wtorek, 23 lutego 2010

Yankee adventure t.1

Szuler uwielbiał bale i zawsze korzystał z zaproszeń. Przyszedł i tym razem. Powszechna opinia obiboka i lenia , który odziedziczył gigantyczny spadek została podtrzymana półtorej godzinnym opóźnieniem. Na bal przybył razem z Makiem. Ambasada Amerykańska była wspaniałym budynkiem. W jednym rogu marmurowej sali stała orkiestra grająca coś po cichu , naprzeciw stały stoły , a salę po brzegi wypełniali goście. Gdyby nie drobny incydent po drodze , Szuler przynajmniej raz nie spóźniłby się i przyszedł w białej koszuli. Pech chciał , że tym razem wpadł w szaro-brązowo-krwistej. Przyjaciółka Szulera od razu go znalazła i podeszła. Melanii zawsze się o wszystko martwiła. Niepotrzebnie.
-Co się stało- zaczęła przerażona .
-Nic w sumie-odpowiedział pośpiesznie Mak .
-Podszedł jakiś biedak , groził mi butelką , miał pecha , a ja pistolet- bąknął zniesmaczony Szuler.
-Co tym razem? -zapytała Melanii patrząc na wyraz twarzy Szulera. Zbyt dobrze znała to świdrujące spojrzenie szaro-niebieskich oczu. Coś przykuło niezdrową uwagę Szulera , a on chciał się tym pochwalić. Pod tym względem był jak mały kot. Podążyła wzrokiem za wyciągniętym bezceremonialnie palcem Szulera . Pokazywał na postawną kobietę w nieco zbyt obcisłej sukni. Na ramionach miała zarzucone boa , a pod ręką trzymała małego pieska , piesek nie wyglądał najlepiej. Żwawym krokiem Szuler ruszył ku kobiecie. Trzeba tu pewnie wspomnieć o hobby Szulera , które było jego drugim ulubionym zajęciem zaraz po grze w pokera. Chodzi tu o rozmowy z ludźmi. Szuler nie lubił ludzi , a gdy miał dobry humor rozmawiał z nimi , celem rozmowy było jednak wyszydzenie rozmówcy i finalne zmieszanie z błotem.
-Piękny wieczór , nieprawdaż? –zaczął ze swoim zwykłym rozbrajającym uśmieszkiem.
-Rzeczywiście- Widać kobieta pierwszy raz spotkała Szulera , nie uderzyła go bowiem w twarz na wstępie , jak to miały w swym zwyczaju wszystkie przedstawicielki płci pięknej po uprzednim spotkaniu z Szulerem.
-Pani reflektuje?- zapytał szarmancko i uniósł dwa kielichy z winem.
-Owszem
Etykieta panująca na takich balach bardzo pasowała Szulerowi. Jak zwykle ułożony i zdystansowany zachowywał się naturalnie pośród rzeszy sztucznych chamów .Szuler z natury był dżentelmenem. Nie znosił więc chamstwa , a niecodzienność i ekstrawagancja niezmiernie go intrygowały. Szuler lubił być intrygowany. Po kilku kielichach wina tańczył już z opasłą partnerką , a pod koniec balu ta uwiesiła się na nim tańcząc na samym środku parkietu. Szuler tylko na to czekał , upadł teatralnie , nieopatrznie rozpinając suknię i gorset kobiety. Pomógł jej wstać. Kobieta stała tyłem do reszty obecnych. Widzieli jej suknię zapiętą na ostatni guzik. Widzieli ciało opinane niemiłosiernie przez błyszczący materiał. Widzieli Wzrok Szulera błądzący po obrzydzonych i przestraszonych twarzach. Lekkie szarpnięcie za rękawiczkę. Guzik odpadł z trzaskiem, oswobodzone ciało wylało się z materiału. Wszyscy mogli teraz zobaczyć to , co Szuler dostrzegł na samym początku . Szeroki pas opinający niemal cały brzuch kobiety. Był to męski zwyczaj na tajenie mięśnia piwnego. Powszechnie uważany za straszliwy nietakt. Cała sala nawet nie próbowała taić chichotów , kobieta z płaczem wybiegła z sali , przy okazji potrąciła kelnera niosącego bezy czekoladowe. Wylądowała w morzu czekolady , ślizgała się chwilę , po czym kelner chciał jej pomóc , ale poślizgnął się na czekoladzie i runął na damę. Uderzył w sprzączkę od paska , który wystrzelił jak z procy , ponieważ naciągnięty był do granic możliwości. Uderzył w kryształowy żyrandol , który zachwiał się niebezpiecznie po czym z hukiem spadł na jedną z ław . Przy ławie stał Szuler. Ława runęła , a Szuler złapał ostatnią butelkę szampana. Popatrzył po zniszczonej zastawie , spojrzał na swoją „widownię”.
-Przynajmniej chochelka się nie rozbiła- powiedział wielce zadowolony , unosząc posrebrzaną chochlę do grogu.
O balu w ambasadzie rozmawiano jeszcze przez miesiąc po tym. Kobieta pochodziła z Nowego Yorku. Szuler przechadzał się po Londynie , zmierzając do swojej ulubionej herbaciarni przy Oxford street , gdy z zaułka wybiegło dwóch ubranych na roboczo mężczyzn i ogłuszyło Szulera.


Obudził się skrępowany i zakneblowany na statku. Wiedział to , ponieważ budynki raczej rzadko kiwają się miarowo z boku na bok. Otworzyły się drzwiczki na końcu kajuty , w której siedział . Wszedł marynarz , za nim kilku zbirów z pałkami.
-W końcu się obudziłeś. Płyniemy do Ameryki!
Szulera ścięło z nóg , ale zachował pokerową twarz.
-Nasza pracodawczyni kazała Cię przywieść do Nowego Yorku , ale wiesz co , strasznie nie lubię angoli. Dlatego zabijemy Cię tutaj.
Szulerowi udało się oswobodzić z knebla.
-zagrajmy o to.
-o co?
-o moje życie. W kości
-hahaha , chcesz grać z marynarzami w kości , rozumu nie masz?
-jesteście na z góry wygranej pozycji , a ja chce ostatni raz zagrać.
-Dobra , skoro tak bardzo chcesz, podoba mi się twój cylinder…

* * * *
Kiedy marynarze siedzieli w samych kalesonach , jako bezdomni bezrobotni Szuler przechadzał się po pokładzie. Dwa dni później zawijali już do portu. Statek powrotny miał płynąć za trzy tygodnie. Szuler miał więc trzy tygodnie na skompletowanie czterdziestu tysięcy funtów na bilet w królewskich warunkach. Szulerowi zaczęła podobać się ta przygoda.

Brak komentarzy: