czwartek, 26 kwietnia 2012

Odcinek I:"Ludojad z Warri"


Odcinek I

Wieści o niezwykłej śmierci w zachodnioafrykańskich zakątkach Imperium zszokowały opinię publiczną w całym królestwie. Mi, niestety, nie dany był przywilej dowiedzenia się o śmierci rodziny Maycraftów z prasy. Pan Ted Maycraft, przedsiębiorca i akcjonariusz, który dorobił się na bawełnie, co pozwoliło mu na wybudowanie niezgorszej posiadłości „Mayflower” na obrzeżach miasta Warri, zamieszkiwał ją razem z żoną. Większość czasu spędzał w mieście, handlując akcjami, lub w biurze w posiadłości, zdalnie obracając pieniądzem. Jego żona, Cecylia, większość czasu spędzała w ogrodach otaczających posiadłość, gdzie odnajdywała kojący cień i spokój pozwalający na lekturę ukochanych wierszy. Z tego co mi wiadomo, ich syn, Therry, został posłany za granicę na studia i powinien właśnie kończyć prawo na Sorbonie. Do „Mayflower” zostałem zawezwany, razem z miejscowymi śledczymi i lekarzem, przez przerażoną gospodynię, zaraz po śniadaniu.
Jako pomocnik doktora Fansberga towarzyszyłem mu we wszystkich wizytach domowych. Jako człowiek uczony, doktor, cieszył się dobrą opinią i renomą pośród mieszkańców Warri. Ja, pomimo że ukończyłem farmację, zostałem w tym gorącym, gwarnym i dusznym mieście zmuszony do pełnienia roli  lekarza. Jednego z dwóch.  Doktor Fansberg, będący człowiekiem w podeszłym już wieku, usilnie poszukiwał następcy, który mógłby dbać o mieszkańców po jego śmierci. Kiedy tylko dowiedział się, że ktoś, kto potrafi leczyć, dotarł do Warri, niezwłocznie udał się do mnie i poprosił, abym został w mieście. Oczywiście początkowo odmówiłem, ponieważ płynąłem z Kapsztadu  do Kairu, by tam poznawać tajniki alchemii starożytnych Egipcjan, a Warri było jedynie portem przystankowym. Następnego dnia dowiedziałem się o pożarze na statku, którym miałem udać się w dalszą drogę. Ten sam nieszczęśliwy wypadek przytrafił się także kolejnej jednostce, która miała mnie dotransportować do Kairu. Szybko zrozumiałem, że jeśli doktor chce, żebym został, to zbyt dużego wyboru nie mam i aby oszczędzić napraw kolejnym kapitanom zawijającym do Warri, zgodziłem się pozostać. Podstępny lis zmusił mnie w ten sposób do nauki sztuki lekarskiej, która swoją drogą wychodziła mi wcale niezgorzej. Jako pojętny uczeń medycyny „stosowanej” i znawca tajników farmacji, okazałem się bezcennym nabytkiem tutejszej społeczności. Szybko wyrobiłem sobie też szacunek u miejscowych, a praca pozwoliła mi na zarobienie wystarczającej ilości pieniędzy, by na stałe, całkiem wygodnie, osiąść w mieście.
Gdy dotarliśmy do „Mayflower” było około godziny dziewiątej, powietrze jeszcze nie zdążyło się rozgrzać do nieznośnej temperatury, a bryza znad oceanu przynosiła bardzo przyjemne, wilgotne, chłodniejsze podmuchy. Państwo Maycraftów poznałem, kiedy razem siedzieli w salonie. Pan domu, z rozciętym gardłem, w zakrwawionej koszuli, czytał martwymi oczyma podartą gazetę. Jego żona w zniszczonej sukni leżała, z paskudnie poranionymi plecami i wieloma ranami głowy, na podłodze pokoju. Obok fotela leżał tomik poezji. Meble były poprzestawiane, powywracane i zabrudzone krwią. Nawet zasłony w oknie i dywanik na podłodze były podarte. Pomieszczenie wyglądało jak pobojowisko. Nie przywykłem do takich scen, toteż  wybiegłem do okna, zaczerpnąć nieco powietrza i ochłonąć po tym co zobaczyłem. Ku mojemu zdziwieniu, na parapecie, od strony pięknego ogrodu, wyryte były trzy głębokie równoległe ślady. 
- Co sądzisz o tym co tu zaszło?- zapytał mnie doktor, kiedy w końcu odszedłem od okna, a moje miejsce zajął jeden z policjantów, którego również osłabił widok zmasakrowanych ciał.
Podszedłem do Cecylii i przyjrzałem się ciału. Było już zimne i sztywne, wokół latało coraz więcej much. Suknia była podarta na strzępy i zakrwawiona. Na plecach widniało mnóstwo ran, skóra była tak głęboko pocięta, że widać było wystające kręgi i połamane żebra.
- Nawet nie wiem, co mogłoby zadać takie obrażenia. Chyba jaguar. Na parapecie są ślady takie, jak te na plecach pani Maycraft. Podejrzewam, że wskoczył przez okno, zdezorientowany powywracał wszystkie meble i zaatakował siedzących tutaj ludzi.
- Dlaczego więc ich nie pożarł? Ciała są tylko poszarpane, panie doktorze. Wielkie koty biorą ze sobą swoje ofiary i zjadają je na drzewach - zagadnął  policjant, przyglądając się rozcięciom na gardle pana domu.
- Wiemy, czy w pokoju było tylko tyle ludzi?
- Panicz Therry miał ponoć zawitać do miasta przy okazji urodzin ojca, które wypadają w przyszłym tygodniu. Nie wiem, czy już przybył, czy może jest w porcie.
- Zawołajcie mi tu gospodynię - zakomenderował doktor Fansberg.
Maria, czarnoskóra dziewczyna, mnąc fartuszek w rękach, nie zgodziła się wejść do pokoju, w którym leżeli jej pracodawcy. Zapytana o syna ofiar potwierdziła jego przyjazd.
- Gdzie w takim razie jest najmłodszy Maycraft?
- Nie mam pojęcia, proszę pana. Mówił, że wychodzi do przyjaciela.
- Kiedy w ogóle do tego wszystkiego doszło? - zapytał śledczy wskazując na pokój, po którym krzątał się doktor z drugim policjantem, oglądając dokładnie ciała i pomieszczenie.
- Wczoraj miałam wychodne, wracałam z posiadłości około… siódmej? Minęłam panicza w drzwiach, mówił że porozmawia tylko chwilę z rodzicami i biegnie do starego przyjaciela.
- Którego?
- Nie mam pojęcia, panie doktorze.
- Komisarzu Johnes przeszukajcie ogród. Uważajcie, możliwe, że zwierzę dalej gdzieś tu się ukrywa.
Pobiegli do ogrodu, a my wróciliśmy do oględzin zwłok. Niestety, nic nie mogliśmy powiedzieć na pewno. Potrzebne były dogłębne badania i doktor zarządził sekcję zwłok, w której miałem mu towarzyszyć i asystować. Posłaliśmy chłopaka po kogoś, kto pomógłby nam przetransportować ciała do naszego gabinetu w centrum miasta.  Kiedy czekaliśmy na przyjazd wózka, przybiegł zdyszany policjant.
- Znaleźliśmy chłopaka…- powiedział, dysząc ciężko.
- Świetnie, u kogo nocował? - ożywił się z zamyślenia doktor.
- Na konarze chlebowca w głębi ogrodu. Ciało jest zupełnie zmasakrowane.
Pobiegliśmy obejrzeć znalezisko, które także postanowiliśmy zabrać ze sobą do gabinetu, by bliżej mu się przyjrzeć. Ciało było totalnie zmasakrowane, głowa zwieszała sie bezwiednie z konara, nie miała policzków, powiek i oczu. Brzuch był rozcięty i z drzewa zwisały wnętrzności ofiary. Trzeba było przynieść najwyższą drabinę, by znieść ciało na ziemię.
            Miejscowe władze poinformowane o ataku dzikiego kota postanowiły ściągnąć najlepszego myśliwego całego Imperium, by ten wytropił i odstrzelił „ludojada z Warri”, jak w prasie nazwano jaguara, który zagryzł rodzinę szanowanych mieszkańców . Skoro o tak niewielkim mieście nagle zrobiło się głośno nawet w Londynie, zarządcy okręgu nie poskąpili grosza, by sprawę rozdmuchać, sprowadzając  popularnego łowcę, Herberta Greenera, który przebywał akurat w Afryce równikowej.  Najpóźniej w przeciągu trzech dni miał on się pojawić w Warri. Przez ten czas wykonaliśmy, razem z doktorem Farnsbergiem, wszystkie sekcje zwłok. Okazało się, że pani Cecylia miała wydarte serce. Natomiast Therry został pozbawiony nie tylko oczu i policzków, ale także serca i wątroby. Reszta zwłok była bardzo mocno poszarpana ostrymi pazurami. Pan domu miał ślady pazurów na twarzy i szyi ,tak głębokie, że przecięły tętnice. Także na brzuchu biedaka były wyraźne ślady pazurów.
- Wydaje mi się, mój drogi Bluebergu, że mogę wysnuć pierwszą, dosyć uproszczoną wersję wypadków. Zwierzę przywędrowało z nieodległej puszczy i znalazło schronienie w wielkim ogrodzie przy posiadłości. Pewnego wieczoru, jaguar przeczesywał nowe terytorium, kiedy napotkał smakowicie pachnące wejście do domostwa - drzwi, których nie domknęła gospodyni. Schodzący Therry przykuł uwagę bestii, która rzuciła się na niego i zagryzła, kiedy wychodził. Swoim zwyczajem kot zaniósł nieszczęśnika na drzewo, gdzie posilił się najlepszymi kąskami, resztę zostawiając na później. Powrócił do domostwa, gdzie pędzony ciekawością, wskoczył przez okno, wprost na pana Maycrafta. Jego żona zdołała się tylko zerwać,  zanim bestia zakończyła i jej żywot.
- Nie wyjaśnia to jednak, doktorze, dlaczego nic nie stało się z ciałem pana domu. Co więcej, dlaczego kot nie zabrał kobiety na drzewo? W końcu, dlaczego poszedł sobie z posiadłości?
- Nie wiem, mój młody przyjacielu, jednak mam nadzieję, że nasz łowczy pomoże nam rozwiązać i te zagadki. Wszak kto inny jak nie on, miałby lepiej znać się na naturze dzikiego zwierza?
Krótko po południu doniesiono nam o przybyciu pana Greenera. Spotkaliśmy go wychodzącego z alei prowadzącej do portu. Szedł za komisarzem Johnesem. Na oko miał ze dwa metry wzrostu, szerokie bary i muskularne ramiona. Błyszczące blond włosy miał zaczesane do tyłu. Błękitne, czujne oczy, orli nos i kwadratową szczękę. Ubrany był w bryczesy, włożone w wysokie buty i białą, lnianą koszulę z podwiniętymi rękawami. Był niezwykle przystojnym mężczyzną, o sprężystym, zamaszystym chodzie. Za nim szło kilku Arabów niosących bagaże.
- Witajcie panowie! Jak dobrze mieć znowu stały ląd pod stopami. Przyznam szczerze, że pomimo że bardzo często, tego… podróżuję, to nadal nienawidzę statków. Także ten, pójdziemy tylko zostawić moje rzeczy w mojej kwaterze i po lunchu pójdziemy sobie pooglądać tę willę - mówił szybko i z dziwacznym akcentem, który zarówno ja, jak i doktor, słyszeliśmy pierwszy raz.
- I my się cieszymy, że pan do nas dotarł. Dobrze jest mieć u siebie męża pokroju Oriona - zaczął doktor.
- Nie znam, ale chętnie poznam - uśmiechając się promiennie uścisnął moją rękę, a uścisk miał jak imadło.
Wymieniliśmy z doktorem porozumiewawcze spojrzenia i ruszyliśmy w kierunku hotelu „Delta” gdzie Greenwood miał dostać  pokój.
            Lunch spędziliśmy słuchając o ostatniej wyprawie, w której trzy dni tropił pytona, by w końcu udusić go gołymi rękoma. Policjanci, którzy dołączyli do naszego posiłku, byli oczarowani siłą i męstwem Greenwooda. My z niecierpliwością wyczekiwaliśmy momentu, kiedy w końcu zainteresuje się on swoją robotą w mieście. W końcu Farnsberg nie wytrzymał.
- Nie zechciałby pan obejrzeć śladów zanim się zatrą? Mamy, przy okazji, sprawozdania z sekcji zwłok i kilka pytań na temat natury jaguarów. Co więcej, chcielibyśmy skonfrontować naszą wersje wydarzeń z pańskimi ustaleniami.
Greenwood niechętnie przerwał historię o przemierzaniu indyjskiej dżungli na grzbiecie słonia.
- Taak, dobrze, skoro panowie narzekacie, to ten… możemy iść. Kawę tylko dopiję.
            Udaliśmy się w końcu na pozamiejskie wzgórze, na którym znajdował się „Mayflower”, by nasz nowy przyjaciel mógł obejrzeć miejsce zbrodni i ustalić w którą stronę uciekł jaguar. Po tym, jak weszliśmy do pokoju, który na moje i doktora życzenie został przez policję zapieczętowany, Greenwood zatrzymał się i rozejrzał.
- Panowie, no ale nie wiem po co mnie tu ściągacie. Bo to co tu się wydarzyło, to robota człowieka, a nie żadnego zwierzaka.

Brak komentarzy: