Imprezy rodzinno-towarzyskie w moim domu to zdecydowanie nie moje klimaty. Zwykle nie mam z tym problemu, głównie ze względu na to, że moja rodzina jest jakoś niespecjalnie rozrywkowa i nie sprasza ludzi, co skutkuje względnym spokojem. Niestety ostanie kilka dni to zupełnie inne klimaty. Alkohol i ciastka praktycznie nie opuszczają stolika w salonie, a w barku pojawiają się prezenty w postaci win, czekoladek i likierów. Oczywiście nie są to przesadnie epickie wybryki,(no może poza kilkoma odpałami w wykonaniu mojego ojca i jego znajomych) ale mi przeszkadzają.
Przy okazji takich właśnie imprez, na których spotyka się więcej niż 5 dorosłych, statystycznych Polaków, śledzie, sałatki, ciastka i alkohol, króluje kilka tematów, o które osobiście nie lubię się nawet ocierać. Są to: polityka, lekarze, kler, przyszłość (malująca się oczywiście w czarnych barwach) i oczywiście wspominki pod tytułem "za naszych czasów było lepiej, a teraz to jest bród, bylejakość i partactwo". Ręce mi opadają, kiedy słyszę jakiegoś byłego robotnika po zawodówce, nazywającego lekarzy niedoukami. Usiłuję się nie odzywać i nie roześmiać w twarz, kiedy ktoś chodzi do kościoła tylko po to, żeby narzekać, że księża biorą w łapę, a co drugi ma dziecko i żonę na utrzymaniu. Że mszę odprawia nie tak i wogle co to za ksiądz! Nieważna która partia by rządziła, zawsze rządzi nie ta. Narzekanie ma chwilową pauzę, kiedy można powspominać. Bo w końcu dawniej było "trudniej, twardziej, ale jednak jakoś bardziej".
Te kilka chwil, kiedy przychodzę sobie nałożyć na talerz wszelakich dóbr zalegających na stole, wystarczy, żeby mnie zagadać i rozmową zmusić do pozostania na dłużej niż bym sobie tego życzył. W myśl zasady, że inteligentny człowiek potrafi (i powinien) rozmawiać z każdym, zostaję i słucham tych bzdur.
TheFakto chyba zdechło, nikt nie znajduje na tyle czasu, żeby wyrabiać się w szkole i jeszcze napisać coś tam. Albo po prostu nikomu się nie chce. Ja mam przynajmniej dobre alibi w postaci ostatniego wpisu mojego autorstwa. Idea była dobra, tylko nie zdaliśmy sobie sprawy, ile pracy kosztuje utrzymanie takiego cudactwa na takim poziomie, jaki był zakładany.
Wracam do Iwaszkiewicza i Czechowa.
Łyk gunpowdera i do czytania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz