Skoro już tak wszystko podsumowuję i robię sobie wspominki z lat blogowania, bez mojego komentarza nie mogą się oczywiście obyć moje wycieczki. Niektóre dystansowo nie wyglądają szczególnie spektakularnie, właściwie w większości nie wykraczając poza 20-30 kilometrów. Jednak niemal wszystkie były maksymalnie trudne. Jeśli tam, gdzie akurat szedłem i była pionowa ściana lasu- wchodziliśmy pod nią. Jeśli był bród na rzece- to z niego korzystaliśmy. Jeśli nad jarem było zwalone drzewo- tak, po nim przechodziliśmy. Okolicę mamy niezaprzeczalnie malowniczą i zróżnicowaną. Lasy, wzgórza, wyższe górki, mnóstwo przecinających je rzeczek, kanałów i pól. Postaram się opisać z grubsza trzy przygody, które najbardziej wryły mi się w pamieć. Wypowiadam się często w liczbie mnogiej, opisując moje wojaże, a mało miejsca poświęciłem w nich mojemu kompanowi tychże wycieczek.
Kubę znam chyba od zawsze, przyjaźniliśmy się już w pierwszych latach podstawówki. To jedyny mój znajomy, z którym utrzymuję stały kontakt, jeszcze od XX wieku. Jest zapalonym rowerzystą, słucha Linkin Parka i mieszka w bloku niedaleko mnie. Bardzo szybko nauczył się, że wszelakie wyjścia ze mną na tak zwane "pola", często kończą się wspinaczką, spektakularnymi upadkami albo zjazdami w dół stromego zbocza i generalnie mówiąc ( i nieco demonizując) walką o życie. Dobrze nam się wspólnie podróżuje, bo mamy porównywalną kondycję, zapał, wytrzymałość i zawziętość. Ponadto w naszym małym zespoliku przez te parę lat wspólnych wycieczek wyrobił nam się wyraźny podział na role i zadania, które mamy w trakcie wycieczki wypełniać. Na przykład Kuby nie obchodzi utrzymanie kierunku i tempa marszu, bo to moja rola. Ja natomiast nie zastanawiam się dla przykładu tym, czy po zejściu z jakiegoś małego urwiska nie poplątały się linki, bo wiem, że Kuba ma nad tym panować.
Na pewno bardzo głęboko w pamięci wryła mi się zimowa wyprawa z tego roku. Przede wszystkim ze względu na to jak bardzo była trudna. 30 stopni mrozu, strome podejścia i bardzo mocny wiatr. Przy okazji nie zapomnę cudów, które powstały za sprawą mrozu na bagnach. Były to całe krzaczki wykonane z szadzi, ciemne kółka w lodzie i cała masa innych dziwów. Przy okazji tej wycieczki dokonaliśmy jednego z najbardziej brawurowych wyczynów w naszej historii. Przejście po złamanym drzewie. O tym, że było złamane dowiedzieliśmy się tak gdzieś około połowy. Poza tym, że było powalone i wyglądało zdradliwie to trzęsło się i trzeszczało przy każdym ruchu. Nie zawaliło się w kilkumetrową przepaść pod nami tylko dzięki temu, że nie szliśmy równocześnie, tylko jeden po drugim. To był taki zimowy skok adrenaliny.
Koniecznie wspomnieć muszę o moich ostatnich wojażach, głownie ze względu na istny armageddon, jaki przeżyliśmy na szczycie. Poza tym to była chyba najdalsza wyprawa, pokonana w bardzo dobrym tempie. dłuższą relację z tej wycieczki można przeczytać tutaj.
A trzecia z najbardziej pamiętnych wycieczek, to dobry materiał na osobną notkę.
Pozdrawiam
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz