Przy okazji
moich badań nad historią handlu bieszczadzkiego natknąłem się na liczne listy
z przemyskiego biskupstwa do niejakiego Macieja Wolmirskiego. Pisma pochodzą z wieku XVII, toteż nadgryzione były zębem czasu i nie dotyczyły ochrony moralności, bądź nawet dusz mieszkańców Bieszczadu, a raczej zawierały instrukcje dla konwojentów kupieckich karawan na tym niebezpiecznym obszarze. Niestety korespondencja urywa się około roku 1632 i moje liczne pytania, które narodziły się podczas studiowania niektórych listów nie doczekały się odpowiedzi. Wrodzona ciekawość oraz tajemniczość zapisków, które znalazłem w Przemyślu, zachęciły mnie do bliższego poznania tajemniczego wysłannika biskupa. Zmuszony byłem więc wyjechać w Bieszczady, by tam
w okolicach Wetliny zasięgnąć języka w parafialnych zapiskach.
z przemyskiego biskupstwa do niejakiego Macieja Wolmirskiego. Pisma pochodzą z wieku XVII, toteż nadgryzione były zębem czasu i nie dotyczyły ochrony moralności, bądź nawet dusz mieszkańców Bieszczadu, a raczej zawierały instrukcje dla konwojentów kupieckich karawan na tym niebezpiecznym obszarze. Niestety korespondencja urywa się około roku 1632 i moje liczne pytania, które narodziły się podczas studiowania niektórych listów nie doczekały się odpowiedzi. Wrodzona ciekawość oraz tajemniczość zapisków, które znalazłem w Przemyślu, zachęciły mnie do bliższego poznania tajemniczego wysłannika biskupa. Zmuszony byłem więc wyjechać w Bieszczady, by tam
w okolicach Wetliny zasięgnąć języka w parafialnych zapiskach.
Na moje szczęście
XVII wieczne notatki o dziwo się zachowały, a księgi parafialne okazały się
ciekawą lektura za sprawą wylewnego i utalentowanego kronikarza. Z niespotykaną
skrupulatnością nie tylko prowadził księgę pogrzebów i chrztów, ale w wyjątkowy
sposób
z dzienników parafialnych stworzył swego rodzaju pamiętnik, w którym spisywał okoliczne wydarzenia, oraz zawierał własne przemyślenia. Co jednak najważniejsze, w notatkach często przewijają się nie jedno, lecz dwa nazwiska przemyskich wysłanników. Był to nie tylko już przeze mnie wspomniany Maciej Wolmirski, ale także jego kompan, Janko Zawilski. W okolicy mieli opinie opojów i watażków, jednak jak się okazuje nie przybyli na pogranicze na własną rękę. W aktach muzeum bieszczadzkiego udało mi się dokopać do ich rodowodów i notatek o nich traktujących.
A zebrało się tego całkiem sporo za sprawą niezwykłej profesji Wolmirskiego i Zawilskiego. Byli oni najemnikami, byłymi lisowczykami i zabijakami znanymi w całej okolicy. Nie było chyba bieszczadzkiej karczmy, czy oberży, gdzie tych dwóch nie rozbiłoby paru łbów, nie rozgoniłoby szablami towarzystwa, czy nie wyrzuciło jakiegoś szaraka przez okno.
z dzienników parafialnych stworzył swego rodzaju pamiętnik, w którym spisywał okoliczne wydarzenia, oraz zawierał własne przemyślenia. Co jednak najważniejsze, w notatkach często przewijają się nie jedno, lecz dwa nazwiska przemyskich wysłanników. Był to nie tylko już przeze mnie wspomniany Maciej Wolmirski, ale także jego kompan, Janko Zawilski. W okolicy mieli opinie opojów i watażków, jednak jak się okazuje nie przybyli na pogranicze na własną rękę. W aktach muzeum bieszczadzkiego udało mi się dokopać do ich rodowodów i notatek o nich traktujących.
A zebrało się tego całkiem sporo za sprawą niezwykłej profesji Wolmirskiego i Zawilskiego. Byli oni najemnikami, byłymi lisowczykami i zabijakami znanymi w całej okolicy. Nie było chyba bieszczadzkiej karczmy, czy oberży, gdzie tych dwóch nie rozbiłoby paru łbów, nie rozgoniłoby szablami towarzystwa, czy nie wyrzuciło jakiegoś szaraka przez okno.
Dzięki tymże
notatkom rozwiała się część tajemnicy związanej z bieszczadzkimi najmitami.
Około listopada 1631 roku dotarli oni do Wetliny, do której posyłały ich
biskupie listy. W niewielkiej parafii urząd proboszcza sprawował wówczas ksiądz
Jerzy Starczyszko. Zajmował się on swoją trzódką dobrze, jednak zupełnie nie z
jego winy była ona ustawicznie dziesiątkowana. Zaczęło się kwietniową powodzią,
następnie przywleczoną przez powódź zarazą, a w końcu napadem zbójeckiej bandy.
Gdyby nie szybka odsiecz stacjonujących niedaleko oddziałów, to zapewne wieś
zostałaby spalona do gołej ziemi, a ludzie wywiezieni do Siedmiogrodu, bądź też
zabici. Jedyny dochód osadzie przynosił biegnący nieopodal trakt, na którym
wieśniacy sprzedawali podróżnym wyroby przydatne
w długiej podróży do Krosna i dalej, na północ.
w długiej podróży do Krosna i dalej, na północ.
Wybór padł na
byłych lisowczyków, ponieważ mieli u biskupa dług do spłacenia. Zadaniem ich
była ochrona szlaku, będącego źródłem dochodu dla całej archidiecezji przez dwa
lata. Przybyli więc do Wetliny, w której z powodu braku rąk do pracy nie sposób
było urządzić poboru na strażników broniących traktu. Po przybyciu do Wetliny
zaprowadzili oni tam swoje chaotyczne rządy, rozstawiając lokalną władzę po
kątach, a u proboszcza na plebanii urządzając swoją główną siedzibę.
Starczyszko został sterroryzowany i musiał wysyłać do biskupa sfingowane listy
chwalące parę zabijaków, które potem znalazłem w Przemyślu. W prywatnych
notatkach kronikarz parafialny rozwodził się jednak nad niegodziwościami i
niesprawiedliwością rządów, które bądź co bądź przyniosły całej osadzie spore
zyski, ponieważ Wolmirski podstępem lub siłą egzekwował od karawan przywilej
drogowy i prawo składu, według których kupcy musieli zatrzymać się we wsi i po
obniżonej cenie wystawić swoje towary. Większość węgierskich, polskich i
litewskich karawan było zbyt zmęczonych ciężką podróżą, by podejmować polemikę
i pozostawali w Wetlinie na noc lub dwie. Generowało to spore zyski w karczmach
i zajazdach. Tak dwóch zawadiaków bogaciło się, przysparzając kłopotu kupcom,
zmniejszając dochody miast i archidiecezji.
Cały proceder
trwałby zapewne dłużej, o ile nie przynosiłby tak dużych strat kupcom, którzy
skarżyli się samemu wojewodzie, wypominając drakońskie cła i kuriozalną
lokalizację uprzywilejowanej osady rozciągającej się pomiędzy leśną głuszą, a
górskim ostępem. Oczywiście wojewoda nic o cłach i przywilejach nie wiedział,
więc postanowił zwalczyć oszustwo przy pomocy wszystkich dostępnych środków.
Los kupców nie obchodził go zanadto, jednak spadek dochodów w miastach,
powodowany małymi dostawami, uderzał też w jego kiesę.
Wolmirski i
Zawilski niczego nieświadomi łupili każdą karawanę, korzystając z biskupiego
błogosławieństwa. Całą zimę i wiosnę nie przepuszczali żadnej okazji by się
wzbogacić, jednak wraz z wiosennym natężeniem ruchu na granicy, wybierali tylko
co smaczniejsze kąski. W całej tej sytuacji nie zapomnieli jednak o swoim
zadaniu i żadna karawana nie została zaatakowana na chronionym przez nich
obszarze. Niezwykle skrupulatnie para najemników wytępiła wszystkie zbójeckie
bandy w okolicznych lasach.
Wetlina bogaciła
się aż do momentu, kiedy ksiądz proboszcz, nie spodziewając się skutków swojego
zachowania, wysłał list, w którym opisał cały proceder biskupowi. Lisowczycy
dowiedzieli się o tym i nie mogąc zawrócić pisma postanowili skończyć proceder.
Niepokorny proboszcz zadyndał na gałęzi, a lisowczycy zebrali swawolną kompanię
po okolicy, z którą pewnej nocy zajechali Wetlinę, której dynamiczny rozwój
sami sponsorowali. Wieś spalili, mieszkańców rozpędzili na cztery wiatry, a
sami zaczaili się, by obrabować gigantyczną karawanę ciągnącą na jeden
z krośnieńskich jarmarków.
Na spaleniu
Wetliny kończy się rozdział pisany przez mojego kronikarza, który zapewne nie
przeżył zemsty Wolmirskiego i jego druha, bo dalej notatki parafialne traktują
tylko o ślubach, chrzcinach i pogrzebach. Oczywiście rozwój wypadków jeszcze
bardziej rozbudził moją ciekawość, bo na dwa dni przed spaleniem Wetliny z
Krakowa w Bieszczady wyruszyła grupa wojewodzińskich żołnierzy, których
zadaniem było ukrócenie procederu prowadzonego na szkodę skarbu.
Po długich i żmudnych przeszukiwaniach
okolicznych zapisów z tego okresu znalazłem tylko jedną krótką notatkę sędziego
ziemskiego spod Sanoka, w której pojawia się określenie „bitwa pod Wetliną”.
Data tejże bitwy wypadała na tydzień przed krośnieńskim jarmarkiem. Zapewne
porzuciłbym moje poszukiwania dalszych danych na temat niezwykłej dwójki
rozrabiaków, gdyby nie zupełnie przypadkowa wizyta w bibliotece historycznej
uniwersytetu w Preszowie na Słowacji. Tam poza odpisem kroniki wetlińskiej
znalazłem kilka zbiorów notatek, listów czy diariuszy z okolicznych dworów i
klasztorów. Jeden ze szlachciców w swoim diariuszu opisywał wydarzenia z maja
1632 roku. Grupa wolmirczyków, czyli jakichś trzydziestu byłych żołnierzy,
czekało ukrytych w lesie gdy Zawilski i dwóch wojaków zatrzymało cały konwój.
Razem piętnaście wozów wina, przypraw, tkanin i soli! Cała grupa ubezpieczana
była przez dziesięciu kozaków o „smolonych, sumiastych wąsiskach, wygolonych
łbach i pooranych bliznami obliczach”. Kiedy przewodnik karawany poprosił o
okazanie książęcych pieczęci, lisowczyk rozwalił mu głowę szablą. Momentalnie z
lasu wypadli pozostali zbójcy i na polanie wywiązała się walka z kozakami i
węgierskimi kupcami. Byli żołnierze bili się tęgo i pomimo niewielkiej ilości
walczących, doświadczenie obu stron spowodowało przedłużenie się bitwy. Tracąc
siedmiu ludzi, podwładni Wolmirskiego po niemal godzinnym boju w końcu zdobyli
wozy i rozgonili pozostałych przy życiu Kozaków. Wszystkie bogactwa wpadły w
ręce bandy, która zaczęła dzielić łupy. Wolmirski i Zawilski postanowili
uciekać z wozem pełnym kosztowności, wina i tkanin, na południe, do
Siedmiogrodu. Po udanym napadzie grupa rozdzieliła się i jej przywódcy odeszli,
natomiast pozostała kompania udała się w kierunku Krakowa. Nie trudno się
domyślić, że zostali wysieczeni przez żołnierzy wojewody, którzy w ten sposób
wpadli na trop prawdziwych zbójów - pary najemników, o których było już
głośno w całym powiecie.
Pech chciał, że jako punkt ukrycia skarbów
wybrali Czerwony Klasztor w okolicach Preszowa, tam trafili na gagatków równych
sobie. Na co dzień spokojni zakonnicy nocami przywdziewali kirysy, przytraczali
szable i samopały, był łupić, palić i rabować w blasku księżyca.
W praktyce niczym nie różnili się od byłych lisowczyków. Kiedy więc
klasztorny patrol wypatrzył samotny wóz, rozpętała się walka. Pierwszych
czterech braciszków Wolmirski rozgonił osobiście, potem jedno koło od wozu
odpadło i uciekinierzy musieli się bronić na ziemi. W następnym ataku we dwóch
odparli kolejnych pięciu „zakonników”. Broniliby się tak do rana, gdyby nie
muszkiety, które dotarły do braci po kolejnej nieudanej próbie odbicia
wozu. Po kilku wystrzałach i szaleńczej walce na szable, w której padł kolejny
braciszek, Wolmirski i Zawilski leżeli martwi.
Świtało już, kiedy
bracia naprawili wóz i zagrzebali ciała lisowczyków. Z łupami wracali do
klasztoru, kiedy drogę zastąpił im zły, zmęczony pościg wojsk wojewodzińskich.
Jakże zdziwił się biskup, gdy pokazano mu zakonserwowane w miodzie głowy,
rzekomo należące do Zawilskiego i Wolmirskiego, a tak naprawdę należące do
mnichów z Czerwonego Klasztoru. Całą sprawę postanowił więc przemilczeć i
dlatego nagle urywa się korespondencja Przemyśla z Bieszczadami. Wojewoda
dopiął jednak swego, ponieważ handel bieszczadzki powrócił do normy, a jego
kiesa znów była pełna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz