Czas wolny między świętami, a nowym rokiem, to dziwny czas. Płynie dziwnie powoli, podejrzanie się dłużąc. Człowiek sobie powymyśla masę zajęć, uknuje masę planów, a potem przekłada je z dnia na dzień i tak mamy już piątek, a ja nie zrobiłem prawie nic, poza przyswojeniem ekologii i napisaniem połowy opowiadania. Równolegle czytając tomiki opowiadań Czechowa i Iwaszkiewicza w obydwu doszedłem mniej więcej do połowy. Mistrzowie krótkiej formy, nie ma co. Zacząłem 3 tom "Miecza i kwiatów", ale poprzednie dwa tomy czytałem tak dawno, że nie pamiętam już kto był kto. Moje codzienne zajęcia w trakcie przerwy ograniczają się więc do nawpieprzania się tego co zostało po świętach, poczytania i obejrzenia filmu wieczorem.
Wczoraj padło na "Salę samobójców". Matko, jak ja się wynudziłem. Rzeczywiście nie cierpi na syndrom "polskiego filmu", ale poza grą aktorów nie spodobało mi się nic. Od 25 minuty, do której liczyłem, że rzeczywiście ten film jest niesamowity, zaskakujący i takie tam (tak jak o nim mówi wiele osób), czekałem z utęsknieniem na koniec. Fakt, może nie mam porównania, bo oglądam na prawdę mało, wolę poczytać.
Czy czekam na nowy rok? Niespecjalnie. Dlaczego? Matury.
Tyle
wracam do Iwaszkiewicza.
Ceylon obok książki i jedziemy dalej.
piątek, 30 grudnia 2011
sobota, 24 grudnia 2011
Świątecznie
Święta przyszły, wypada coś napisać. To napiszę, że cieszy mnie ta odrobina wolnego czasu. Chwila odpoczynku, którą spędzę w domu, a nie tak jak zwykle spędzam czas wolny- poza domem. A tego czasu wolnego za wiele nie mam. Jakoś tak bożenarodzenie kojarzy mi się zawsze z siedzeniem w cieple, ze świąteczną filiżanką pod ręką i książką. Pozycje na ten rok "Miecz i kwiaty" tom 3, "Ferdydurke", opowiadania Czechowa i Iwaszkiewicza. Dzisiaj zmarnowałem cały dzień śpiąc do późna, sprzątając i wypełniając inne obowiązki domowe, na które nie ma ochoty, ani motywacji.
Moja szabla była rekwizytem, na spektaklu naszego szkolnego teatru Marysia. Dwie godziny zajęło mi doprowadzenie jej do porządku, po tym jak została szczelnie zapaprana palcami na calutkiej długości. Mimo chwilowej irytacji, gratuluję, świetnie Wam wyszło (szczególne brawa dla Kamila, bez którego było średniawo, ale dźwignął sztukę ).
Spokojnych zimowych świąt.
(zdjęcie choinki z mojego pokoju)
Moja szabla była rekwizytem, na spektaklu naszego szkolnego teatru Marysia. Dwie godziny zajęło mi doprowadzenie jej do porządku, po tym jak została szczelnie zapaprana palcami na calutkiej długości. Mimo chwilowej irytacji, gratuluję, świetnie Wam wyszło (szczególne brawa dla Kamila, bez którego było średniawo, ale dźwignął sztukę ).
Spokojnych zimowych świąt.(zdjęcie choinki z mojego pokoju)
niedziela, 11 grudnia 2011
Świąteczne dramatyczne oświetlenie
Zrobiłem sobie dramatyczne oświetlenie w pokoju. Odpowiednio ułożone i pochowane światełka nastrojowo oplatają Salvadora Dalego na ścianie. Niedobrze oj niedobrze, bo czasu jak zwykle nie mam na czytanie i pisanie pozaszkolne, The Fakto chyba nie dostanie notki, ale świąteczne opowiadanie może się skroi. Przez jakieś pół godziny usiłowałem wymyślić jakikolwiek górnolotny temat, jak widać nie wyszło i tylko napomnę, że "Bieszczadzka opowieść " poszła na konkurs do Krosna, może coś dostanę.
Ostatnio pooglądałem sporo programów o najnowszym uzbrojeniu, trochę też na ten temat poczytałem i powiem, że czułem się jakbym czytał powieść SF. No sorry, zatrważające tempo rozwoju nowoczesnych technologii dla mas, to jedno, ale to co wyrabiają wojskowi, to całkowite szaleństwo albo wizjonerstwo. W końcu zawsze to armie (skupione przy bogatych ośrodkach władzy) miały na tyle kasy i możliwości, żeby rozwijać się najszybciej. Wszystkie nasze "najnowsze" wynalazki których używamy na co dzień, zaczynały jako ściśle tajne wojskowe projekty. Od telefonu, po ekrany dotykowe. I tak było od zawsze i pewnie zawsze będzie.
Brak chęci do nauki mnie opętał i tylko oglądałbym "futuramę" i pił na zmianę earl grey i yerbę, żeby nie zasnąć. Chyba zbiorę się w sobie, wstanę i zabiorę się za coś pożytecznego. Tak, to właśnie zrobię.
No to earl grey i do roboty!
Ostatnio pooglądałem sporo programów o najnowszym uzbrojeniu, trochę też na ten temat poczytałem i powiem, że czułem się jakbym czytał powieść SF. No sorry, zatrważające tempo rozwoju nowoczesnych technologii dla mas, to jedno, ale to co wyrabiają wojskowi, to całkowite szaleństwo albo wizjonerstwo. W końcu zawsze to armie (skupione przy bogatych ośrodkach władzy) miały na tyle kasy i możliwości, żeby rozwijać się najszybciej. Wszystkie nasze "najnowsze" wynalazki których używamy na co dzień, zaczynały jako ściśle tajne wojskowe projekty. Od telefonu, po ekrany dotykowe. I tak było od zawsze i pewnie zawsze będzie.
Brak chęci do nauki mnie opętał i tylko oglądałbym "futuramę" i pił na zmianę earl grey i yerbę, żeby nie zasnąć. Chyba zbiorę się w sobie, wstanę i zabiorę się za coś pożytecznego. Tak, to właśnie zrobię.
No to earl grey i do roboty!
poniedziałek, 5 grudnia 2011
Mikołaj
Nadszedł grudzień, miesiąc mikołajkowy, miesiąc świąteczny, miesiąc sylwestrowy. Generalnie pomimo paskudnej pogody, kojarzy się raczej dobrze. To oczywiście czas wzmożonego kupowania prezentów. Sam zafundowałem sobie trzy fajne książki, "Kodeks piracki", "Wampiry i Wilkołaki źródła, historia, legendy. Od antyku do współczesności" i "Wampiry, historia z zimna krwią spisana", także na święta będę mia co poczytać. Poza tym, jutro pewnie wybiorę się na zakupy herbaciane, bo skończyła się Tetley i mam poważne braki w herbatach zielonych i czerwonych. Czarnych jak zawsze dostatek, głównie Yunnan, i Ceylon, ale czasem rzucę się na coś z Assamu.
Czas leci mi całkiem spokojnie, na czytaniu, robieniu testów z bio i robieniu przymiarek do dalszego pisania (robienie planów ramowych, warsztatowanie). Częściej pewnie będę wypowiadał się pewnie na The Fakto, gdzie serdecznie zapraszam.
Jednym słowem, powoli chomikuję muzykę, książki, herbaty i gry na przerwę świąteczną, którą wyczekuję ze zniecierpliwieniem.
Pozdrowienia zza filiżanki Earl Grey
Czas leci mi całkiem spokojnie, na czytaniu, robieniu testów z bio i robieniu przymiarek do dalszego pisania (robienie planów ramowych, warsztatowanie). Częściej pewnie będę wypowiadał się pewnie na The Fakto, gdzie serdecznie zapraszam.
Jednym słowem, powoli chomikuję muzykę, książki, herbaty i gry na przerwę świąteczną, którą wyczekuję ze zniecierpliwieniem.
Pozdrowienia zza filiżanki Earl Grey
środa, 23 listopada 2011
Bieszczadzka opowieść
Przy okazji
moich badań nad historią handlu bieszczadzkiego natknąłem się na liczne listy
z przemyskiego biskupstwa do niejakiego Macieja Wolmirskiego. Pisma pochodzą z wieku XVII, toteż nadgryzione były zębem czasu i nie dotyczyły ochrony moralności, bądź nawet dusz mieszkańców Bieszczadu, a raczej zawierały instrukcje dla konwojentów kupieckich karawan na tym niebezpiecznym obszarze. Niestety korespondencja urywa się około roku 1632 i moje liczne pytania, które narodziły się podczas studiowania niektórych listów nie doczekały się odpowiedzi. Wrodzona ciekawość oraz tajemniczość zapisków, które znalazłem w Przemyślu, zachęciły mnie do bliższego poznania tajemniczego wysłannika biskupa. Zmuszony byłem więc wyjechać w Bieszczady, by tam
w okolicach Wetliny zasięgnąć języka w parafialnych zapiskach.
z przemyskiego biskupstwa do niejakiego Macieja Wolmirskiego. Pisma pochodzą z wieku XVII, toteż nadgryzione były zębem czasu i nie dotyczyły ochrony moralności, bądź nawet dusz mieszkańców Bieszczadu, a raczej zawierały instrukcje dla konwojentów kupieckich karawan na tym niebezpiecznym obszarze. Niestety korespondencja urywa się około roku 1632 i moje liczne pytania, które narodziły się podczas studiowania niektórych listów nie doczekały się odpowiedzi. Wrodzona ciekawość oraz tajemniczość zapisków, które znalazłem w Przemyślu, zachęciły mnie do bliższego poznania tajemniczego wysłannika biskupa. Zmuszony byłem więc wyjechać w Bieszczady, by tam
w okolicach Wetliny zasięgnąć języka w parafialnych zapiskach.
Na moje szczęście
XVII wieczne notatki o dziwo się zachowały, a księgi parafialne okazały się
ciekawą lektura za sprawą wylewnego i utalentowanego kronikarza. Z niespotykaną
skrupulatnością nie tylko prowadził księgę pogrzebów i chrztów, ale w wyjątkowy
sposób
z dzienników parafialnych stworzył swego rodzaju pamiętnik, w którym spisywał okoliczne wydarzenia, oraz zawierał własne przemyślenia. Co jednak najważniejsze, w notatkach często przewijają się nie jedno, lecz dwa nazwiska przemyskich wysłanników. Był to nie tylko już przeze mnie wspomniany Maciej Wolmirski, ale także jego kompan, Janko Zawilski. W okolicy mieli opinie opojów i watażków, jednak jak się okazuje nie przybyli na pogranicze na własną rękę. W aktach muzeum bieszczadzkiego udało mi się dokopać do ich rodowodów i notatek o nich traktujących.
A zebrało się tego całkiem sporo za sprawą niezwykłej profesji Wolmirskiego i Zawilskiego. Byli oni najemnikami, byłymi lisowczykami i zabijakami znanymi w całej okolicy. Nie było chyba bieszczadzkiej karczmy, czy oberży, gdzie tych dwóch nie rozbiłoby paru łbów, nie rozgoniłoby szablami towarzystwa, czy nie wyrzuciło jakiegoś szaraka przez okno.
z dzienników parafialnych stworzył swego rodzaju pamiętnik, w którym spisywał okoliczne wydarzenia, oraz zawierał własne przemyślenia. Co jednak najważniejsze, w notatkach często przewijają się nie jedno, lecz dwa nazwiska przemyskich wysłanników. Był to nie tylko już przeze mnie wspomniany Maciej Wolmirski, ale także jego kompan, Janko Zawilski. W okolicy mieli opinie opojów i watażków, jednak jak się okazuje nie przybyli na pogranicze na własną rękę. W aktach muzeum bieszczadzkiego udało mi się dokopać do ich rodowodów i notatek o nich traktujących.
A zebrało się tego całkiem sporo za sprawą niezwykłej profesji Wolmirskiego i Zawilskiego. Byli oni najemnikami, byłymi lisowczykami i zabijakami znanymi w całej okolicy. Nie było chyba bieszczadzkiej karczmy, czy oberży, gdzie tych dwóch nie rozbiłoby paru łbów, nie rozgoniłoby szablami towarzystwa, czy nie wyrzuciło jakiegoś szaraka przez okno.
Dzięki tymże
notatkom rozwiała się część tajemnicy związanej z bieszczadzkimi najmitami.
Około listopada 1631 roku dotarli oni do Wetliny, do której posyłały ich
biskupie listy. W niewielkiej parafii urząd proboszcza sprawował wówczas ksiądz
Jerzy Starczyszko. Zajmował się on swoją trzódką dobrze, jednak zupełnie nie z
jego winy była ona ustawicznie dziesiątkowana. Zaczęło się kwietniową powodzią,
następnie przywleczoną przez powódź zarazą, a w końcu napadem zbójeckiej bandy.
Gdyby nie szybka odsiecz stacjonujących niedaleko oddziałów, to zapewne wieś
zostałaby spalona do gołej ziemi, a ludzie wywiezieni do Siedmiogrodu, bądź też
zabici. Jedyny dochód osadzie przynosił biegnący nieopodal trakt, na którym
wieśniacy sprzedawali podróżnym wyroby przydatne
w długiej podróży do Krosna i dalej, na północ.
w długiej podróży do Krosna i dalej, na północ.
Wybór padł na
byłych lisowczyków, ponieważ mieli u biskupa dług do spłacenia. Zadaniem ich
była ochrona szlaku, będącego źródłem dochodu dla całej archidiecezji przez dwa
lata. Przybyli więc do Wetliny, w której z powodu braku rąk do pracy nie sposób
było urządzić poboru na strażników broniących traktu. Po przybyciu do Wetliny
zaprowadzili oni tam swoje chaotyczne rządy, rozstawiając lokalną władzę po
kątach, a u proboszcza na plebanii urządzając swoją główną siedzibę.
Starczyszko został sterroryzowany i musiał wysyłać do biskupa sfingowane listy
chwalące parę zabijaków, które potem znalazłem w Przemyślu. W prywatnych
notatkach kronikarz parafialny rozwodził się jednak nad niegodziwościami i
niesprawiedliwością rządów, które bądź co bądź przyniosły całej osadzie spore
zyski, ponieważ Wolmirski podstępem lub siłą egzekwował od karawan przywilej
drogowy i prawo składu, według których kupcy musieli zatrzymać się we wsi i po
obniżonej cenie wystawić swoje towary. Większość węgierskich, polskich i
litewskich karawan było zbyt zmęczonych ciężką podróżą, by podejmować polemikę
i pozostawali w Wetlinie na noc lub dwie. Generowało to spore zyski w karczmach
i zajazdach. Tak dwóch zawadiaków bogaciło się, przysparzając kłopotu kupcom,
zmniejszając dochody miast i archidiecezji.
Cały proceder
trwałby zapewne dłużej, o ile nie przynosiłby tak dużych strat kupcom, którzy
skarżyli się samemu wojewodzie, wypominając drakońskie cła i kuriozalną
lokalizację uprzywilejowanej osady rozciągającej się pomiędzy leśną głuszą, a
górskim ostępem. Oczywiście wojewoda nic o cłach i przywilejach nie wiedział,
więc postanowił zwalczyć oszustwo przy pomocy wszystkich dostępnych środków.
Los kupców nie obchodził go zanadto, jednak spadek dochodów w miastach,
powodowany małymi dostawami, uderzał też w jego kiesę.
Wolmirski i
Zawilski niczego nieświadomi łupili każdą karawanę, korzystając z biskupiego
błogosławieństwa. Całą zimę i wiosnę nie przepuszczali żadnej okazji by się
wzbogacić, jednak wraz z wiosennym natężeniem ruchu na granicy, wybierali tylko
co smaczniejsze kąski. W całej tej sytuacji nie zapomnieli jednak o swoim
zadaniu i żadna karawana nie została zaatakowana na chronionym przez nich
obszarze. Niezwykle skrupulatnie para najemników wytępiła wszystkie zbójeckie
bandy w okolicznych lasach.
Wetlina bogaciła
się aż do momentu, kiedy ksiądz proboszcz, nie spodziewając się skutków swojego
zachowania, wysłał list, w którym opisał cały proceder biskupowi. Lisowczycy
dowiedzieli się o tym i nie mogąc zawrócić pisma postanowili skończyć proceder.
Niepokorny proboszcz zadyndał na gałęzi, a lisowczycy zebrali swawolną kompanię
po okolicy, z którą pewnej nocy zajechali Wetlinę, której dynamiczny rozwój
sami sponsorowali. Wieś spalili, mieszkańców rozpędzili na cztery wiatry, a
sami zaczaili się, by obrabować gigantyczną karawanę ciągnącą na jeden
z krośnieńskich jarmarków.
Na spaleniu
Wetliny kończy się rozdział pisany przez mojego kronikarza, który zapewne nie
przeżył zemsty Wolmirskiego i jego druha, bo dalej notatki parafialne traktują
tylko o ślubach, chrzcinach i pogrzebach. Oczywiście rozwój wypadków jeszcze
bardziej rozbudził moją ciekawość, bo na dwa dni przed spaleniem Wetliny z
Krakowa w Bieszczady wyruszyła grupa wojewodzińskich żołnierzy, których
zadaniem było ukrócenie procederu prowadzonego na szkodę skarbu.
Po długich i żmudnych przeszukiwaniach
okolicznych zapisów z tego okresu znalazłem tylko jedną krótką notatkę sędziego
ziemskiego spod Sanoka, w której pojawia się określenie „bitwa pod Wetliną”.
Data tejże bitwy wypadała na tydzień przed krośnieńskim jarmarkiem. Zapewne
porzuciłbym moje poszukiwania dalszych danych na temat niezwykłej dwójki
rozrabiaków, gdyby nie zupełnie przypadkowa wizyta w bibliotece historycznej
uniwersytetu w Preszowie na Słowacji. Tam poza odpisem kroniki wetlińskiej
znalazłem kilka zbiorów notatek, listów czy diariuszy z okolicznych dworów i
klasztorów. Jeden ze szlachciców w swoim diariuszu opisywał wydarzenia z maja
1632 roku. Grupa wolmirczyków, czyli jakichś trzydziestu byłych żołnierzy,
czekało ukrytych w lesie gdy Zawilski i dwóch wojaków zatrzymało cały konwój.
Razem piętnaście wozów wina, przypraw, tkanin i soli! Cała grupa ubezpieczana
była przez dziesięciu kozaków o „smolonych, sumiastych wąsiskach, wygolonych
łbach i pooranych bliznami obliczach”. Kiedy przewodnik karawany poprosił o
okazanie książęcych pieczęci, lisowczyk rozwalił mu głowę szablą. Momentalnie z
lasu wypadli pozostali zbójcy i na polanie wywiązała się walka z kozakami i
węgierskimi kupcami. Byli żołnierze bili się tęgo i pomimo niewielkiej ilości
walczących, doświadczenie obu stron spowodowało przedłużenie się bitwy. Tracąc
siedmiu ludzi, podwładni Wolmirskiego po niemal godzinnym boju w końcu zdobyli
wozy i rozgonili pozostałych przy życiu Kozaków. Wszystkie bogactwa wpadły w
ręce bandy, która zaczęła dzielić łupy. Wolmirski i Zawilski postanowili
uciekać z wozem pełnym kosztowności, wina i tkanin, na południe, do
Siedmiogrodu. Po udanym napadzie grupa rozdzieliła się i jej przywódcy odeszli,
natomiast pozostała kompania udała się w kierunku Krakowa. Nie trudno się
domyślić, że zostali wysieczeni przez żołnierzy wojewody, którzy w ten sposób
wpadli na trop prawdziwych zbójów - pary najemników, o których było już
głośno w całym powiecie.
Pech chciał, że jako punkt ukrycia skarbów
wybrali Czerwony Klasztor w okolicach Preszowa, tam trafili na gagatków równych
sobie. Na co dzień spokojni zakonnicy nocami przywdziewali kirysy, przytraczali
szable i samopały, był łupić, palić i rabować w blasku księżyca.
W praktyce niczym nie różnili się od byłych lisowczyków. Kiedy więc
klasztorny patrol wypatrzył samotny wóz, rozpętała się walka. Pierwszych
czterech braciszków Wolmirski rozgonił osobiście, potem jedno koło od wozu
odpadło i uciekinierzy musieli się bronić na ziemi. W następnym ataku we dwóch
odparli kolejnych pięciu „zakonników”. Broniliby się tak do rana, gdyby nie
muszkiety, które dotarły do braci po kolejnej nieudanej próbie odbicia
wozu. Po kilku wystrzałach i szaleńczej walce na szable, w której padł kolejny
braciszek, Wolmirski i Zawilski leżeli martwi.
Świtało już, kiedy
bracia naprawili wóz i zagrzebali ciała lisowczyków. Z łupami wracali do
klasztoru, kiedy drogę zastąpił im zły, zmęczony pościg wojsk wojewodzińskich.
Jakże zdziwił się biskup, gdy pokazano mu zakonserwowane w miodzie głowy,
rzekomo należące do Zawilskiego i Wolmirskiego, a tak naprawdę należące do
mnichów z Czerwonego Klasztoru. Całą sprawę postanowił więc przemilczeć i
dlatego nagle urywa się korespondencja Przemyśla z Bieszczadami. Wojewoda
dopiął jednak swego, ponieważ handel bieszczadzki powrócił do normy, a jego
kiesa znów była pełna.
niedziela, 20 listopada 2011
wtorek, 15 listopada 2011
Przyjąłem wyzwanie
Przyjąłem wyzwanie i pojechałem na Falkon, czterodniowy lubelski konwent. Zabawa była przednia, prelekcje ciekawe, konkursy chujowe, a ludzie różni. Teraz cierpię na gruźlicę pokonwentową, objawiającą się kaszlem, katarem, osłabieniem organizmu i brakiem chęci do robienia czegokolwiek. Siedzę więc w domu, piję herbaty, zagryzam to wszystko lekami. Ostatni konwent przed maturą, sprawił że jestem magicznie usadzony w pokoju.
Ech, nie znoszę być usadzony w pokoju, zwłaszcza chory.
Pozdrowienia z nad kubka senchy
Ech, nie znoszę być usadzony w pokoju, zwłaszcza chory.
Pozdrowienia z nad kubka senchy
sobota, 5 listopada 2011
Chłopcy z Botany Bay
Już nad Hornem zapada noc
wiatr na żaglach położył się
a tam jeszcze korsarze na Botany Bay
upychają zdobycze swe
wiatr na żaglach położył się
a tam jeszcze korsarze na Botany Bay
upychają zdobycze swe
Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy piracki bryg wpływał do zatoki. Ostatnie krwawe promienie oświetlały ogorzałe twarze, szerokie bary i ponure miny marynarzy uwijających się na pokładzie. Bryza pchała okręt ku białym klifom skalistego brzegu, które teraz skąpane były w świetle zachodzącego słońca. Znużona załoga nosiła zdobycze zabrane z włoskiego statku handlowego, upychając je w ciasnej ładowni pod głównym pokładem. Wory wyładowane cynamonem, pieprzem i goździkami były nie lada fortuną i trzeba było je chronić. Kufer pełen guldenów kapitan zabrał do swojej kajuty, by tam bezpiecznie przeczekał powrót załogi do portu. Howard Morgan za wszelką cenę nie chciał dopuścić, by jego okręt Little Rose zmienił się w statek widmo, ogarnięty gorączką złota.
Jolly Roger na
maszcie już śpi
jutro przyjdzie z Hiszpanem się bić
a korsarze znudzeni na Botany Bay
za zwycięstwo dziś będą swe pić
jutro przyjdzie z Hiszpanem się bić
a korsarze znudzeni na Botany Bay
za zwycięstwo dziś będą swe pić
Okręt zacumował pośród skał. Nawigator
doskonale przeprowadził go pomiędzy rafami i kiedy na pokładzie był już klar,
bosman stanął na mostku i krzyknął.
-Dobrze chłopcy! Świetnie się dzisiaj sprawiliście! Możecie iść do
kubryku. Dzisiaj pijemy za zwycięstwo! Na pohybel !
-Na pohybel!- zakrzyknęła załoga i dopadła beczułek rumu, na polecenie
bosmana wytoczonych z ładowni przez dwóch młodych majtków .
Wiara wpadła do kubryku
i porwała za kielichy, kufle, kubki i puchary, by napełnić je rumem.
Odszpuntowana beczka leżała oparta o grubą belkę grotmasztu. Lano tęgo, nikomu
nie żałując, wszak wszyscy zasłużyli sobie na nagrodę za dzisiejszą bitwę.
-Za starego, co ma nos na takie okazje jak dzisiejsza! –zakrzyknął
któryś.
-Za starego!- zawtórowała gromada zdartych, przepitych głosów, wznosząc
pierwszy toast.
Załoga Little Rose stoczyła wspólnie niejedną bitwę, walcząc zaciekle
ramię w ramię pod dowództwem kapitana Howarda Morgana i jego pierwszego oficera
, pana Colinsa. Niejeden bój o beczkę śledzi przypłacili krwią, ranami i stratą
towarzyszy. Za to dzisiaj sprawili się wyśmienicie. Najpierw sternik Henry przy
pomocy nawigatora wymanewrował włoski szkuner, tak że zapłynęli mu drogę i
wypalili z armat wprost na uwijającą się na pokładzie załogę, która usiłowała
zrobić zwrot. Potem wszyscy razem dopadli wroga na jego pokładzie i stoczyli
śmiertelny bój. Jak się okazało, po przeszukaniu ładowni, załoga handlowca była
wyposzczona, a woda w cysternie śmierdziała niemiłosiernie, jakby była czymś zatruta. Za to ładunek i skarb
przewożony przez Włocha kapitan ocenił na kilkanaście tysięcy funtów.
Wszyscy śpiewali i wiwatowali, bawiąc
się w ciasnej kabinie. Jednooki Oliver wyjął swój flet i umilał biesiadę,
grając skoczną melodię.
Śniady Clark
puchar wznosi do ust
bracia niech toast idzie na dno
tylko Johnny nie pije bo kilka mil stąd
otuliło złe morze go
bracia niech toast idzie na dno
tylko Johnny nie pije bo kilka mil stąd
otuliło złe morze go
Clark wzniósł kolejny
toast, zamyślił się chwilę, po czym uciszając ręką Olivera i całą rozhukana załogę
powiedział grobowym głosem:
-Za tych kompanów, co już ich z nami nie ma. Teraz pływają z Neptunem,
taki już nasz piracki los…
-Taki piracki los…- powtórzyli wszyscy, ulewając trochę rumu na deski,
jako znak pamięci dla tych co odeszli, patrząc
ze smutkiem na pusty hamak w rogu kajuty, na którym zawsze spał
Johny, jeden z ich kompanów, którego
dzisiaj musieli pożegnać.
Nie podnosi
kielicha do ust
zawsze on tu najgłośniej się śmiał
mistrz fechtunku z Florencji ugodził go
już nie będzie za szoty się brał
zawsze on tu najgłośniej się śmiał
mistrz fechtunku z Florencji ugodził go
już nie będzie za szoty się brał
***
Zawiało im z zachodu,
Włosi jeszcze nie zauważyli zbliżającego się do nich pirackiego okrętu. Czarne
żagle nie były zbyt dobrze widoczne na tle szarego morza. Kapitan spoglądając
przez perspektywę zagryzł wargi, atmosfera na decku była wyjątkowo napięta.
Wszyscy marynarze uwijali się po pokładzie, podciągając niektóre liny, by
płynąć z pełna prędkością, wychylali się przez wanty, by lepiej zobaczyć cel.
Na pokładzie prochowym było niewiele luźniej. Strzelcy uchylali ukradkiem
ambrazury, by zerknąć na sylwetkę włoskiego szkunera, wybierając miejsca
najdogodniejsze do ataku. Henry przyłożył lunetę po raz kolejny do oka, zrobił
to również pierwszy oficer.
-Jaki diabeł? Ślepe są, czy co? Żeby nie zauważyć brygu z mili trza być ślepcem, albo głupcem, co panie Colins?
-Aye, uwijają się po pokładzie jak w ukropie, nie ma który nawet czasu zerknąć przez ramię.
Na pokładzie włoskiego handlowca Paola układano na nowo cały ładunek, bo podczas ostatniego sztormu pozrywały się liny trzymające fracht na miejscu. Cały dobytek wyniesiono z ładowni, przeglądano, czy nie zamókł i wyrzucano to co nie nadawało się już do niczego. Pozostały fracht chowano z powrotem. W końcu jeden z majtków przeciągając się spojrzał za siebie, ponad głowami pracującej załogi. Nie był pewien tego, co zobaczył, podszedł więc do burty i przyłożywszy rękę do czoła przyglądał się kształtowi majaczącemu przy linii wody, gdzieś na zachodzie. To, co zobaczył, zmroziło go. Podbiegł do dzwonu na mostku, zabił w niego i zawył z całych sił.
-Aye, uwijają się po pokładzie jak w ukropie, nie ma który nawet czasu zerknąć przez ramię.
Na pokładzie włoskiego handlowca Paola układano na nowo cały ładunek, bo podczas ostatniego sztormu pozrywały się liny trzymające fracht na miejscu. Cały dobytek wyniesiono z ładowni, przeglądano, czy nie zamókł i wyrzucano to co nie nadawało się już do niczego. Pozostały fracht chowano z powrotem. W końcu jeden z majtków przeciągając się spojrzał za siebie, ponad głowami pracującej załogi. Nie był pewien tego, co zobaczył, podszedł więc do burty i przyłożywszy rękę do czoła przyglądał się kształtowi majaczącemu przy linii wody, gdzieś na zachodzie. To, co zobaczył, zmroziło go. Podbiegł do dzwonu na mostku, zabił w niego i zawył z całych sił.
-Piraaaci! Zbliżają się od zachodu!
-Widzi pan, panie
Colins, już nas widzą- powiedział kapitan odkładając lunetę od oka.
-Aye, na pokładzie zrobiło się niezgorsze zamieszanie. W tym chaosie
pewnie nie będą w stanie przygotować się do walki. A może uda nam się zdobyć
fracht bez przelania kropli krwi, tak jak robił to Czarnobrody?
-Wątpiłbym w to. Przygotować się do walki!
-Aye panie kapitanie.
Piraci zgodnie z rozkazami bosmana Sama wciągnęli na maszt Jolly Rogera,
wesołą czaszkę, patronującą im w każdej bitwie. Kiedy zbliżyli się do Włocha na
tyle, że widać było pojedyncze sylwetki ludzkie, załoga przywitała swoich
wrogów przekleństwami, dzikim krzykiem i niewybrednymi gestami. Po krótkim pościgu, Little Rose płynęła już za Paolą.
-Zwrot przez sztag!- Zawył pierwszy oficer.
Załoga porwała się do lin, sternik szarpnął za koło i statki ustawiły
się burta w burtę. W tym momencie na pokładzie
prochowym zawrzało. Stary Leo, dowódca kanonierów wykrzykiwał rozkazy.
-Otwierać ambrazury, ładować działa, cel…- poczekał, aż okręt uniesie
się na fali, a osłupiała włoska załoga spojrzy w ciemne gardziele pirackich
dział- ognia!
Huknęła salwa, wokół okrętów pojawiła
się szara chmura kwaśnego, prochowego dymu. Słychać trzask łamanych belek
poszycia, może złamany maszt. Słychać jęk i krzyki ranionych odłamkami. Wiatr
rozwiał chmurę dymu i piraci momentalnie zaczęli rzucać w stronę wroga kotwice, wbijające się w pokład, burty i
maszt. Silne dłonie ciągnęły liny i dwa okręty zaczęły się do siebie zbliżać.
Włosi usunęli jęczących rannych i ustawiali się tak, by przyjąć pierwsze
uderzenie piratów. Wystrzeliło kilka
muszkietów, jeden z majtków ciągnących liny na Little Rose dostał w ramię i upadł, zastąpił go inny chłopak. Na Paoli nie nadążali z rąbaniem lin, które
coraz bliżej przyciągały do siebie obydwie jednostki. W końcu głucho łupnęły
zderzające się burty. Piraci z dzikim rykiem rzucili się na Włochów. Szczęk
broni, wystrzały z pistoletów, jęki rannych i złorzeczenia walczących mieszały
się w ponurej symfonii morskiej bitwy.
Johny doskoczył do
jednego z przeciwników, który ranił dwóch jego kamratów i śmiało podążał, by
dopaść kapitana walczącego pod grotmasztem.
-Stój pludraku, gdzie leziesz, ze mną się jeszcze musisz porachować!-
krzyknął wywijając nad głową kordelasem. Włoch, odwrócił się i robiąc wypad
chciał dopaść Johnego. Pirat sparował cios w ostatniej chwili i próbował
wyprowadzić kontrę, jednak zachwiał się i nie trafił. W tym momencie Włoch
swoim rapierem chciał ugodzić Johnego w głowę , ten jednak odskoczył do tyłu
popychając inną dwójkę walczących tak, że wpadli na siebie, upadli na dek i
zaczęli śmiertelne zapasy. Nie oglądając się, korsarz chciał wykonać zuchwały
atak pod żebro Włocha, jednak ten wiedział jak zablokować podstępne cięcie.
Jednym ruchem wybił broń z ręki Johnego, po czym z całej siły pchnął go w
krtań. Ostrze przeszło na wylot, a Johny runął jak długi na śliski od krwi
pokład. Florentczyk nie zdążył się nawet odwrócić, bo zbłąkana kula wystrzelona
przez jednego z jego ziomków ugodziła go w płuco. Legł obok swojego rywala i
razem z nim odszedł w objęcia Neptuna.
***
Tak niewielu
zostało dziś ich
resztę zabrał Neptun pod dach
choć na ustach wciąż uśmiech to w sercach lód
w kuflu miesza się rum i strach
resztę zabrał Neptun pod dach
choć na ustach wciąż uśmiech to w sercach lód
w kuflu miesza się rum i strach
Na wspomnienie o
okrutnych morskich bitwach, dalekim domu i straceńczym losie pirata wszyscy
sposępnieli. Spoglądali w ciszy w głąb swoich kufli, kielichów i kubków z
rumem, przypominając sobie ciepły głos dziewczyny, kochanki, może matki,
zostawionej gdzieś za siedmioma morzami. Niejeden z tych twardych jak
grenlandzki lód lub wulkaniczna skała chłopów gdzieś w głębi duszy otarł łzę, po
czym zapił gorzki smak życia na morzu, mocnym rumem. Po chwili milczenia i
wspomnieniu brawurowego towarzysza, powrócili do gwarnego rozprawiania,
śmiechów i muzyki.
Pijatyka skończyła się
po północy, kiedy skończył się rum, a bosman kazał iść spać. Nazajutrz czekała
ich prawdziwa przeprawa. Mieli przeciąć hiszpański szlak handlowy, na którym
liczyli na znalezienie okrętu wyładowanego po brzegi złotem i przyprawami.
To ostatni chyba już rejs
cios sztyletem lub kula w pierś
Bóg na szkuner w niebiosach zabierze ich
wszystkich chłopców z Botany Bay
cios sztyletem lub kula w pierś
Bóg na szkuner w niebiosach zabierze ich
wszystkich chłopców z Botany Bay
Wypłynęli o świcie
razem z porannym odpływem. Little Rose
obrała kurs na północny zachód, którędy przebiegał szlak. Wiatr im sprzyjał, a
załoga pomimo powszechnego kaca-mordercy, sprawnie radziła sobie z wykonywaniem
poleceń bosmana. Nikt nie śmiał kwestionować jego zaleceń, bo nieraz jego
ciężka ręka i żelazna dyscyplina uratowały nie tylko życie załogi, ale i okręt.
W końcu kapitan przez perspektywę dostrzegł przysadzisty, szeroki kształt
Hiszpana. Po przebrasowaniu żagli i szybkim zwrocie Little Rose pędziła za wrogiem. Sprzyjający wiatr sprawiał, że
doganiali go z każdą chwilą.
-To nie handlowiec, ani transportowiec! To galeon wojenny do stu
piorunów. Zwrot przez rufę i uciekać. Może nas nie zauważyli- krzyknął
przerażony kapitan odejmując perspektywę od oka.
Załoga błyskawicznie wykonała polecenie kapitana, jednak galeon Santa Veronica dostrzegł bryg już dawno
temu i szykował się do walki, specjalnie dając się doganiać.
Bóg na szkuner w niebiosach zabierze ich
wszystkich chłopców z Botany Bay
wszystkich chłopców z Botany Bay
środa, 26 października 2011
Matóra
Właściwie temat na notkę mi jakoś umyka i nie wiem o czym mam właściwie napisać. Ilość mojej nauki określiłbym jako przeciętną, momentami jest tego sporo ale jakoś wyrabiam. Matura w tym roku, trzeba zapierdalać, nie ma co! Do zdania biologia rozszerzona (systematyczna nauka i powtarzanie dają efekty, więc nie mam się czym martwić), angielski podstawa i rozszerzenie ( jak na podstawie nie przekombinuję, a na rozszerzeniu nie zapomnę słówka tak banalnego jak "devices", to powinno być dobrze, mierzę w około 90%) matma podstawa (nie wiem po co, no ale jak mus to mus, 30% to tylko formalność) no i polski... O ile poziom podstawowy jakoś niespecjalnie mnie to martwi, to na rozszerzeniu mogę polec. Dlaczego? A to przez mój styl wypowiedzi, chaotyczny i nieszablonowy. Jak ja kuźwa z moimi neologizmami, szykami przestawnymi i zdaniami złożonymi szesnastokrotnie mam wstrzelić się w jakikolwiek klucz. W ogóle klucz jest rzeczą skrajnie krzywdzącą i niepotrzebną. Nie wiem co taka matura pisana pod klucz ma sprawdzić? Wiedzę? nie bardzo mi się to widzi. Sprawność literacką? Chyba niepełnosprawność. Generalnie matura z polskiego jest pracą strasznie odtwórczą i nie sprawdzającą niczego poza szczęściem. Analiza i interpretacja tekstu (czyli praktycznie zawsze zadanie maturalne na rozszerzeniu) z założenia jest pracą, w której autor ma zauważyć pewne tendencje, motywy i odnieść się do nich. Na egzaminie dojrzałości po prostu trzeba napisać co jest w tekście. I wszystko co się zauważyło, a nie zauważyła tego osoba układająca klucz, jest traktowane jako błąd. Gdzie tu logika? bo ja jej nie dostrzegam. Powinny wrócić egzaminy na studia o!
Pigwa jest. Można jej dodać do herbaty i wychodzi smaczniejsza herbata. Szczególnie polecam z jakimkolwiek Yunnanem, bo same z siebie są raczej bezpłciowe,a tak to dostają jadu.
Nie mam czasu kończyć zaczętych opowiadań przez zasraną olimpiadę.
Pigwa jest. Można jej dodać do herbaty i wychodzi smaczniejsza herbata. Szczególnie polecam z jakimkolwiek Yunnanem, bo same z siebie są raczej bezpłciowe,a tak to dostają jadu.
Nie mam czasu kończyć zaczętych opowiadań przez zasraną olimpiadę.
poniedziałek, 17 października 2011
PostNawikon
Weryfikacja wczorajszych przemyśleń przebiegła korzystnie dla mnie. Obeszło się bez wpadki, tylko kimałem sobie na historiach. Chyba pierdolę olimpiadę i wracam do beletrystyki i felietonów. Polecam bardzo tą tetleykę recenzowana poniżej, bo cały czas jest bardzo smaczna, pomimo, że pije ja non-stop.
Teraz uwaga, będzie reklama.
Herbata Mieszczańska z Krakowskiego Kredensu, to mega syf, niewarty swojej ceny i tego, żeby stać obok innych herbat, (dlatego leży obok minutki którą musiałem kiedyś kupić i wypić, bo przegrałem zakład.)
Koniec reklamy... No ok, to była antyreklama, no ale, skądś trzeba wiedzieć, żeby się nie naciąć.
Mam jeszcze Earl Grey z Krakowskiego, ale ona jest nawet niezła. Chyba mieszczańska jest tylko taka...
No to Yunnan i do "Chłopów tom 1" !
Teraz uwaga, będzie reklama.
Herbata Mieszczańska z Krakowskiego Kredensu, to mega syf, niewarty swojej ceny i tego, żeby stać obok innych herbat, (dlatego leży obok minutki którą musiałem kiedyś kupić i wypić, bo przegrałem zakład.)
Koniec reklamy... No ok, to była antyreklama, no ale, skądś trzeba wiedzieć, żeby się nie naciąć.
Mam jeszcze Earl Grey z Krakowskiego, ale ona jest nawet niezła. Chyba mieszczańska jest tylko taka...
No to Yunnan i do "Chłopów tom 1" !
niedziela, 16 października 2011
Nawikon
Nawi, Nawi i po Nawi. Pierwszy w pełni klubowy wyjazd na konwent dzisiaj się skończył. Co prawda do samego końca zostało nas 7 osób, ale generalnie wszyscy dali radę. Sam konwent nie najgorszy, zorganizowany poprawnie, ale nic ponad to. Nie było rozmachu, pisarzy, fajnych pokazów i niesamowitych prelekcji. Były dobre prelekcje na nierównym poziomie ciekawości, blok Mangi i Anime, który sprawił, że po szkole biegali na praawde dziwni ludzie. Seriously, oni są pojebani... Ogólnie z przykrością jednak muszę stwierdzić przykry fakt... regres.
Generalnie konwencja post apokalipsy została zachowana porządnie i momentami rzeczywiście można się było poczuć jak w schronie po atomowym holokauście rodem z sesji Neuroshimy, zwłaszcza jak chodzili ci ludzie w strojach (maski gazowe, cały sprzęt taktyczny, karabiny asg z dziwacznymi przystawkami, licznika geigera etc etc...) Nie wiem skąd mam jeszcze energię, żeby wegetować, dwa dni pod rząd kładłem sie spac po godzinie 5, a wstawałem o 8 i byłem na nogach non stop. Aż do teraz. Śęczę nad zeszytem do matmy, smętnie przeglądając definicje coto jutro na sprawdzianie będą, usiłuję się skupić na pisaniu wstępu do pracy na olimpiadę z polskiego i ogarniam słówka na angielski. Słowem miszmasz, a jedynym paliwem jest zielona herbata, która nie mniej smętnie leży obok na biurku. Podejrzewam, że notka nie przedstawia żadnych, nawet najmniejszych, wartości merytorycznych, o estetycznych i literackich już nie mówiąc, ale nie mam siły czytać tego jeszcze raz i przeredagowywać, żeby lepiej oddać co działo się w trakcie tego długiego, szalonego weekendu. Podtrzymam za to ciągłość blogowania, bo w sumie nic dawno nie napisałem. To tak dosyć pozytywnie.
A co! walne se akapit następny i przejdę do kolejnej myśli. Oto myśl: Jeśli jutro nie stanie mi się jakaś krzywda z ręki nauczyciela, albo ostrej jak brzytwa kartki sprawdzianu z matmy, to uznam dzień za udany, a siebie za szczęściarza, który cudem uniknął przykrych konsekwencji lekkomyślnego podejścia do nauki. Przy moim jutrzejszym hipotetycznym osiągnięciu, przeżycie wojny atomowej, a potem funkcjonowanie w poatomowym świecie, wydaje się być proste jak budowa czołgu t34.
Akapit? a co mi tam... No to pora kończyć. Niemoc ogarnia moje oczęta, które same zamykają się na piękno otaczającej mnie rzeczywistości. Moje kończyny przestają zgrabnie poruszać się po klawiaturze, przez co coraz częściej jestem zmuszony do używania przycisku "backspace", co jest wysoce irytujące i daje niezawodny sygnał, że pora sobie iść od kompa.
Lekko cytrynowe przywitanie z Yunnanem w moim kubku i lekko wymuszone przez niemoc zakończenie notki.
Yunnan Green z cytryną i czymśtam jest super!
Generalnie konwencja post apokalipsy została zachowana porządnie i momentami rzeczywiście można się było poczuć jak w schronie po atomowym holokauście rodem z sesji Neuroshimy, zwłaszcza jak chodzili ci ludzie w strojach (maski gazowe, cały sprzęt taktyczny, karabiny asg z dziwacznymi przystawkami, licznika geigera etc etc...) Nie wiem skąd mam jeszcze energię, żeby wegetować, dwa dni pod rząd kładłem sie spac po godzinie 5, a wstawałem o 8 i byłem na nogach non stop. Aż do teraz. Śęczę nad zeszytem do matmy, smętnie przeglądając definicje coto jutro na sprawdzianie będą, usiłuję się skupić na pisaniu wstępu do pracy na olimpiadę z polskiego i ogarniam słówka na angielski. Słowem miszmasz, a jedynym paliwem jest zielona herbata, która nie mniej smętnie leży obok na biurku. Podejrzewam, że notka nie przedstawia żadnych, nawet najmniejszych, wartości merytorycznych, o estetycznych i literackich już nie mówiąc, ale nie mam siły czytać tego jeszcze raz i przeredagowywać, żeby lepiej oddać co działo się w trakcie tego długiego, szalonego weekendu. Podtrzymam za to ciągłość blogowania, bo w sumie nic dawno nie napisałem. To tak dosyć pozytywnie.
A co! walne se akapit następny i przejdę do kolejnej myśli. Oto myśl: Jeśli jutro nie stanie mi się jakaś krzywda z ręki nauczyciela, albo ostrej jak brzytwa kartki sprawdzianu z matmy, to uznam dzień za udany, a siebie za szczęściarza, który cudem uniknął przykrych konsekwencji lekkomyślnego podejścia do nauki. Przy moim jutrzejszym hipotetycznym osiągnięciu, przeżycie wojny atomowej, a potem funkcjonowanie w poatomowym świecie, wydaje się być proste jak budowa czołgu t34.
Akapit? a co mi tam... No to pora kończyć. Niemoc ogarnia moje oczęta, które same zamykają się na piękno otaczającej mnie rzeczywistości. Moje kończyny przestają zgrabnie poruszać się po klawiaturze, przez co coraz częściej jestem zmuszony do używania przycisku "backspace", co jest wysoce irytujące i daje niezawodny sygnał, że pora sobie iść od kompa.
Lekko cytrynowe przywitanie z Yunnanem w moim kubku i lekko wymuszone przez niemoc zakończenie notki.
Yunnan Green z cytryną i czymśtam jest super!
środa, 28 września 2011
That's better. That's Tetley!
Jestem bardzo przyjemnie zaskoczony. Nie spodziewałem się tego, ale znalazłem świetną herbatę w sklepie w którym świetnych herbat zazwyczaj nie ma. Po skończonej nauce wybrałem się do biedronki po czekoladę i natknąłem się na stoisko tajsko-japońsko-chińsko jakieś tam azjatyckie. Pomiędzy ostrymi sosami, prasowanymi algami i ryżem wszelkiej maści leżała sobie niepozorna zielona puszeczka, która przykuła moją uwagę. Napis dobrze znany, „Tetley”, nie przywodzi na myśl jakichś niesamowicie wystrzałowych produktów. Ot zwyczajne „śniadaniówki”… No ale sprawdzam. Zachęcająco brzmiąca nazwa Green tea- zielona cytryna i jaśmin. „W sumie skończyła mi się moja ostatnia paczka Sechny i nie mam już nic cytrynowego, a herbaty torebkowej nie pakują do puszek.” Otworzyłem puszeczkę i zobaczyłem, że w środku jest porządnie zapakowana herbata niezgorszej jakości, o wzbudzającym zaufanie aromacie. To i fakt, że nie mam już zbyt wiele zielonej herbaty przesądziło o zakupie. Cena? Śmiesznie niska- 8zł, za 100g chińskiej zielonej herbaty i fajową puszeczkę. Mieszanka jest dosyć satysfakcjonująca, bo nie jest to tylko sterta listków polana aromatem, ale pełnoprawne, duże listki z okolic czubka pędu, pomieszane ze skórką cytrynową, płatkami jaśminu i okazjonalnie skórką z pomarańczy.
Herbata
ma bardzo przyjemny lekki smak, z wyczuwalną cytrusową nutą (jaśmin mi to
trochę psuje, ale osobiście za nim jakoś specjalnie nie przepadam). Parzyłem ją
3 razy i cały czas była smaczna ( najlepsza za 2 razem).
Kończąc,
jestem bardzo mile zaskoczony jakością herbaty firmy, która budzi u mnie
mieszane uczucia jeśli chodzi o jakość swoich wyrobów. Podwójnie cieszy mnie
fakt, że kupiłem ją w biedronce (sklepie dla biednych studentów). Herbata jest
dobrej jakości i ma satysfakcjonujący smak. Opakowanie jest ładne i porządne
(listki były w woreczku, a wieczko było zaklejone). W skali od zera do pięciu,
daję 4’o clock madness. Za miłe zaskoczenie i przyjemnie spędzony wieczór z
filiżanką całkiem niezłej zielonej herbaty.
Polecam
wtorek, 20 września 2011
Kopyto
Pochorowałem się na ognisku. Teraz cały czas szprycuję się lekami, żeby na czwartek (wycieczka do Zakopanego) być już w pełni sił. Pogoda w końcu się zmieniła i jest taka jaka powinna być- jesienna. Na nic nie mam czasu. Wszystkie wolne chwile między nauką biologii i olimpiadą z polskiego spędzam śpiąc albo czytając lektury . Za każdym razem jak wykrzesam trochę czasu dla siebie, piszę artykuły ( zacząłem 3 ) do The Fakto (start mam nadzieję niedługo).
Ostatnie spotkanie Elizjum zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie. Przyszło 27 (!) osób, co przebiło dotychczasowy rekord o 12 osób... Jeśli taka frekfencja się utrzyma będziemy pełnoprawnym klubem ze wschodniej ściany Polski. Może nawet pokusimy się o konwent?
Wszystkie wymagające myślenia czynności kończę po 22, potem zostaje trochę czasu na Lekko Stronniczego, poczytanie jakiegoś ciekawego artykułu. Nie mam niestety w tym wszystkim stałego czasu dla bloga, także notek zbyt często nie będzie, a jak będą to krótkie. I tak pewnie do połowy października.
Earl Green z miodem na gardło... c'ya!
Ostatnie spotkanie Elizjum zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie. Przyszło 27 (!) osób, co przebiło dotychczasowy rekord o 12 osób... Jeśli taka frekfencja się utrzyma będziemy pełnoprawnym klubem ze wschodniej ściany Polski. Może nawet pokusimy się o konwent?
Wszystkie wymagające myślenia czynności kończę po 22, potem zostaje trochę czasu na Lekko Stronniczego, poczytanie jakiegoś ciekawego artykułu. Nie mam niestety w tym wszystkim stałego czasu dla bloga, także notek zbyt często nie będzie, a jak będą to krótkie. I tak pewnie do połowy października.
Earl Green z miodem na gardło... c'ya!
niedziela, 11 września 2011
Kulturnie
Kulturalny weekend, nie ma co. Najpierw nocne teatralia. To już czwarty raz do Krosna zjechały teatry z całej polski. Przedstawienia były na naprawdę wysokim poziomie i poza czterdziestominutowym uślizgiem cały przegląd wypadł na prawdę świetnie. Ostatni spektakl teatru z Nowej Soli pozamiatał. Ludzie już przerzedzeni późną porą przyszli lekko zmizerowani i odrętwiali. Potem na scenie rozpętał się totalny chaos, który ubawił mnie do łez. Wyjście zdecydowanie udane.
Wczoraj byłem na kolejnej edycji festiwalu narodowego w Żarnowcu. Artyści z opery bytomskiej wystawiali "Księżniczkę czardasza", operetkę Imre Kálmána z 1915 roku. Jak zawsze pojawił się balet ( w tym roku nie miał niestety kiedy zabłysnąć, w przeciwieństwie do lat poprzednich).Aktorzy-śpiewacy operowi i orkiestra dali za to popis nieprzeciętny, tworząc widowisko przenoszące widza do epoki wspaniałych bali, kabaretów i szlacheckich mezaliansów. W tym roku pogoda dopisała (chyba pierwszy raz), a ma to znaczenie, ponieważ festiwal w Żarnowcu odbywa się pod gołym niebem.
Mnie bardziej podobała się operetka Kalmana, bardziej klasyczna, mniej chaotyczna. Bardziej bezpośrednia, kolorowa i niosące ze sobą więcej przeżyć artystycznych. Oczywiście zupełnie różni się odbiór teatrów biorących udział w STRACHach i opery bytomskiej. Nie musząc interpretować tego, co widziałem na scenie, cieszyłem się historią romantycznej miłości i słuchałem wykonań arii. Teatr współczesny także jest fajny, ale nie mogę nazwać go pięknym. Po prostu nie pozwalają mi na to moje upodobania estetyczne i staroświeckie, klasyczne podejście do sztuki. Mogę powiedzieć, że jest ciekawszy niż klasyczny. Stanowi wyzwanie intelektualne i potrzeba trochę wysiłku, żeby do końca pojąć, "co autor miał na myśli"
Kierując to pytanie czuje się trochę jakbym mówił do ściany( ze względu na śladowe ilości komentarzy) ale...
Czy wolicie teatr współczesny, czy klasyczny. Czy w ogóle lubicie teatr?
Na zakończenie klasycznie, filiżanka gunpowdera.
niedziela, 4 września 2011
Poza Horyzonty
Dzisiejszy wieczór należał do muzyki, tak powinna zaczynać się recenzja szanującego się koncertu. Moja zacznie się raczej jakoś tak:
Świetnie bawiłem się na próbie generalnej przed koncertem. Artyści pokazali klasę. Czasem były to piosenki na prawdę trudne i byłem pod wrażeniem tego, że zaśpiewali je czysto (tyczy się to zwłaszcza dziewczyn). Brawa również należą się dziewczynom i chłopakom, którzy w tle sobie tańczyli. Fajna choreografia, czasem gubił się jakiś krok, a czasem rytm gdzieś ginął, ale ciężko byłoby to zauważyć komuś kto nie tańczył przez ponad 5 lat. Więc spore brawa za aranżację utworów za równo ze strony akustycznej jak i wizualnej. Najlepsze wrażenie zrobiła na mnie "Dumka na dwa serca", przy której włos jeżył się na ręce, co nie zdarzyło mi się nigdy przy oryginale.
Tu ciepłe słowa się kończą i zaczynam pisać co było jak na próbie. Po pierwsze konferansjer o głosie nastolatki, który nie potrafił złożyć zdania po polsku. Sorry, ale dawać takiego kolesia, mając na zapleczu gościa z głosem (i urodą) radiowca jako konferansjera, to tak jak płynąć przez ocean za luksusowym liniowcem , mając pod czepkiem bilety pierwszej klasy na wyprzedzający nas statek. Kwestię techniczną przemilczę, bo było rzeczywiście jak na próbie. Pomylić filmiki zapowiadające piosenki, potem puścić nie tych artystów na scenę, to totalny brak profesjonalizmu, graniczący powiedziałbym z debilizmem. Dobór piosenek był tragicznie monotonny. Po jednym smucie następował kolejny. Świetne wykonania, ale przy dwudziestym utworze zasypiałem! Więcej energii, więcej życia! A nie, przepraszam, dostałem moją dawkę energii, kiedy Alan dochrapał się do mikrofonu. I tak słabowity konferansjer został zastąpiony przez najgorszego możliwego konferansjera. Alan śpiewa ładnie, ale jak zaczyna mówić, zachowuje się tak, jakby każda cząstka jego ciała mówiła osobno. I każda z tych cząstek mówi o czymś innym! Modliłem się tylko, żeby zostawił w końcu mikrofon i pozwolił orkiestrze zagrać ich finałowy numer (monotonny smut, zbierający smutactwo wszystkich poprzednich piosenek i tworzący wybitnie długie smutne dzieło z trzema zakończeniami).
Ostatecznie wieczór mogę uznać za udany, ale nierówny. Teraz tylko sencha i mogę iść spać. Jutro pierwszy rzeczywisty dzień trzeciej klasy.
Five o'clock, good night!
Świetnie bawiłem się na próbie generalnej przed koncertem. Artyści pokazali klasę. Czasem były to piosenki na prawdę trudne i byłem pod wrażeniem tego, że zaśpiewali je czysto (tyczy się to zwłaszcza dziewczyn). Brawa również należą się dziewczynom i chłopakom, którzy w tle sobie tańczyli. Fajna choreografia, czasem gubił się jakiś krok, a czasem rytm gdzieś ginął, ale ciężko byłoby to zauważyć komuś kto nie tańczył przez ponad 5 lat. Więc spore brawa za aranżację utworów za równo ze strony akustycznej jak i wizualnej. Najlepsze wrażenie zrobiła na mnie "Dumka na dwa serca", przy której włos jeżył się na ręce, co nie zdarzyło mi się nigdy przy oryginale.
Tu ciepłe słowa się kończą i zaczynam pisać co było jak na próbie. Po pierwsze konferansjer o głosie nastolatki, który nie potrafił złożyć zdania po polsku. Sorry, ale dawać takiego kolesia, mając na zapleczu gościa z głosem (i urodą) radiowca jako konferansjera, to tak jak płynąć przez ocean za luksusowym liniowcem , mając pod czepkiem bilety pierwszej klasy na wyprzedzający nas statek. Kwestię techniczną przemilczę, bo było rzeczywiście jak na próbie. Pomylić filmiki zapowiadające piosenki, potem puścić nie tych artystów na scenę, to totalny brak profesjonalizmu, graniczący powiedziałbym z debilizmem. Dobór piosenek był tragicznie monotonny. Po jednym smucie następował kolejny. Świetne wykonania, ale przy dwudziestym utworze zasypiałem! Więcej energii, więcej życia! A nie, przepraszam, dostałem moją dawkę energii, kiedy Alan dochrapał się do mikrofonu. I tak słabowity konferansjer został zastąpiony przez najgorszego możliwego konferansjera. Alan śpiewa ładnie, ale jak zaczyna mówić, zachowuje się tak, jakby każda cząstka jego ciała mówiła osobno. I każda z tych cząstek mówi o czymś innym! Modliłem się tylko, żeby zostawił w końcu mikrofon i pozwolił orkiestrze zagrać ich finałowy numer (monotonny smut, zbierający smutactwo wszystkich poprzednich piosenek i tworzący wybitnie długie smutne dzieło z trzema zakończeniami).
Ostatecznie wieczór mogę uznać za udany, ale nierówny. Teraz tylko sencha i mogę iść spać. Jutro pierwszy rzeczywisty dzień trzeciej klasy.
Five o'clock, good night!
Pora na wrzosy
Mogę sobie tylko wyobrażać jak bardzo niesamowicie muszą teraz wyglądać szkockie wzgórza pokryte wrzosami, w zimny mglisty poranek. Kiedy pradawna celtycka magia jest niemal wyczuwalna w powietrzu, a postacie z mitów i legend przemierzają tą gęstą mgłę na granicy marzeń i rzeczywistości.
Ja jednak przemierzam rzeczywistość pewnym krokiem prąc ku nieuniknionemu- maturze. Nie obawiam się jednak tego momentu, będzie on raczej płynnym przejściem w kolejny etap mojego życia. Czasem pewność siebie jest zgubna, moja na szczęście wrosła we mnie tak, że przestała mi przeszkadzać i czasem ciężko mnie wybić z przekonania o mojej nieomylności i nieśmiertelności (dwie najczęstsze przyczyny wypadków).
Wczorajsze piwo w zajebiście klimatycznym parku obok opuszczonego psychiatryka (tak tak wiem! to nie był psychiatryk, tylko jakieś budynki hutnicze, ale fasadę miał jak psychiatryk z XIX wieku) ogłosiło wszystkim przechodniom, że kopernik zaczął rok szkolny i imprezy. Cieszę się, że teraz spotkanie Mateusza, albo Franka nie będzie wymagało wcześniejszego umawiania, tylko po prostu wyjdę na korytarz i poszukam ich klasy.
Oczywiście razem z początkiem roku szkolnego KKF Elizjum również ruszyło z kopyta, mamy nową lokalizację. Teraz spotkania będą się dobywały w salce przy bibliotece publicznej w Krośnie, przy ulicy Wojska Polskiego w piątki od 17 do 19. Zapraszam !
Nie wiem czemu ostatnio nie opuszcza mnie świetny humor. Nie przeszkadza mi on. Ba! Wręcz cieszy, ale nie znam jego źródła. Może te ogniska, które codziennie palą sąsiedzi mają z tym jakiś pokrętny związek... Gęsty, siwy, pachnący dym unosi się po całym osiedlu, a jak mam otwarte drzwi balkonowe to przedostaje się także do pokoju i wisi sobie pod sufitem pachnąc i siwiejąc. Jak można nie lubić zapachu dymu z ogniska? To jest typowy zapach złotej jesieni, typowy zapach września- miesiąca ognisk!
Cały dzień wałkują jedną piosenkę "W dzikie wino zaplątani" w aranżacji Zakopower. Góralskie granie wtłacza masę pozytywnej energii w ten utwór. Ich wersja jest niesamowita, mimo to nie szarpnąłbym się na opinię, że jest lepsza od oryginału. Moim zdaniem problem z Zakopower jest taki, że gdyby nie interesowały się nimi tak media, to byliby obowiązkową pozycją na liście zespołów każdego szanującego się hipstera. Jednak pop kultura wywiera na nich tak duży nacisk, że muszą brać jakoś udział w całym szołbiznesowym życiu i w tym całym zamieszaniu tracą dużo czasu, który powinni poświęcić na dopracowanie tekstów i muzyki. Przykładowo ich kawałek "Boso" mógłby być uznany za serio dobry, gdyby nie był grany przez czołowe polskie rozgłośnie co 10 minut.
Notka wyszła trochę o wszystkim i o niczym, ale postaram się, żeby kolejne były bardziej poukładane, tematyczne i składne. Tą potraktuję jako rozgrzewkę przed częstym pisaniem. Teraz będę miał czas i chęci, żeby zaparzyć sobie mój nowy nabytek - [gunpowder] earl green (gunpowder o zapachu earl grey), zasiąść przed kompem i skrobnąć coś na blogu.
Link do Zakopower i ich aranżacji wina.
Earl Green, Syzmon & Five o'clock madness
Ja jednak przemierzam rzeczywistość pewnym krokiem prąc ku nieuniknionemu- maturze. Nie obawiam się jednak tego momentu, będzie on raczej płynnym przejściem w kolejny etap mojego życia. Czasem pewność siebie jest zgubna, moja na szczęście wrosła we mnie tak, że przestała mi przeszkadzać i czasem ciężko mnie wybić z przekonania o mojej nieomylności i nieśmiertelności (dwie najczęstsze przyczyny wypadków).
Wczorajsze piwo w zajebiście klimatycznym parku obok opuszczonego psychiatryka (tak tak wiem! to nie był psychiatryk, tylko jakieś budynki hutnicze, ale fasadę miał jak psychiatryk z XIX wieku) ogłosiło wszystkim przechodniom, że kopernik zaczął rok szkolny i imprezy. Cieszę się, że teraz spotkanie Mateusza, albo Franka nie będzie wymagało wcześniejszego umawiania, tylko po prostu wyjdę na korytarz i poszukam ich klasy.
Oczywiście razem z początkiem roku szkolnego KKF Elizjum również ruszyło z kopyta, mamy nową lokalizację. Teraz spotkania będą się dobywały w salce przy bibliotece publicznej w Krośnie, przy ulicy Wojska Polskiego w piątki od 17 do 19. Zapraszam !
Nie wiem czemu ostatnio nie opuszcza mnie świetny humor. Nie przeszkadza mi on. Ba! Wręcz cieszy, ale nie znam jego źródła. Może te ogniska, które codziennie palą sąsiedzi mają z tym jakiś pokrętny związek... Gęsty, siwy, pachnący dym unosi się po całym osiedlu, a jak mam otwarte drzwi balkonowe to przedostaje się także do pokoju i wisi sobie pod sufitem pachnąc i siwiejąc. Jak można nie lubić zapachu dymu z ogniska? To jest typowy zapach złotej jesieni, typowy zapach września- miesiąca ognisk!
Cały dzień wałkują jedną piosenkę "W dzikie wino zaplątani" w aranżacji Zakopower. Góralskie granie wtłacza masę pozytywnej energii w ten utwór. Ich wersja jest niesamowita, mimo to nie szarpnąłbym się na opinię, że jest lepsza od oryginału. Moim zdaniem problem z Zakopower jest taki, że gdyby nie interesowały się nimi tak media, to byliby obowiązkową pozycją na liście zespołów każdego szanującego się hipstera. Jednak pop kultura wywiera na nich tak duży nacisk, że muszą brać jakoś udział w całym szołbiznesowym życiu i w tym całym zamieszaniu tracą dużo czasu, który powinni poświęcić na dopracowanie tekstów i muzyki. Przykładowo ich kawałek "Boso" mógłby być uznany za serio dobry, gdyby nie był grany przez czołowe polskie rozgłośnie co 10 minut.
Notka wyszła trochę o wszystkim i o niczym, ale postaram się, żeby kolejne były bardziej poukładane, tematyczne i składne. Tą potraktuję jako rozgrzewkę przed częstym pisaniem. Teraz będę miał czas i chęci, żeby zaparzyć sobie mój nowy nabytek - [gunpowder] earl green (gunpowder o zapachu earl grey), zasiąść przed kompem i skrobnąć coś na blogu.
Link do Zakopower i ich aranżacji wina.
Earl Green, Syzmon & Five o'clock madness
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Epicki posiłek to podstawa.
http://www.youtube.com/watch?v=C8Wu3Bps9ic
Obejrzałem dzisiaj wszystkie odcinki z tej serii i mam ochotę coś rozpieprzyć w kuchni!
Generalnie ostatnie kilka dni poświęciłem na oglądanie vlogów, tego typu serii i generalnie spędziłem masę czasu na You Tube poznając jego gwiazdy te mniejsze i te większe. Polskie i zagraniczne. Miałem szczęście i znalazłem raczej pozytywne postacie, żadnych maniaków, trolli i podobnego dziadostwa.
http://www.youtube.com/watch?v=fiTEHqAeanw To video widziałem już dosyć dawno temu, ale skoro piszę już o youtubowych fajnościach, to postanowiłem wrzucić także gamersów. Krótko mówiąc goście postanowili sfilmować zwykłą sesję RPG (w D&D) , ale nie tylko jej fabularną część osadzoną w świecie forgottenowym, ale też to co dzieje się w salce, w której grają. Ich żarty i humor charakterystyczny dla fantastów.
Filmiki Quaza śledzę już od roku. Z minigatunku videorecenzji gier uczynił sztukę, łącząc rzeczowe testy, z humorystycznymi wstawkami, masą żartów i odniesień do growego półświatka. Wszystkie jego v-recki są na gaminatorze, w wersji pełnej. Ostatnio zaczął prowadzić Vloga, którego też będę śledził.
Lekko stronniczych podesłał mi wczoraj Mateusz. Tak mi się spodobali, że praktycznie dzisiaj nie robiłem nic innego. Nie są treści ani górnolotne, ani specjalnie ambitne, ale goście mają taki sposób podania, że chyba nie da się ich nie polubić. No i te panie Kasie...
No i oczywiście link z samego początku tej dziwacznej notki, czyli gotujący Szwedzi... dwa słowa
Kurwa majstersztyk.
Po tym moim oglądaniu nasunęło mi się jedno. Właściwie teraz już nie mam po co oglądać telewizji, bo w internecie są ludzie, którzy robią to co powinna robić telewizja lepiej. Wiem, że nie odkryłem Ameryki, ale do tej pory traktowałem YT raczej jako źródło teledysków i śmiesznych filmików, a nie kopalnię ciekawych ludzi i ich pomysłów. Przestanę traktować vlogi, jak uproszczoną alternatywę dla Amerykanów, którym nie chce się czytać pisanych blogów i wolą pośmiać się z dziewczynki, która głaszcze swojego psa i mówi wszystkim jakie ma mięciutkie futerko.
Czuję się odmóżdżony, jak skończę oglądać wszystkie odcinki lekko stronniczych, to pewnie dokończę "Metamorfozy" Jabłońskiego.
Earl Grey is good for you!
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Sierpniowo
Sierpień mija mi bardzo przyjemnie, głównie za sprawą świetnej pogody, dzięki której wszelkie dalsze wyjścia mają jakikolwiek sens. Poprzedni tydzień spędziłem nad Soliną, świetnie się bawiąc, a wcześniej urządzałem sobie parę rajdów po niezwykle malowniczych okolicach Krosna. Co mnie martwi, czasu na czytanie mam niewiele, także wszelkie napoczęte tytuły idą mi baardzo powoli. Widmo trzeciej klasy majaczące za kolejnym weekendem także nie napawa mnie optymizmem, bo przez pierwsze dwa/trzy miesiące czeka mnie praca nad makabrycznie trudną i nudną historią, która w niczym mi się nie przyda na maturze, a zajmie tylko czas i energię potrzebne na bio. Na szczęście potem, mając u historyka taryfę ulgową w szkole będę spędzał czas całkiem przyjemnie i zdecydowanie mniej stresująco.
Wpadłem ostatnio na genialny pomysł. Chcę zostać sołtysem. Nie jakimś ważnym i wpływowym. Chcę zostać sołtysem małej dziury na końcu świata. Pomysł ten naszedł mnie kiedy przymierzałem gumofilce. Poczułem się w nich taki... swojski. Założyłem więc kamizelkę i kapelutek z piórkiem. Z braku gabarytów pod kamizelkę wpadła jeszcze poduszka (bo sołtys musi być słusznych rozmiarów). Tak ubrany i wyposażony w fajkę wyszedłem na podjazd przed domem, przeszedłem się parę razy w te i z powrotem, krzyknąłem sakramentalne sołtysowskie "porządek ma być!" i po wzbudzeniu powszechnego aplauzu i salwy śmiechu u rodziny i sąsiadów wróciłem do domu.
Bycie sołtysem jest fajne i chuj! Nie mam zamiaru logicznie tłumaczyć dlaczego. Jest fajne i koniec! Będę dobrym sołtysem.
I tym genialnym postanowieniem-stwierdzeniem kończę notkę.
Tea power!
niedziela, 24 lipca 2011
Szkoła latania rozdział 1
Największym, o ile nie jedynym marzeniem doktora Allana Van Hoetha było latanie. Jego badania, prowadzone przez wiele lat w londyńskim laboratorium nie przynosiły jednak zbyt satysfakcjonujących efektów. Jedynymi widocznymi rezultatami były skomplikowane modele zawieszone pod sufitem, grube tomiska notatników zapisanych drobnym maczkiem i kilka wywiadów dla lokalnej prasy. Widocznych efektów było jak na lekarstwo. Ten dosyć przygnębiający wniosek sprawił, że doktor postanowił wybrać się w daleką podróż.
Późnym latem roku 1865, po ponad dwóch latach tułaczki doktor Allan Van Hoeth powrócił do Londynu. Nacisnął ciężka mosiężną klamkę i wstąpił po granitowych schodach do ciemnego hallu.
- Mary! Maryanno!- zawołał swoją gosposię.
Po schodach z wielkim pośpiechem zbiegła młoda kobieta. Jej oczom ukazał się widok niecodzienny. Otóż w drzwiach stał wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna w średnim wieku. Włosy miał długie, barwy marchewkowo-rudej, związane w koński ogon, który sięgał ramion. Zza okularów-połówek po pomieszczeniu rozglądały się zielone oczy. Przybysz odziany był w długie workowate spodnie na modę indyjską, błękitną koszulę i kamizelkę od fraka. Za nim do przedpokoju wchodził młodszy człowiek, który z niewysłowionym mozołem ciągnął za sobą wielgachną walizę.
- Czy to pan, panie Van Hoeth?
- A kogóż Maryanna by się spodziewała, świętego Mikołaja? Co prawda mam dla Maryanny parę prezentów, jednak Mikołajem nie jestem, a i do gwiazdki daleko.
- Tak się o pana martwiłam! W ogóle jak pan wygląda, pomięty, niewyspany, wychudzony! Już ja pana do ludzkiego wyglądu doprowadzę! Tak w ogóle, to nie było pana dwa lata z hakiem. Pisał pan tylko przez rok, a potem korespondencja zamarła, tak się bałam! - Drobnej kobietce po policzkach popłynęły łzy, zakryła twarz fartuszkiem i wybiegła z pomieszczenia, ze schodów krzyknęła tylko coś o herbacie.
- Od razu człowiek czuje, że wrócił - uśmiechnął się do chłopaczka, który właśnie skończył targać drugą walizę do środka.
Chłopaczyna odburknął tylko coś pod nosem, wtaszczył bagaż na środek pomieszczenia, prosto pod nogi Allana i wyciągnął dłoń po swoją zapłatę. Doktor rzucił kilka miedziaków młodzieńcowi i poczekał, aż tragarz wyjdzie, po czym sam, nie bez problemów, zaczął wciągać swoje pakunki na piętro do swojej sypialni.
Po odświeżeniu się, wyśmienitym obiedzie i wielogodzinnych opowieściach z pełnych przygód podróży po krańcach imperium brytyjskiego doktor postanowił odwiedzić swoją pracownię. Cały dom był w idealnym stanie, zadbany i wyodkurzany w każdym zakamarku, było jednak jedno miejsce do którego gosposia miała całkowity zakaz wstępu. Wielokrotne narzekania nie pomogły i Maryanna z czasem pogodziła się z faktem, że do pracowni pana doktora wstępu nie ma nikt, poza nim samym.
Szafki, pułki i książki pokryte były grubą warstwą kurzu. Modele pod sufitem pokryte były wieloma warstwami pajęczyn i uginały się pod ciężarem zebranego kurzu. Po podłodze walały się jeszcze ostatnie pomięte i niedokończone notatki zrzucone z biurka w noc przed wypłynięciem. Doktor wciągnął zatęchłe powietrze jego małej pracowni i zamknął za sobą drzwi.
* * *
Komisarz Therry Johnes z londyńskiej policji szedł szybko pośród jesiennej ulewy. Był ciemny, zimny, zasnuty mgłą wieczór. Doszedł na Queen’s Road i zamarł. Na ulicy leżał trup. Mężczyzna w wieku około dwudziestu lat. Do komisarza podbiegł młody adiutant, przemoknięty i zmarznięty.
- Rozbita głowa, potrzaskane kości nóg, połamane żebra. Musiał upaść z bardzo dużej wysokości. Wyskoczył przez okno w pobliskiej kamienicy. Czwarte piętro to nie przelewki.
- A może ktoś go wypchnął?
- Co ma pan na myśli?
- Zobacz, to już czwarty taki trup tylko w październiku. Ja rozumiem, jesień i te sprawy, ale żeby tak wszyscy razem skakali z okien?
- Najprostszy sposób. Szybki i tani. Nie każdy potrafi zrobić sobie wisielczą pętlę, a i nie każdy jest na tyle odważny, żeby samemu zrobić sobie takie coś. W połowie wiązania się rozmyślają. A tak, to tylko staje się na parapecie i siup!
- Jak dla mnie, to nie może być przypadek. Przeszukać mieszkanie!
- Aye.
Weszli razem po krętych schodach na czwarte piętro, do mieszkania samobójcy. Wszystko wyglądało zupełnie w porządku. Ułożone papiery, zimna kawa stojąca na stoliku, krzesło postawione obok parapetu. Mieszkanie było bardzo czyste i schludne. Jedynym źródłem światła była dopalająca się świeca na stoliku nocnym.
-Sam pan widzi, panie komisarzu. Wszystko normalne. Zabieramy trupa do kostnicy i kończymy na dziś, co?- zapytał z nadzieją w głosie Henry, młody adiutant.
- Jeszcze tylko się trochę rozejrzę.
Podszedł do okna. Przyglądał się długo framugom, parapetowi, nawet dywanowi na podłodze. Niczego znaczącego nie znalazł. Wstał i westchnął.
- A kosztowności?
- Nie ma niczego. Z resztą to był tylko studencina, co on mógł mieć?
- A co studiował?
- Archeologię.
- To nawet nie wiecie ile skarbów oni wynoszą ze sobą do domu. Przeszukać mieszkanie, tylko dokładnie. A to idzie ze mną - wziął do ręki plik kartek z biurka studenta i wyszedł.
Gdy zamknął drzwi usłyszał za sobą tylko kilka przekleństw przez zęby, po czym zaczęło się szuranie otwieranych szuflad.
Po niemal czterech godzinach czytania sterty nudnych dokumentów z wykopalisk w północnej Afryce znalazł to czego szukał. Na jednym wykazie znajdował się szkic i dokładny opis złotego naszyjnika z doliny królów, na kolejnym wykazie przedmiotów, które trafiają do National Museum, nie było nawet wzmianki o tym znalezisku. Więc skarb musiał być gdzieś u młodzieńca, ewentualnie zachłanny studencina mógł go gdzieś schować.
- Douglas! Chodź no tu, chłopaku. Nie znalazłeś wczoraj takiego naszyjnika?- zapytał adiutanta pokazując szkic.
- Zameldowałbym to. Znalazłem tylko kilka funtów i kilka weksli.
- Może jakaś mapa?
- Nic.
- Czyli jednak kradzież!
- Tego przecież nie możemy być pewni.
- Założyć jednak taką opcję będzie bezpieczniej. Musimy to sprawdzić. Wydaje mi się, że mamy do czynienia z mordercą. Nazwijmy go, High, bo jego ofiary spadają z dużej wysokości.
- Jak pan chce…
* * *
Pukanie do drzwi powtórzyło się. Maryanna dobiegła do nich i otworzyła gościowi. Komisarz Therry Johnes był niewysoki, raczej krępy. Na okrągłej twarzy miał równiutko przycięty wąs. Krótkie czarne włosy siwiały już, tworząc szare zakola. Przyszedł w stroju cywilnym odwiedzić starego znajomego, o którego powrocie dowiedział się dopiero niedawno, a i praca nie pozwoliła mu na wcześniejsze spotkanie z druhem.
- Pan doktor w domu?
- Oczywiście! Jak dobrze, że przyszedł pan w gości. Doktor tylko całymi dniami siedzi u siebie w pracowni, zaharuje się na śmierć. Panie doktorze! – zawołała gospodarza.
Na piętrze skrzypnęły drzwi i na schodach pojawił się Allan.
- Co się dzieje? O, to przecież pan aspirant! Proś do salonu takich gości, a nie trzymasz ich w drzwiach.
- Już nie aspirant. Dostałem awans i przeniesienie.
- Gratuluję, mój drogi.
W salonie przywitali się serdecznie. Mary przyniosła herbatę, whisky i przekąski. Allan oczywiście musiał opowiedzieć o kliku swoich przygodach zanim mógł dowiedzieć się czegoś od starego znajomego.
- A więc awansowałeś?
- No tak, złapałem bandę młokosów jak usiłowali zgwałcić jakąś kobietę i tak ich urządziłem, że poszli do aresztu ze strachu przede mną. A ostatnio z terenu dostałem przeniesienie do wydziału zabójstw. Na razie jestem zielony i łażę za samobójcami, ale wydaje mi się, że wdepnąłem w coś większego.
- Tak? – zapytał zainteresowany.
- Tak, na razie to tylko domysły, ale wydaje mi się, że jest w tym mieście włamywacz i morderca. Wyjątkowo utalentowany, pozoruje bowiem doskonale samobójstwa i okrada domy z wszelkich kosztowności.
-Powodzenia w tym wypadku. I uważaj na siebie.
***
Październik okazał się zaledwie przedsmakiem paskudnego listopada. Codzienne ulewy, lodowaty wiatr i przygnębiająca aura nie wpływały pozytywnie na zszargane nerwy komisarza. Do końca października przeszukał mieszkania trzech kolejnych „samobójców”. Tylko w jednym z nich odkrył zniszczony sejf, co potwierdziło jego podejrzenia. Przez ostatnie dwa tygodnie wszelkie informacje o samobójcach skaczących z dachów i okien przycichły. Gazety rozpisywały się za to o wspaniałych skarbach przywiezionych przez profesora Nathana Longa z dalekiego wschodu. Ich wystawa miała być zorganizowana w budynku przy Trafalgar Square. Na poddaszu kamienicy należącej do towarzystwa przyjaciół archeologii. Sale były gustownie przygotowane pod wystawę złotych masek, koron, sporej ilości oręża z przed wieków i perełki całej wystawy, czyli kufra wypchanego po brzegi złotymi monetami. Nad całością wydarzenia opiekę sprawowały trzy oddziały policji, w tym grupa komisarza Therrego Jonesa.
Zwiedzający tłoczyli się, by móc nacieszyć oczy widokiem nieprzebranych skarbów z grobowca odnalezionego przypadkiem w zachodnich Indiach. Policjanci musieli wyprosić kilku nadgorliwych zwiedzających, którzy własnoręcznie chcieli sprawdzić jakość kruszywa. W końcu o godzinie ósmej wieczorem nadszedł czas, by zamknąć wystawę. Komisarz postanowił zostać na miejscu w postaci stróża nocnego. Brak doświadczenia w nocnym pilnowaniu nieruchomych przedmiotów sprawił, że komisarza szybko zmorzył sen.
Około godziny obudził go jakiś szelest niezbyt delikatnego stąpania po dachu.
- Ha! Złodziej pojawił się tak, jak się tego spodziewałem! – pomyślał i wyjął swój rewolwer.
Nagle rozległ się brzdęk tłuczonego szkła i ciche tąpnięcie, jakby bardzo duży kot zeskoczył na podłogę. High był w pomieszczeniu obok. Ostrożnie i powoli Therry podszedł do winkla i wychylił się. Światło księżyca padało przez rozbity świetlik na podłogę zasłaną kawałkami potłuczonego szkła. Zaraz za plamą światła znajdował się niewyraźni kształt. Wysoki na siedem stóp, poruszał się dziwnie kiwając głową. Miał na sobie długi płaszcz sięgający do ziemi. Powoli podszedł do kufra ze złotem. Odziana w szeroki rękaw dłoń sięgnęła po złoto i zabrała jego garść. To był ten moment!
- Stój! Ręce do góry!- komisarz wyskoczył zza ściany i celował do Higha z rewolweru. Miał świadomość, że znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Naprzeciwko niego stał groźny morderca.
Odwrócił się gwałtownie. Dostrzegł rewolwer w ręku policjanta, cisnął w niego garścią złotych monet i rzucił się przed siebie do ucieczki. Długimi susami przebiegł przez pomieszczenie wystawowe i dotarł do ślepego zaułka. Za nim było tylko małe okno. Therry dobiegł jako drugi.
- Nie masz gdzie uciec! Poddaj się.
High potężnym kopniakiem otworzył okno i stanął na parapecie. Przelotnie spojrzał na policjanta, po czym wyskoczył.
- Nie!
Komisarz podbiegł i spojrzał w dół w poszukiwaniu ciała. Z nieba lał ulewny deszcz, a na chodniku poza kałużami nie było niczego, żadnych zwłok.
środa, 20 lipca 2011
Lipton: łyk inspiracji.
Postanowiłem ostatnio kupić jedno słoneczno-żółte opakowanie herbaty sypanej Lipton, ponoć długoliściastej. Lipton yellow label tea, bo o nim mowa jest jedną z popularniejszych marek herbat występujących w naszych domach. Opakowanie Long Leaf wzbudziło we mnie największe zaufanie. Herbata nie jest pakowana do klaustrofobicznych woreczków, tylko jest zamknięta w postaci sypkiego suszu w kartonowym pudełeczku. Ta wersja wydała mi się też najbardziej ekonomiczna.
Takie opakowanie zawiera w sobie 100 g suszu. Mnie jego wygląd się podoba, sprawia porządne wrażenie. Nie jest przesadnie przyozdobione. Jednym słowem, jest schludne.
Wnętrze kryje w sobie sreberkowaty woreczek, którego nie da się wyjąć- dobry pomysł żeby aromat herbaty się nie ulatniał. Właśnie ten aromat bardzo przypadł mi do gustu. Był mocny, przyjemny i wyrazisty. Jak na razie wrażenie bardzo pozytywne.
Listki są o dziwo dobrej jakości. Piszę o dziwo, bo nie spodziewałem się żeby herbata ekspresowa miała susz dobrej jakości. Jednak jak na produkt tworzony na skale masową są raczej porządne. O pochodzeniu tej herbaty powiedzieć wiele nie mogę. Lipton ma swoje plantacje na całym świecie. O pochodzeniu na opakowaniu słowa nie ma, strona producenta także jest dosyć enigmatyczna i pokazuje po prostu całą kulę ziemską z zaznaczonymi plantacjami Liptona. Wikipedia się zlitowała i z niej dowiedziałem się, że yellow label dostaje listki z Indii i Afryki. Niewiele to pomogło, a sama informacja może być deko przestarzała. Dlatego śmiało mogę stwierdzić, że jest to herbata świata (pewnie używają jakiejś mieszanki) . Jest to oczywiście herbata czarna bez żadnych urozmaiceń w stylu owoców, zapachów etc. Producent na opakowaniu podaje, że jest ręcznie zbierana, w co jestem skłonny uwierzyć. 
Napar jest bursztynowy i ma przyjemny zapach. Smak intensywny nieco zbyt goryczkowaty. Można ją zaparzyć tylko raz. Za drugim podejściem nie da się tego pić, jest słabe i z herbatą, którą wypiliśmy przed chwilą wiele wspólnego nie ma.
Takie opakowanie zawiera w sobie 100 g suszu. Mnie jego wygląd się podoba, sprawia porządne wrażenie. Nie jest przesadnie przyozdobione. Jednym słowem, jest schludne.
Wnętrze kryje w sobie sreberkowaty woreczek, którego nie da się wyjąć- dobry pomysł żeby aromat herbaty się nie ulatniał. Właśnie ten aromat bardzo przypadł mi do gustu. Był mocny, przyjemny i wyrazisty. Jak na razie wrażenie bardzo pozytywne.
Listki są o dziwo dobrej jakości. Piszę o dziwo, bo nie spodziewałem się żeby herbata ekspresowa miała susz dobrej jakości. Jednak jak na produkt tworzony na skale masową są raczej porządne. O pochodzeniu tej herbaty powiedzieć wiele nie mogę. Lipton ma swoje plantacje na całym świecie. O pochodzeniu na opakowaniu słowa nie ma, strona producenta także jest dosyć enigmatyczna i pokazuje po prostu całą kulę ziemską z zaznaczonymi plantacjami Liptona. Wikipedia się zlitowała i z niej dowiedziałem się, że yellow label dostaje listki z Indii i Afryki. Niewiele to pomogło, a sama informacja może być deko przestarzała. Dlatego śmiało mogę stwierdzić, że jest to herbata świata (pewnie używają jakiejś mieszanki) . Jest to oczywiście herbata czarna bez żadnych urozmaiceń w stylu owoców, zapachów etc. Producent na opakowaniu podaje, że jest ręcznie zbierana, w co jestem skłonny uwierzyć. 
Napar jest bursztynowy i ma przyjemny zapach. Smak intensywny nieco zbyt goryczkowaty. Można ją zaparzyć tylko raz. Za drugim podejściem nie da się tego pić, jest słabe i z herbatą, którą wypiliśmy przed chwilą wiele wspólnego nie ma.
Nie czarujmy się jednak. Nie jest to produkt, którym będziemy się delektować przy ciachu i dobrej książce, tylko herbata, którą popijemy kanapkę jedząc śniadanie. Ma mieć wyczuwalny, mocny smak i przyjemny kolor. Marka Lipton działa na polskim rynku od 18 lat. Cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem. Wśród ludu jest postrzegana jako produkt porządny z "wyższej półki". Odzwierciedlają to też ceny opakowań, które jak na herbatę "śniadaniową" niskie nie są. Herbata Lipton Yellow label tea: Long Leaf otrzymuje ocenę 4 o'clock Madness. Za niezgorszy smak, ładną prezentację i towarzyszenie mi przy śniadaniach. Herbata ekspresowa mogąca aspirować do miana uprzyjemniacza wieczorów przy filmie i ciachu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)