Weszli wszyscy razem. Sześciu schludnie ubranych mężczyzn weszło do banku braci Foster. Gildia szulerów była niesłychanie drogą i ekskluzywną organizacją, toteż szefostwo wyznaczało częste napady, przekręty i szmugle swoim członkom. W końcu to oni byli w tym najlepsi. Numer 90 obstawił drzwi , miał najlepsze oko i dwa pistolety w wewnętrznych kieszeniach swojego płaszcza. Był deszczowy lipcowy wieczór. Wszyscy dżentelmeni byli przemoknięci, ubrani w płaszcze i kapelusze z szerokim rondem. Szli główną salą Numer 62 obezwładnił zbaranianego strażnika. Trzech pozostałych grzecznie poprosiło interesantów o wyjście. Numer 20 ubrany w czerwony płaszcz zaraz po wejściu ogłosił, że za chwilę dojdzie do napadu, część klientów wyszła, a niedowiarkowie byli właśnie wypraszani. Szuler z rozbrajającym uśmiechem podszedł do okienka kasjerki, po czym podał jej karteczkę następującej treści:
„Proszę nie panikować. Za chwilę może wpaść mafia. Dojdzie do rozlewu krwi, więc Pani grzecznie pójdzie ze mną do sejfu, który Pani otworzy i pozwoli moim kolegom wyjąć z niego wszystko czego będą potrzebowali. Z góry dziękuję za współpracę i życzę zdrowia
Szuler”
Kasjerka wyglądała na raczej rozbawioną.
-Proszę sobie nie robić głupich żartów .
-Ależ to nie żart. Proszę mnie zaprowadzić do sejfu.
Kasjerka chyba nie zdawała sobie sprawy z tego w jak poważne tarapaty wpadła . Otóż miała przed sobą dżentelmena, dla którego po miesiącach spędzonych na grze w pokera, gdzie stawką było najczęściej było życie, zabicie kogoś było niczym. Szuler, jako numer 75 dorobił się nawet własnego przydomka, "As Pik". Było tak dlatego, że jedyną podmienianą przez niego kartą był właśnie as pik, noszony także przy cylindrze.
Odmowa kobiety nie zdziwiła Szulera. Wyjął więc swojego ulubionego Colta i strzelił nim kobiecie w serce. Padła. Pozostali pracownicy pojęli szybko w jak poważnych są tarapatach, na tyle szybko, że po dziesięciu minutach Szuler i numer 20 szli z workami z pieniędzmi i diamentami przez ciemny korytarz pod bankiem. Nie zabrali oczywiście wszystkiego. Wystarczyło pięć milionów. Weszli do głównego hallu . Pozostali szulerzy zabawiali rozmową zakładników. Gdy Szuler i numer 20 weszli wstali ze swoich krzeseł i skierowali się ku wyjściu.
Nagle główne drzwi wejściowe rozwarły się, do środka wpadło szesnastu mężczyzn, z rewolwerami i z pałkami .
-To jest napad!
Mafiosi działali jak w zegarku. Równo o piątej wpadli do banku.
- Świetnie panowie! Strażnik leży w kącie, klucz jest w zamku od sejfu, jedna kasjerka leży martwa- powiedział numer 20 idąc cały czas do drzwi.
-Że co?
-No, normalnie, my właśnie skończyliśmy swój napad, teraz wy. Zostawcie trochę, z moich informacji wynika, że na ten sam dzień napad zaplanował Czarny Henry i jego ludzie. Powinni tu być-teraz numer 20 spojrzał na zegarek- dokładnie teraz.
Drzwi otworzyły się z trzaskiem.
-To jest napad!
Mafiosi całkowicie zbaranieli, Szuler i jego kompani szli do drzwi, a Czarny Henry nie wiedział co się właściwie dzieje. Dwudziestu mężczyzn z różną bronią kręciło się i nie wiedziało co zrobić. Szulerzy dochodzili już do drzwi, kiedy szef napadu mafii zatrzymał ich
–Co tu się właściwie kurwa dzieje?
-Już tłumaczę-odezwał się numer 86- Najpierw przyszliśmy my, mamy taką ilość pieniędzy, jaka była nam potrzebna. Nie mniej, nie więcej. Sejf zostawiliśmy otwarty, bo mieliście zaatakować po tym jak wyjdziemy. Tylko, że jedna taka zaczęła się stawiać i nie poszło tak jak miało iść, teraz leży sobie prawda pod ladą. Weszliście wy, my mieliśmy wyjść. A Henry wpadł i pewnie każe pozabijać wszystkich. Tylko ta jedna kasjerka wszystko zepsuła. No ale nic. Załatwimy to jak cywilizowani ludzie.
Padł strzał , to Henry wystrzelił, numer 86 osunął się na ziemię, trzymając za postrzelone ramię.
-Morda ! nikt nigdzie nie idzie, calutka kasa ma trafić do mojej torby!
Kolejny strzał. Tym razem członek mafii wystrzelił w Henrego. Chybił. Zaczęła się regularna bitwa. Ludzie Henrego strzelali zza kolumn, natomiast Mafiosi z pałami i siekierami osłaniani przez strzelców chcieli się do nich dostać lawirując między ławami i kolumnami. Szulerzy dalej stali i czekali aż wszystko trochę ucichnie.
Po chwili na podłodze gęsto było od trupów. Szulerzy wyszli spokojnie nikt nawet ich nie zatrzymywał. Na chwilę stanęli pod bankiem, by podzielić łupy sprawiedliwie. Numer 20 zabrał 4 miliony dla gildii, a milion oraz diamenty podzielili między siebie.
-Na pewno go zapaliłeś?
- Tak tak, zostawiłem trochę dłuższy lont, gdybym założył ten twój, to już byśmy nie żyli.
Ogromna eksplozja wywaliła drzwi do banku, oraz wszystkie szyby w okolicy. Po jakimś czasie na miejsce dotarła straż pożarna i policja. Akcję wyprowadzania poparzonych mafiosów, bankierów i oprychów Szuler obserwował z okna swojego mieszkania przy Oxford street. Raczył się herbatą prosto z Cejlonu .
„Proszę nie panikować. Za chwilę może wpaść mafia. Dojdzie do rozlewu krwi, więc Pani grzecznie pójdzie ze mną do sejfu, który Pani otworzy i pozwoli moim kolegom wyjąć z niego wszystko czego będą potrzebowali. Z góry dziękuję za współpracę i życzę zdrowia
Szuler”
Kasjerka wyglądała na raczej rozbawioną.
-Proszę sobie nie robić głupich żartów .
-Ależ to nie żart. Proszę mnie zaprowadzić do sejfu.
Kasjerka chyba nie zdawała sobie sprawy z tego w jak poważne tarapaty wpadła . Otóż miała przed sobą dżentelmena, dla którego po miesiącach spędzonych na grze w pokera, gdzie stawką było najczęściej było życie, zabicie kogoś było niczym. Szuler, jako numer 75 dorobił się nawet własnego przydomka, "As Pik". Było tak dlatego, że jedyną podmienianą przez niego kartą był właśnie as pik, noszony także przy cylindrze.
Odmowa kobiety nie zdziwiła Szulera. Wyjął więc swojego ulubionego Colta i strzelił nim kobiecie w serce. Padła. Pozostali pracownicy pojęli szybko w jak poważnych są tarapatach, na tyle szybko, że po dziesięciu minutach Szuler i numer 20 szli z workami z pieniędzmi i diamentami przez ciemny korytarz pod bankiem. Nie zabrali oczywiście wszystkiego. Wystarczyło pięć milionów. Weszli do głównego hallu . Pozostali szulerzy zabawiali rozmową zakładników. Gdy Szuler i numer 20 weszli wstali ze swoich krzeseł i skierowali się ku wyjściu.
Nagle główne drzwi wejściowe rozwarły się, do środka wpadło szesnastu mężczyzn, z rewolwerami i z pałkami .
-To jest napad!
Mafiosi działali jak w zegarku. Równo o piątej wpadli do banku.
- Świetnie panowie! Strażnik leży w kącie, klucz jest w zamku od sejfu, jedna kasjerka leży martwa- powiedział numer 20 idąc cały czas do drzwi.
-Że co?
-No, normalnie, my właśnie skończyliśmy swój napad, teraz wy. Zostawcie trochę, z moich informacji wynika, że na ten sam dzień napad zaplanował Czarny Henry i jego ludzie. Powinni tu być-teraz numer 20 spojrzał na zegarek- dokładnie teraz.
Drzwi otworzyły się z trzaskiem.
-To jest napad!
Mafiosi całkowicie zbaranieli, Szuler i jego kompani szli do drzwi, a Czarny Henry nie wiedział co się właściwie dzieje. Dwudziestu mężczyzn z różną bronią kręciło się i nie wiedziało co zrobić. Szulerzy dochodzili już do drzwi, kiedy szef napadu mafii zatrzymał ich
–Co tu się właściwie kurwa dzieje?
-Już tłumaczę-odezwał się numer 86- Najpierw przyszliśmy my, mamy taką ilość pieniędzy, jaka była nam potrzebna. Nie mniej, nie więcej. Sejf zostawiliśmy otwarty, bo mieliście zaatakować po tym jak wyjdziemy. Tylko, że jedna taka zaczęła się stawiać i nie poszło tak jak miało iść, teraz leży sobie prawda pod ladą. Weszliście wy, my mieliśmy wyjść. A Henry wpadł i pewnie każe pozabijać wszystkich. Tylko ta jedna kasjerka wszystko zepsuła. No ale nic. Załatwimy to jak cywilizowani ludzie.
Padł strzał , to Henry wystrzelił, numer 86 osunął się na ziemię, trzymając za postrzelone ramię.
-Morda ! nikt nigdzie nie idzie, calutka kasa ma trafić do mojej torby!
Kolejny strzał. Tym razem członek mafii wystrzelił w Henrego. Chybił. Zaczęła się regularna bitwa. Ludzie Henrego strzelali zza kolumn, natomiast Mafiosi z pałami i siekierami osłaniani przez strzelców chcieli się do nich dostać lawirując między ławami i kolumnami. Szulerzy dalej stali i czekali aż wszystko trochę ucichnie.
Po chwili na podłodze gęsto było od trupów. Szulerzy wyszli spokojnie nikt nawet ich nie zatrzymywał. Na chwilę stanęli pod bankiem, by podzielić łupy sprawiedliwie. Numer 20 zabrał 4 miliony dla gildii, a milion oraz diamenty podzielili między siebie.
-Na pewno go zapaliłeś?
- Tak tak, zostawiłem trochę dłuższy lont, gdybym założył ten twój, to już byśmy nie żyli.
Ogromna eksplozja wywaliła drzwi do banku, oraz wszystkie szyby w okolicy. Po jakimś czasie na miejsce dotarła straż pożarna i policja. Akcję wyprowadzania poparzonych mafiosów, bankierów i oprychów Szuler obserwował z okna swojego mieszkania przy Oxford street. Raczył się herbatą prosto z Cejlonu .
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz