylko skowronek. Widać całą okolicę. Rafineria po lewej, dalej kościół, hala, mały ryneczek, szkoła. To chyba wszystkie większe budynki. Między nimi kilka bloków. Rzut okiem na wschód, dalej nic, tylko różowa łuna, trochę chmur. Dalej za Jedliczem widać ościenne wioski, dalej wiatraki w Wietrznie, obracają się dosyć szybko i rytmicznie migają światełkami, coby jakiś samolot się w nie nie wrył. Dalej widać górę Cergową. Bardziej na prawo świeci się Jasło. Widać kilka dróg, po jednej pnie się PKS z zepsutym prawym przednim reflektorem. Śledzimy ten autobus jak jedzie sobie po pełnej zakrętów drodze.  Na wschodzie łuna robi się bardziej różowa, rozwiewają się chmury. Widać wielką wieżę przekaźnikową w Odrzykoniu (nasz kolejny cel). Siedzimy tak bezwiednie i gapimy się to na ten nieszczęsny PKS, to na szyb naftowy, to na okolicę.Wiatr robi się upierdliwy, a nam robi się zimno. Trzeba się trochę poruszać, decydujemy się wyciąć kilka gałęzi z rosnącego obok świerka, oprzeć je o krzak, za którym się chowamy przed wiatrem i w ten sposób otrzymać nieco szczelniejszy przeciwwiatrowy parawan.
     5:46. Wstajemy powoli i ociężale, ja mam twarz szczelnie owiniętą chustą, a Kuba wstaje tyłem do wiatru. Przeciągamy się, ja ruszam z nożem w garści w kierunku świerka, Kuba ustawia coś w aparacie. Odwracam się, żeby zobaczyć czy idzie za mną i zatrzymuję się wpół kroku.
       Czerwony okrąg wyłania się ponad horyzont, powoli i mozolnie, jak ten szyb naftowy obok. Nie mogliśmy się doczekać tego widoku. Czerwony okrąg rośnie z każdą chwilą, ani nie razi, ani nie grzeje. Wiatr nie daje za wygraną, a my siedzimy i patrzymy się, tak jak gdybyśmy nie oglądali Słońca codziennie, jakby to było coś niezwykłego. Nie rozmawiamy, tylko ten skowronek i szyb zaburzają ciszę i harmonię wschodu słońca.  Warto było wstać


     Po chwili jest już całe, żaden fragment nie dotyka widnokręgu, zaczyna razić, nabiera bladożółtej barwy, robi się cieplej. Ruszamy w dół naszego pagórka, przez jego zaorane zbocza, mijamy kolejne sarny przebiegające pola i drogę.Kiedy schodzimy z góry, wiatr już tak nie przeszkadza.  Dalej już nie zwracamy uwagi na to codzienne słońce, w którego stronę idziemy.

czwartek, 1 marca 2012

Tym czasem

     Dni mijają w atmosferze naukowej. Zaskakując samego siebie zebrałem się w sobie i się rzeczywiście uczę. Komputer staram się sprawdzać dosyć sporadycznie, a czas na granie ustanowiłem sobie na weekendowe wieczory. Dostałem wezwanie na komisję, 12 marca. Można się spodziewać relacji, bo z tego co słyszałem rozmowy z panem komendantem to niezła szopka w moim okręgu. Literatura obozowa i okupacyjna jest dla mnie nudna. Nie trafia do mnie, nie rusza mnie, nie podoba mi się. Biologia na ostatniej prostej. Notka nie ma ładu i składu, ale piszę, żeby podtrzymać ciągłość blogowania. Po maturach zasypię bloga najróżniejszymi tekstami, na które tematy i materiały składają się w obszernym folderze.
Tym czasem adieu z nad francuskiej herbaty perfumowanej. Co to jest ? Nie wiem, ale smakuje cudnie.

niedziela, 12 lutego 2012

Mało dni

     Wczorajsza studniówka przetańczona. Zostało mi 83 dni do matur, mało. Dzisiaj powtórka poprawinowa.
Powrót do szkoły będzie jak uderzenie w twarz, bo czas który miałem zamiar poświęcać na naukę polskiego, matematyki i angielskiego przespałem, albo robiłem coś równie niepotrzebnego... Inaczej sprawy  mają się z biologią, bo plan został wykonany niemal w całości.
    Muszę zregenerować trochę sił na wieczór, także pewnie teraz czeka mnie nadrabianie braków w znajomości treści lektur...

Czarna herbata jest dla mnie jak paliwo

wtorek, 31 stycznia 2012

Wells

    W końcu  mam czas wyspać się, poobijać, wypić na spokojnie herbatę i poczytać moje książki. Nie dotykam lektur, nie dotykam podręczników, tylko stare dobre opowiadania H. G. Wellsa. Kocham jego prozę. Nie ma tam opisów, zero zbędnych szczegółów, wszystko toczy się wokół akcji, przemyśleń głównego bohatera (narracja pierwszoosobowa) i wprowadzanych z umiarem anegdotek. O ile nie lubię hard SF, to snute z dozą pesymizmu wizje przyszłości Wellsa bardzo przypadają mi do gustu. I są to utwory prawdziwie steampunkowe, bo w końcu Wells nie mógł wpaść na pomysł umieszczenia komputera i tego typu wynalazków w swoich wizjach. Nawet elektryczność pojawia się sporadycznie. Aż mnie czasem korci napisać coś po Wellsowemu, ale twardo postanowiłem nie marnować czasu na pisanie i poświęcać go biologii albo angielskiemu.
      Bo w gruncie rzeczy pisanie prozy to zajęcie dużo bardziej czasochłonne, energochłonne i myślochłonne niż takie na przykład pisanie wierszy. W tym miejscu chciałbym podzielić się moją daleko idącą niechęcią, graniczącą niemal z pogardą do poezji i poetów. Choruję na przykrą przypadłość niemożności czytania tekstów kogoś kogo nie lubię, albo nie szanuję. Czy to za poglądy, czy to za sposób wyrażania się. Przepraszam, że nie lubię "Wiedźmina", ale pan Sapkowski jest dla mnie totalnym zaprzeczeniem humanisty-twórcy. I pan Cejrowski może pisać najlepsze książki podróżnicze, ale nie zmuszę się do przeczytania choćby rozdziału bez wytknięcia serii nieścisłości, błędów i ogólnego czepialstwa o wszystko. Moja niechęć zbiera największy plon wśród poetów, zwłaszcza romantycznych.
     Moja niechęć do poezji samej w sobie nie jest bezpodstawna. Chodzi o interpretowanie. Jak kiedyś powiedziała moja polonistka, "Po publikacji to już poniekąd nie jest Twoje. Jak sobie ktoś to odczyta to jest jego sprawa. Co sam zauważy, jak zinterpretuje." To bardzo szerokie i nieprecyzyjne przedstawienie problemu interpretacji utworu. Można napisać cokolwiek, nazwać to wierszem i rzucić do interpretacji. Przykładowo:

Samotność
Niebo
Wtedy on
Nigdy już
prawą ręką nie zachowywał...

Mój wiersz "Samotność" powstał w 30 sekund z przypadkowych słów z pierwszej lepszej książki, która leżała mi pod ręką. Zapraszam do interpretacji.


   Żaden utwór prozatorski nie mógłby powstać w ten sposób, bez jakiegokolwiek nakładu pracy, pomysłu i energii.  Już samo skomplikowanie stawia w moim przekonaniu prozę nad poezję. Po drugie ta nieszczęsna interpretacja, w utworze prozatorskim jeśli ktoś jedzie samochodem do pracy, to znaczy, że jedzie samochodem do pracy. W poezji można to zinterpretować jako pogoń człowieka za pieniądzem, wyścig szczurów, albo bóg-wie-co innego. Trzecim powodem są oczywiście poeci, ale tego wątku nie będę rozwijał.
     Oczywiście po stronie poezji istnieją plusy, a proza posiada swoje minusy, jednak w moim rozrachunku poezja spada do poziomu drugorzędnego pisania o byle czym w sposób zawiły i bezsensowny. Zwyczajnie niepotrzebny.

     Pewnie moimi wywodami naraziłem się sporej ilości ludzi, no nic zapraszam do konstruktywnej krytyki i owocnej dyskusji. Jestem otwarty na argumenty broniące poetów. Zapraszam też do interpretacji "Samotności", im głębsza i dokładniejsza tym lepiej. Może jeszcze zostanę rozchwytywanym i cytowanym poetą! To by dopiero była kpina losu...
   
W końcu zima dopisała i jest tak jak nazwa wskazuje... zimno.
na koniec jeszcze łyk Senchy.

niedziela, 22 stycznia 2012

Łyk endu

     Ilością wydarzeń z wczoraj mógłbym obdarzyć kilka dni. Dojazd, mecz, szwędanie się po Rzeszowie, powrót na urodziny, impreza, wycieczka przez Krosno do Rancza i powrót do domu. Zaskakujący może być brak jakichkolwiek oznak skacowania i zmęczenia, ale z drugiej strony nie miałem wczoraj nastroju do przesadnego picia. Półfinały pucharu Polski w siatce w Rzeszowie, to zbyt kusząca propozycja, żeby nie pojechać. Tak  chujowe miejsca jak nam się dostały, ciężko sobie wyobrazić. Sam kąt sali, pierwszy rząd, a przed nami rozłożyło się studio polsatu sport tak, że  zasłaniało szczelnie cały widok na boisko. W związku z sytuacją jaką zastaliśmy, postanowiliśmy oglądać mecz z poziomu balkonów. W ten sposób przestaliśmy 5 setów za zorganizowana grupa kibiców Jastrzębskiego węgla. Przezabawny widok, w porównaniu do szalikowców piłki kopanej, siatkarski "młyn" ma średnią wieku 40 lat i wykazuje się aktywnością niemieckiej wycieczki na plażę nudystów.Tolerują wszystko, pokrzyczą, pośpiewają ale są ubrani i nikomu nie przeszkadzają. Wolę mecze reprezentacji, bardziej się człowiek zaangażuje emocjonalnie i ma poczucie więzi z całą salą, a nie jednym sektorem. Wyjazd udany.
     Rok działalności KKFu został uczczony hucznie, wieloma brawami, masą toastów i laurką w antyramie, która się rozbiła. Fajnie jest widzieć coś co się samemu stworzyło i rozwinęło.Wieczór zdecydowanie udany.
     Dzisiaj na dzień dobry poczytałem sobie o sytuacji geopolitycznej na świecie i dochodzę do wniosku że jeszcze w tym półroczu może wybuchnąć trzecia wojna światowa. Początkowo myślałem, że USA i NATO sobie  z Iranem poradzą i będzie kilka lat względnego spokoju. Ale dzisiaj dowiedziałem się, że Chiny i Rosja zapowiedziały pomoc Irańczykom w razie napaści zachodu. Znaczy to tyle, że USA może nie podołać i skrzyknie koalicję pod hasłem "z nami albo przeciwko nam".
Muszę przestać osądzać herbatę po opakowaniu, bo już drugi raz się na tym przejechałem.
Łyk Darjeeling i do nauk.

niedziela, 8 stycznia 2012

"trudniej, twardziej, ale jednak jakoś bardziej".

     Imprezy rodzinno-towarzyskie w moim domu to zdecydowanie nie moje klimaty. Zwykle nie mam z tym problemu, głównie ze względu na to, że moja rodzina jest jakoś niespecjalnie  rozrywkowa i nie sprasza ludzi, co skutkuje względnym spokojem. Niestety ostanie kilka dni to zupełnie inne klimaty. Alkohol i ciastka praktycznie nie opuszczają stolika w salonie, a w barku pojawiają się prezenty w postaci win, czekoladek i likierów. Oczywiście nie są to przesadnie epickie wybryki,(no może poza kilkoma odpałami w wykonaniu mojego ojca i jego znajomych) ale mi przeszkadzają.
    Przy okazji takich właśnie imprez, na których spotyka się więcej niż 5 dorosłych, statystycznych Polaków, śledzie, sałatki, ciastka i alkohol, króluje kilka tematów, o które osobiście nie lubię się nawet ocierać. Są to: polityka, lekarze, kler, przyszłość (malująca się oczywiście w czarnych barwach) i oczywiście wspominki pod tytułem "za naszych czasów było lepiej, a teraz to jest bród, bylejakość i partactwo". Ręce mi opadają, kiedy słyszę jakiegoś byłego robotnika po zawodówce, nazywającego lekarzy niedoukami. Usiłuję się nie odzywać i nie roześmiać w twarz, kiedy ktoś chodzi do kościoła tylko po to, żeby narzekać, że księża biorą w łapę, a co drugi ma dziecko i żonę na utrzymaniu. Że mszę odprawia nie tak i wogle co to za ksiądz! Nieważna która partia by rządziła, zawsze rządzi nie ta. Narzekanie ma chwilową pauzę, kiedy można powspominać. Bo w końcu dawniej było "trudniej, twardziej, ale jednak jakoś bardziej".
    Te kilka chwil, kiedy przychodzę sobie nałożyć na talerz wszelakich dóbr zalegających na stole, wystarczy, żeby mnie zagadać i rozmową zmusić do pozostania na dłużej niż bym sobie tego życzył. W myśl zasady, że inteligentny człowiek potrafi (i powinien) rozmawiać z każdym, zostaję i słucham tych bzdur.

     TheFakto chyba zdechło, nikt nie znajduje na tyle czasu, żeby wyrabiać się w szkole i jeszcze napisać coś tam. Albo po prostu nikomu się nie chce. Ja mam przynajmniej dobre alibi w postaci ostatniego wpisu mojego autorstwa. Idea była dobra, tylko nie zdaliśmy sobie sprawy, ile pracy kosztuje utrzymanie takiego cudactwa na takim poziomie, jaki był zakładany.

  Wracam do Iwaszkiewicza i Czechowa.
Łyk gunpowdera i do czytania.