czwartek, 25 lutego 2010

Wiosna , mój ty darling! Zima umiera!




Drugi tydzień ferii spędzam pod znakiem oglądania Top Gear , Czarnej Żmiji i Hałsa. Dochodzi do tego nauka na hiszpański i Szuler. Nie czytam , nie chce mi się. Wiosna z zadowoleniem przeszła się po okolicy i zajebała dużo śniegu. Czuć już jej mocne perfumy i widać wszędobylską nieśmiałą zieleń. Marzec zapowiada sie przesrany ze względu na nieuchronny sprawdzian z historii i hiszpański.


As Pik powoli staje sie juz tylko postacią w opowiadaniach o Szulerze. Odchodzi mi ochota na tworzenie czegoś nowego i cywilizowanego. Potrzebuję kopa , coś co zachęci mnie do działania. Ferie spędzam w domu gdzieś na końcu świata , gdzie nikt mi nie śmie przeszkadzać. Lubię samotność. Kiedy inni samemu wariują, ja mam się znakomicie. Twórcza atmosfera wokół. Może porobię zdjęcia? Ruszę na wyprawę po okolicznych lasach? Przespaceruję te pieprzone 17 kilometrów i do niedzieli będę zdychał znudzony nad książkami? Tak , to zdecydowanie dobry pomysł!


Móżdżku , co będziemy robić jutro?


To co zawsze idioto! Wyleżymy się do 10 , przeczytamy co słychac na świecie. Weźmiesz pióro do ręki , machniesz coś o Szulerze , skreślisz. Poprawisz , znowu skreślisz ,wieczorem przepiszesz. Wypijesz 3litry herbaty , pouczysz się na hiszpański , poczytasz historię i pójdziesz na spacer. Proste ?


Móżdżku?


Co znowu?


Ale to strasznie dużo roboty!


Coś musisz robić ! Rusz dupe! Załóż w końcu normalną kurtkę , arafatkę , kapelusz na łeb i zapierdalaj!






Tak oto Syzmon w ciągu niespełna 15 minut zmotywował sie do życia. To dziwne , ale na początku notki byłem sfrustrowany i zniechęcony , a tytuł brzmiał: "pieprzyć optymizm" , teraz jak widać , idę zrobić sobie herbatę.
(na zdjęciu ostatnie tchnienia tej zimy w moim ogrodzie)



Sencha z Bergamotką

środa, 24 lutego 2010

Yankee adventure t.2



Ameryka okazała się miejscem bardzo ciekawym. Ludzie zadowoleni wielce z siebie , skrajni patrioci. Mieli mnóstwo czasu dla siebie. Masy , prawdziwe masy robotników co dzień ruszały z i do fabryk. To nowoczesne codzienne życie Nowego Jorku Szuler oglądał ze swojego apartament w nowo wybudowanym wieżowcu. Pierwsza konstrukcja ze stali i betonu była brzydka , choć wzbudzała podziw. Szuler został przywieziony tutaj zaledwie trzy tygodnie temu , a już dysponował sporą sumką , dwoma mieszkaniami i parką niewolników. Znalazł nawet niezgorszą herbaciarnię. Prawie jak w domu. Nadał oczywiście telegram do Maka , że jest w Nowym Jorku , że zbierze trochę pieniędzy i wyrówna ostatecznie porachunki z tą grubą idiotką z balu.
Szuler znalazłszy się w miejscu tak przyciągającym wszelkiego rodzaju hazardzistów , poszukiwaczy przygód i byłych żołnierzy czuł się jak w raju. Każdy z nich bezgranicznie wierzył w swoje szczęście i grali do ostatniego grosza. Szuler w ciągu tych trzech tygodni zbył niezłą fortunkę. Z ponoć pewnego źródła dowiedział się , że gruba Amerykanka była mózgiem tutejszej mafijnej rodzinki. Jako , że szulerzy i mafia mieli ze sobą na pieńku , Szuler nie przegapiłby żadnej okazji by dopiec mafii , a zemsta na idiotce , tylko dodała smaczku. Mafia znana jest z tego , że zawsze obraca sporymi pieniędzmi. Tak było i tym razem. Pani Jones miała sporą szajkę poszukiwaczy złota i rabusiów na bogatym dzikim zachodzie. Stamtąd do cztery dni przyjeżdżał pociąg z jednym wagonem mieszkalnym i jednym pocztowym , wypełnionym złotem. Przygotowany do odparcia każdego ataku Indian był skrajnie trudnym celem. Szulerowi udało się znaleźć kilku pomagierów. Były to typy z pod czarnej gwiazdy , właśnie takich Szuler potrzebował. Jeden wielki czarny , bez przednich zębów, drugi biały z wrednym obliczem i szramą przez lewe oko , trzeci , typowy cowboy z zachodu. Tworzyli oni wybuchową mieszankę nazwaną przez Szulera przewrotnie miśkami. Mieli co cztery dni obserwować pewien odcinek torów biegnący w szczerym polu . Co cztery dni przejeżdżał tamtędy pociąg ze złotem , dokładnie o 16:35. Za każdym razem. Owo szczere pole było dokładnie w połowie drogi między Nowym Jorkiem , a stacją załadunku złota. Tam Szuler zaplanował napad. Wcześniej jednak odnalazł fabrykę Colta. Zamówił tam dwa ręcznie wykonane pistolety. Czarne rewolwery na naboje kapiszonowe dum-dum sprowadzane z Indii. Kaliber 0,75cala. Do lufy Szuler mógł włożyć mały palec. Odrzut był tak mocny , że zbir , który pewnego razu ukradł Szulerowi pistolet po strzale wybił sobie zęby. Nauka strzelania takim potworem nazwanym (tak tak) As Pik i drugim równie potężnym Asem Kier zajęła kolejny tydzień. Jednak teraz Szuler potrafił trafić w monetę z pięćdziesięciu kroków i dzięki cudownej amunicji rozbić ją w pył.
Czwarty tydzień pobytu w Stanach , wypadał piątek trzynastego Sierpnia. Kazał swoim zbirom kupić mały stolik , porcelanową zastawę i frak każdemu.

Przyjechał dzień wcześniej , zatrzymał się w knajpie w okolicy. Gdy przyszedł na miejsce , w którym miało dojść do zamachu , czekał już stolik , zaparzona herbat ,a miśki stali we frakach , trzymając w dłoniach pistolety i pałki. Pogoda dopisywała , pierzaste obłoki pędziły po idealnie niebieskim niebie. Nie to co w Londynie , gdzie niebieski można było dostrzec tylko jako kolor ubrań.
-Witam panowie , pogodę mamy piękną , Szrama ,jak z czasem?
- Szesnasta dwadzieścia szefie.
-Doskonale. Powiedzcie mi , jak będzie dwadzieścia sześć.
Szuler zasiadł do herbaty , przyniesiony przez siebie worek położył w nogach stolika. Miśki grali na suchej trawie w karty. Doszła dwadzieścia sześć. Szuler wstał , a z worka wyjął małą łaskę dynamitu. Pogrzebał głębiej w worku i wyjął lont z etykietką „3 minuty”. Położył dwie połączone lontem laski na środku torów , zapalił lont i wrócił do herbaty. Po chwili nadjeżdżał pociąg. Zatrąbił przeciągle na widok ludzi przy torach. Szuler wyjął zegarek z wewnętrznej kieszeni Fraka, każdy jego gest był przeciągły i teatralny.
-Już za chwilę.
Odszedł parę kroków.
-Phhhhhhhhh -zasyczał przez zęby.
Lokomotywa wjechała na dynamit , Eksplozja poderwała jej przód do góry , pociąg upadł tak , że roztrzaskał stolik, natomiast wagon z pieniędzmi rył ziemię , aż do momentu , gdy zatrzymał się przed oczami Szulera. Opadł pył i dym , Szuler popatrzył na miśki. Stali z otwartymi szeroko ustami.
-Jak pan to? Jak ja…
- Weźcie łomy panowie i otwórzcie wagon , potem ja sobie wejdę i zabiorę to , co mi jest potrzebne , a wy róbcie sobie co chcecie.
-Dobrze szefie.
Czarny wyłamał drzwi , po czym starając się wyglądać jak paź zaprosił gestem Szulera do środka. Ten wszedł do środka, wyrzucił ciało strażnika i wybrał równe czterdziećsi tysięcy dolarów gotówką. Po czym wyszedł , a miśki rzuciły się naszłaby złota . Byli jak zwierzęta , pierwszy raz widzące jedzenie. Szuler odszedł jeszcze kilka kroków i popatrzył na zegarek. W wagonie zostawił drugi dynamit. Nic nie miał do miśków , po prostu został mu jeden dynamit i pięciominutowy lont. Znając życie , kiedy miśki przechlałyby cała kasę , przyszliby do
Szulera po kolejne zadania. Niestety , Szuler był strasznym egoistą.
Eksplozja rozerwała wagon na kawałeczki , a kilka kawałków złota upadło obok Szulera.



Wyważył drzwi kopniakiem , zastrzelił odźwiernego i lokaja. Wszedł szybkim krokiem do pokoju, Sarah Jones jadła właśnie obiad , drugi zapewne .
-Puk puk.
-Co ty tu robisz , miałeś nie żyć - z niekrytym przerażeniem krzyknęła kobieta .
-Cwana ze mnie sztuka i tyle. Mściwa , ale cwana.
Skrupuły umarły w Szulerze dawno , dawno temu , przywykł do wszechobecnej śmierci , a zwłoki nie wzbudzały w nim odrazy. Być może było to skutkiem urazu , gdy jego matka pracując w przędzalni zabrała go , by pokazać szefowi i sprawdzić , czy nadaje się do roboty. Na oczach dziewięciolatka podeszła do parowego silnika przędzarki , chciała poprawić nić ,a przędzarka ruszyła . Najpierw ucięła matce rękę , po czym wciągnęła resztę , pocięła ją i przeżuła . W ten sposób Szuler trafił do sierocińca. Ale dość o jego przeszłości.
Stał na środku salonu i celował do grubej kobiety. Wystrzelił ,a pocisk dum-dum urwał jej głowę , roztrzaskał szyję , a ręce wisiały na strzępach skóry. Ręka bolała go już od odrzutu. Trzy strzały w ciągu dwóch minut , to trochę za dużo.
Wyszedł z apartamentu , zupełnie przypadkiem znajdującego się naprzeciw mieszkania Szulera , zabrał walizki drogich alkoholi , broni i talię kart i ruszył dziarskim krokiem ku portowi. Pora wracać do kochanej Anglii
God save the Queen!

wtorek, 23 lutego 2010

Yankee adventure t.1

Szuler uwielbiał bale i zawsze korzystał z zaproszeń. Przyszedł i tym razem. Powszechna opinia obiboka i lenia , który odziedziczył gigantyczny spadek została podtrzymana półtorej godzinnym opóźnieniem. Na bal przybył razem z Makiem. Ambasada Amerykańska była wspaniałym budynkiem. W jednym rogu marmurowej sali stała orkiestra grająca coś po cichu , naprzeciw stały stoły , a salę po brzegi wypełniali goście. Gdyby nie drobny incydent po drodze , Szuler przynajmniej raz nie spóźniłby się i przyszedł w białej koszuli. Pech chciał , że tym razem wpadł w szaro-brązowo-krwistej. Przyjaciółka Szulera od razu go znalazła i podeszła. Melanii zawsze się o wszystko martwiła. Niepotrzebnie.
-Co się stało- zaczęła przerażona .
-Nic w sumie-odpowiedział pośpiesznie Mak .
-Podszedł jakiś biedak , groził mi butelką , miał pecha , a ja pistolet- bąknął zniesmaczony Szuler.
-Co tym razem? -zapytała Melanii patrząc na wyraz twarzy Szulera. Zbyt dobrze znała to świdrujące spojrzenie szaro-niebieskich oczu. Coś przykuło niezdrową uwagę Szulera , a on chciał się tym pochwalić. Pod tym względem był jak mały kot. Podążyła wzrokiem za wyciągniętym bezceremonialnie palcem Szulera . Pokazywał na postawną kobietę w nieco zbyt obcisłej sukni. Na ramionach miała zarzucone boa , a pod ręką trzymała małego pieska , piesek nie wyglądał najlepiej. Żwawym krokiem Szuler ruszył ku kobiecie. Trzeba tu pewnie wspomnieć o hobby Szulera , które było jego drugim ulubionym zajęciem zaraz po grze w pokera. Chodzi tu o rozmowy z ludźmi. Szuler nie lubił ludzi , a gdy miał dobry humor rozmawiał z nimi , celem rozmowy było jednak wyszydzenie rozmówcy i finalne zmieszanie z błotem.
-Piękny wieczór , nieprawdaż? –zaczął ze swoim zwykłym rozbrajającym uśmieszkiem.
-Rzeczywiście- Widać kobieta pierwszy raz spotkała Szulera , nie uderzyła go bowiem w twarz na wstępie , jak to miały w swym zwyczaju wszystkie przedstawicielki płci pięknej po uprzednim spotkaniu z Szulerem.
-Pani reflektuje?- zapytał szarmancko i uniósł dwa kielichy z winem.
-Owszem
Etykieta panująca na takich balach bardzo pasowała Szulerowi. Jak zwykle ułożony i zdystansowany zachowywał się naturalnie pośród rzeszy sztucznych chamów .Szuler z natury był dżentelmenem. Nie znosił więc chamstwa , a niecodzienność i ekstrawagancja niezmiernie go intrygowały. Szuler lubił być intrygowany. Po kilku kielichach wina tańczył już z opasłą partnerką , a pod koniec balu ta uwiesiła się na nim tańcząc na samym środku parkietu. Szuler tylko na to czekał , upadł teatralnie , nieopatrznie rozpinając suknię i gorset kobiety. Pomógł jej wstać. Kobieta stała tyłem do reszty obecnych. Widzieli jej suknię zapiętą na ostatni guzik. Widzieli ciało opinane niemiłosiernie przez błyszczący materiał. Widzieli Wzrok Szulera błądzący po obrzydzonych i przestraszonych twarzach. Lekkie szarpnięcie za rękawiczkę. Guzik odpadł z trzaskiem, oswobodzone ciało wylało się z materiału. Wszyscy mogli teraz zobaczyć to , co Szuler dostrzegł na samym początku . Szeroki pas opinający niemal cały brzuch kobiety. Był to męski zwyczaj na tajenie mięśnia piwnego. Powszechnie uważany za straszliwy nietakt. Cała sala nawet nie próbowała taić chichotów , kobieta z płaczem wybiegła z sali , przy okazji potrąciła kelnera niosącego bezy czekoladowe. Wylądowała w morzu czekolady , ślizgała się chwilę , po czym kelner chciał jej pomóc , ale poślizgnął się na czekoladzie i runął na damę. Uderzył w sprzączkę od paska , który wystrzelił jak z procy , ponieważ naciągnięty był do granic możliwości. Uderzył w kryształowy żyrandol , który zachwiał się niebezpiecznie po czym z hukiem spadł na jedną z ław . Przy ławie stał Szuler. Ława runęła , a Szuler złapał ostatnią butelkę szampana. Popatrzył po zniszczonej zastawie , spojrzał na swoją „widownię”.
-Przynajmniej chochelka się nie rozbiła- powiedział wielce zadowolony , unosząc posrebrzaną chochlę do grogu.
O balu w ambasadzie rozmawiano jeszcze przez miesiąc po tym. Kobieta pochodziła z Nowego Yorku. Szuler przechadzał się po Londynie , zmierzając do swojej ulubionej herbaciarni przy Oxford street , gdy z zaułka wybiegło dwóch ubranych na roboczo mężczyzn i ogłuszyło Szulera.


Obudził się skrępowany i zakneblowany na statku. Wiedział to , ponieważ budynki raczej rzadko kiwają się miarowo z boku na bok. Otworzyły się drzwiczki na końcu kajuty , w której siedział . Wszedł marynarz , za nim kilku zbirów z pałkami.
-W końcu się obudziłeś. Płyniemy do Ameryki!
Szulera ścięło z nóg , ale zachował pokerową twarz.
-Nasza pracodawczyni kazała Cię przywieść do Nowego Yorku , ale wiesz co , strasznie nie lubię angoli. Dlatego zabijemy Cię tutaj.
Szulerowi udało się oswobodzić z knebla.
-zagrajmy o to.
-o co?
-o moje życie. W kości
-hahaha , chcesz grać z marynarzami w kości , rozumu nie masz?
-jesteście na z góry wygranej pozycji , a ja chce ostatni raz zagrać.
-Dobra , skoro tak bardzo chcesz, podoba mi się twój cylinder…

* * * *
Kiedy marynarze siedzieli w samych kalesonach , jako bezdomni bezrobotni Szuler przechadzał się po pokładzie. Dwa dni później zawijali już do portu. Statek powrotny miał płynąć za trzy tygodnie. Szuler miał więc trzy tygodnie na skompletowanie czterdziestu tysięcy funtów na bilet w królewskich warunkach. Szulerowi zaczęła podobać się ta przygoda.

piątek, 19 lutego 2010

Napad!


     Weszli wszyscy razem. Sześciu schludnie ubranych mężczyzn weszło do banku braci Foster. Gildia szulerów była niesłychanie drogą i ekskluzywną organizacją, toteż szefostwo wyznaczało częste napady, przekręty i szmugle swoim członkom. W końcu to oni byli w tym najlepsi. Numer 90 obstawił drzwi , miał najlepsze oko i dwa pistolety w wewnętrznych kieszeniach swojego płaszcza. Był deszczowy lipcowy wieczór. Wszyscy dżentelmeni byli przemoknięci, ubrani w płaszcze i kapelusze z szerokim rondem. Szli główną salą Numer 62 obezwładnił zbaranianego strażnika. Trzech pozostałych grzecznie poprosiło interesantów o wyjście. Numer 20 ubrany w czerwony płaszcz zaraz po wejściu ogłosił, że za chwilę dojdzie do napadu, część klientów wyszła, a niedowiarkowie byli właśnie wypraszani. Szuler z rozbrajającym uśmiechem podszedł do okienka kasjerki, po czym podał jej karteczkę następującej treści:


„Proszę nie panikować. Za chwilę może wpaść mafia. Dojdzie do rozlewu krwi, więc Pani grzecznie pójdzie ze mną do sejfu, który Pani otworzy i pozwoli moim kolegom wyjąć z niego wszystko czego będą potrzebowali. Z góry dziękuję za współpracę i życzę zdrowia
Szuler”

    Kasjerka wyglądała na raczej rozbawioną.
-Proszę sobie nie robić głupich żartów .
-Ależ to nie żart. Proszę mnie zaprowadzić do sejfu.
Kasjerka chyba nie zdawała sobie sprawy z tego w jak poważne tarapaty wpadła . Otóż miała przed sobą dżentelmena, dla którego po miesiącach spędzonych na grze w pokera, gdzie stawką było najczęściej było życie, zabicie kogoś było niczym. Szuler, jako numer 75 dorobił się nawet własnego przydomka, "As Pik". Było tak dlatego, że jedyną podmienianą przez niego kartą był właśnie as pik, noszony także przy cylindrze.
Odmowa kobiety nie zdziwiła Szulera. Wyjął więc swojego ulubionego Colta i strzelił nim kobiecie w serce. Padła. Pozostali pracownicy pojęli szybko w jak poważnych są tarapatach, na tyle szybko, że po dziesięciu minutach Szuler i numer 20 szli z workami z pieniędzmi i diamentami przez ciemny korytarz pod bankiem. Nie zabrali oczywiście wszystkiego. Wystarczyło pięć milionów. Weszli do głównego hallu . Pozostali szulerzy zabawiali rozmową zakładników. Gdy Szuler i numer 20 weszli wstali ze swoich krzeseł i skierowali się ku wyjściu.
Nagle główne drzwi wejściowe rozwarły się, do środka wpadło szesnastu mężczyzn, z rewolwerami i z pałkami .
-To jest napad!
Mafiosi działali jak w zegarku. Równo o piątej wpadli do banku.
- Świetnie panowie! Strażnik leży w kącie, klucz jest w zamku od sejfu, jedna kasjerka leży martwa- powiedział numer 20 idąc cały czas do drzwi.
-Że co?
-No, normalnie, my właśnie skończyliśmy swój napad, teraz wy. Zostawcie trochę, z moich informacji wynika, że na ten sam dzień napad zaplanował Czarny Henry i jego ludzie. Powinni tu być-teraz numer 20 spojrzał na zegarek- dokładnie teraz.
Drzwi otworzyły się z trzaskiem.
-To jest napad!
    Mafiosi całkowicie zbaranieli, Szuler i jego kompani szli do drzwi, a Czarny Henry nie wiedział co się właściwie dzieje. Dwudziestu mężczyzn z różną bronią kręciło się i nie wiedziało co zrobić. Szulerzy dochodzili już do drzwi, kiedy szef napadu mafii zatrzymał ich
–Co tu się właściwie kurwa dzieje?
-Już tłumaczę-odezwał się numer 86- Najpierw przyszliśmy my, mamy taką ilość pieniędzy, jaka była nam potrzebna. Nie mniej, nie więcej. Sejf zostawiliśmy otwarty, bo mieliście zaatakować po tym jak wyjdziemy. Tylko, że jedna taka zaczęła się stawiać i nie poszło tak jak miało iść, teraz leży sobie prawda pod ladą. Weszliście wy, my mieliśmy wyjść. A Henry wpadł i pewnie każe pozabijać wszystkich. Tylko ta jedna kasjerka wszystko zepsuła. No ale nic. Załatwimy to jak cywilizowani ludzie.
Padł strzał , to Henry wystrzelił, numer 86 osunął się na ziemię, trzymając za postrzelone ramię.
-Morda ! nikt nigdzie nie idzie, calutka kasa ma trafić do mojej torby!
Kolejny strzał. Tym razem członek mafii wystrzelił w Henrego. Chybił. Zaczęła się regularna bitwa. Ludzie Henrego strzelali zza kolumn, natomiast Mafiosi z pałami i siekierami osłaniani przez strzelców chcieli się do nich dostać lawirując między ławami i kolumnami. Szulerzy dalej stali i czekali aż wszystko trochę ucichnie.


   Po chwili na podłodze gęsto było od trupów. Szulerzy wyszli spokojnie nikt nawet ich nie zatrzymywał. Na chwilę stanęli pod bankiem, by podzielić łupy sprawiedliwie. Numer 20 zabrał 4 miliony dla gildii, a milion oraz diamenty podzielili między siebie.
-Na pewno go zapaliłeś?
- Tak tak, zostawiłem trochę dłuższy lont, gdybym założył ten twój, to już byśmy nie żyli.
    Ogromna eksplozja wywaliła drzwi do banku, oraz wszystkie szyby w okolicy. Po jakimś czasie na miejsce dotarła straż pożarna i policja. Akcję wyprowadzania poparzonych mafiosów, bankierów i oprychów Szuler obserwował z okna swojego mieszkania przy Oxford street. Raczył się herbatą prosto z Cejlonu .

czwartek, 18 lutego 2010

Feryjnie

Powróciłem z szoppingu. Tym razem zawitałem w Housie , Croppie i Top Secrecie.
House wprowadził niesamowitą nową kolekcję. Najbardziej do gustu przypadły mi marynarki , kurtki i jak zawsze koszule. Tym razem także graficy się postarali i nadruki na T-shirtach są obłędne , takie w sam raz dla mnie. Pojedyncze zwariowane kreski , czarno-białe twarze , po prostu obłęd. ALE materiał jest co najwyżej średni , a sam nadruk tak nietrwały , że z niektórych modeli można go zetrzeć palcem. Następnym razem będę musiał przyjrzeć się bojówkom , gdyż moje mi się już znudziły i pora je wymienić.
Cropp- nie mam właściwie nic do powiedzenia.
Kurtki- żałosne , bluzy- żałosne, –buty- no coment , koszule – nie ma się czego czepić , T-shirty - bez rewelacji. Jedyną ciekawą propozycją okazała się arafatka.
Top Secret Nooo , tutaj to mi się bardzo spodobało. Po pierwsze już na wejściu zobaczyłem cud-dziewczynę , po drugie za cud dziewczyną wisiał bardzo fajny płaszcz. Mogłem więc bez problemu zerkać to na nią , to zachwycać się płaszczem. Płaszcz niby nic nadzwyczajnego –ot zwykły długi pagony , guziki takie tam. Wyglądał zajebiście z moim kapeluszem i glanami. Dokładnie tego potrzebuję na wiosnę! Drżącą z ekstazy ręką sięgam do ceny. 339 zł.
I nawet usilne błaganie mojej rodzicielki nie pomogło , gdy padła ta cena. W końcu uznaliśmy , że do 17 latka płaszcz jak dla adwokata nie pasuje…
Ale pasował! Niestety mój skromny budżet po odliczeniu różnych wydatków nie pokrywał nawet połowy zatrważającej ceny super-płaszcza. Ech

Ferie mijają pod znakiem rodziny , która właśnie mnie opuściła. Większość czasu wraz z kuzynem spędziliśmy przy Spore.
Gra ciekawa , fajna i super zrobiona i pomyślana. Z grubsza chodzi w niej o to , że tworzymy własne stworzonko , prowadzimy je przez kolejne epoki , by wkońcu zasiedlać całą masę planet. Spore zrobił Maxis , czyli firma od Simsów. Muzyka zawiodła mnie totalnie i całkowicie. Oprawa dźwiękowa jako taka jest… znośna. Grafika nie pasuje do mojegu gustu. Ja staram się zrobić chamskiego potwora , pożerającego wszystko na swej drodze , a kreator stworów nadaje mym szatańskim myślom kształt co groźniejszego pluszaka. Gra niesamowicie grywana. Można przy niej spędzić bite 6 godzin i się nie znudzi. W pewnym jednak momencie staje się monotonna , co mnie odpycha. W skali od 1 do 10 daje 6 gwiazdek. Psuje głównie muzyka , a właściwie jej brak i słodka grafika.
Assam Assam!

sobota, 13 lutego 2010

Sto lat

Dziś Syzmonowe urodziny. 17ste tym razem. Jak zwykle pełne pustych życzeń ludzi , dla którcyh mógłbym nie żyć , nienawidzę tego. Miałem nawet imprezę , w dość ogólnym znaczeniu tego słowa. Wpadł bowiem przyjaciel i jego dziewczyna , była herbata , słodycze poker i trochę śmiechu.
Osobiście nie przepadam za urodzinami , zwłaszcza swoimi. Bo co to wogle za okazja? Dać komuś pieniądze , tylko za to , że przeżył 17 lat i nie wpadł pod samochód. Chociaż każdy powód by dać Syzmonowi pieniądze jest dobry...
Z życzeniami nie trafił chyba nikt , tak więc zamieszczam tu listę tego co tak naprawdę Syzmon sobie życzy:
conajmniej 90 lat
cały ten czas zdrowej wątroby , nerek , serca , mózgu i płuc
kupy kasy , którą zarobię tak , że sie nie orobię
plantacji herbaty w Japonii i na Cejlonie
setki niewolników , którzy tam będą pracować
astona DB9
Asa Pik
by Szuler przeżył
utopijnej władzy w kraju nad Wisłą
dużo herbaty

Amen!

piątek, 12 lutego 2010

0.o

Szyja przestała mnie napierdalać. Nie dawała mi spać i myśleć przez ostatnie kilka dni. Zaczynam ferie zdrowy na ciele , a na umyśle jak zwykle.

wtorek, 9 lutego 2010

Pierwsze rozdanie





     Pierwsze promienie czerwcowego poranka przebijały się przez zasłony w sypialni Szulera. Skończyła się wiosna, a z nią wiosenne deszcze. Zaczyna się lato. Najgorsza pora roku w tym przeklętym mieście, jeśli można tu mówić o porach złych i gorszych. W każdym razie zaczyna się lato, a z nim letnie ulewy, dochodzi do tego zaduch, gorąco i wszędobylskie muszki. Szulera obudziło pukanie do drzwi. Powtarzało się wystukując ciągle ten sam wyrok, wstanie z łóżka. Udawanie snu spełzło na niczym, szczelne owijanie się kocem nie pomagało.

    -Wchodź!- Szuler przełamał się w końcu i zawył spod poduszki.
-Gdybym wiedział, że jest otwarte…-To był głos Maka, złoty człowiek, zawsze można było na nim polegać, szczególnie ostatnio.
-Zawsze jest otwarte.
-Człowieku, wiem że jesteś bogaty, ale to czasem przegięcie, bo po co komu rękopis Boskiej Komedii?
-Wygrałem.
-Albo dwie szkatułki inkaskiego złota?
-Wygrałem.
-Albo… do diabła , czy to jest armata?
Szuler dźwignął się na łokciach. Rzeczywiście ciężko było wszystkie wygrane pomieścić w mieszkaniu w londyńskiej kamienicy, jednak tutaj nikomu nie przyszłoby do głowy szukać jego skarbca, a złodzieje poginęliby na zmyślnych pułapkach w sejfie, szafach i na schodach.
-Kto by pomyślał, że diuk Wellington, to numer 93?
-Człowieku, kiedy ty ostatnio awansowałeś?
-Miesiąc temu. Teraz jestem numer 90.
     Mak przechadzał się po pokojach i podziwiał „zdobycze” Szulera. To niesamowite co ludzie postanawiają zastawić w zamian za jeszcze jedną grę. Po niemal godzinie spędzonej na rozszyfrowywaniu „Boskiej Komedii” Mak doczekał się świętego momentu, gdy Szuler umyje się, ubierze, dobierze zegarek do marynarki, rewolwer do zegarka, sygnety do rewolweru i założy cylinder na głowę. Po miesiącu ciszy dzisiaj Szuler grał o miejsce 89. Każdy w gildii znał tylko numer przed sobą i wszystkie numery za sobą. Tylko numer 1 znał cały skład osobowy gildii.
- Masz je?
- Już myślałem , że nie spytasz. Oczywiście, że mam.
Mak wyciągnął z kieszeni małe hebanowe puzderko i podał je Szulerowi. Ten z namaszczeniem wyjął z puzderka talię kart. Przetasował, przeliczył. Wszystko się zgadzało. Szuler jakiś czas temu zamówił specjalną talię kart, wykonanych z masy perłowej . Wyglądały jak te normalne, kartonikowe, tyle, że były niemal niezniszczalne i można było przyklejać ukradkiem inne figury. Oczywiście cała talia była znaczona. Szuler płynnym ruchem wyjął pierwszą z brzegu kartę. As pik. "Co za zbieg okoliczności". Uśmiechnął się pod nosem nieznacznie, schował ją do rękawa tak samo zrobił z pięcioma innymi duplikatami. Gdy wyszli świeciło słońce, udali się więc na śniadanie do swojej ulubionej herbaciarni przy Oxford street.


     Była już trzecia w nocy, lało jak z cebra, Szuler wyjął złoty zegarek, sprawdził godzinę. Numeru 89 nie było. Numer 91 siedział pod daszkiem. Niestety najwyższy numer wybierał miejsce gry. Krople deszczu spływały po szerokim kapeluszu Szulera, spływały na ramiona ciężkiego płaszcza i sprawiały, że Szuler dygotał z zimna. W końcu przyszedł. Niski, żółty, w dziwnie wykrojonym surducie, z kataną przy boku. Numer 89 pochodził z Japonii.
- Panowi, nie czekaj-cie tu na moja! Wchodzić do środka szybko, szybko.
Kultura wymagała czekać na żółtka pod lokalem, a on przychodzi i mówi, że nie trzeba było?! Sprawdza 91, to pewne. Zasiedli w przytulnej knajpce także wybranej przez pana Mizuko. Przy stoliku , na którym mieli grać siedział już jeden typ. Na stole leżała myśliwska dwulufowa fuzja, a na strzelbie gazeta. Czasem Szulerowi wydawało się, że należy raczej do gildii morderców niż do stowarzyszenia dżentelmenów po prostu uzależnionych od hazardu. Zaczęli, jak wyszło w rozmowie, dżentelmen ze strzelbą to numer 92. W rogu pomieszczenia siedział Mak.
     Prawo gildii szulerów mówi jasno, że gracz przyłapany na oszustwie podczas gry może zostać zaatakowany bez ostrzeżenia, ale ma prawo się bronić. Gra toczyła się szybko. Szuler zgarnął niemal cały majątek 91, natomiast pan Mizuko wszystko co było Szulera i 92. W pewnym momencie 92 położył 6 kart. Japoniec błyskawicznie wyszarpnął katanę, przeciął nią gardło 92 wyszarpującego rewolwer z wewnętrznej kieszeni marynarki. Co zdumiało Szulera, to to, że nie zdążył nawet sięgnąć po własną broń, a reakcje miał bardzo szybkie, kiedy szło o dużo kasy.

     Jak gdyby nigdy nic grali dalej. W pewnym momencie 91 nie wytrzymał napięcia, podziękował więc za grę. Nie miał już wstępu do pierwszej setki gildii. Nigdy. Owszem, był dalej członkiem gildii, ale spadał automatycznie na pozycje pięciokrotnie niższą. Szuler grał ze zmiennym szczęściem. Raz wygrywał raz przegrywał. Zdecydował zdemaskować mistrzowskie podmiany japończyka. Niby niechcący potrącił puchar z winem na garnitur oponenta, wino nie wniknęło w materiał, ściekło po powierzchni czarnych kart, przypiętych pod spodem. Szuler kopnął z całej siły stół. Katana przeszła przez drewno jak przez masło. Stół się rozpadł, ale Mak był szybszy. Miał przy sobie broń. Strzelił do żółtka zanim ten skoczył na Szulera. Który poprawił strzałem z Colta.

     Obudził się następnego dnia rano. Obok leżał wyczyszczony i nabity pistolet, oraz plejada filiżanek po herbacie. Szuler był znów do przodu o kolejne 150 tysięcy funtów i nieruchomości wszystkich poległych. Ciężko uwierzyć jakie sumy musiały być brane pod uwagę w pierwszej dziesiątce? I to wszystko pod samym nosem królowej.

      Za zarobione pieniądze postanowił kupić sobie nowe mieszkanie. Wybór padł na lokal przy Oxford Street. Przy okazji zakupił też herbaciarnię mieszczącą się na parterze nowego mieszkanka. Przeniósł też główną część skarbca daleko poza Londyn

sobota, 6 lutego 2010

Żonglując rewolwerami

     Wyszedł w mgliste uliczki południowego Londynu. Słońce zaszło dawno temu, ale tutaj latarnie gazowe zapalali dopiero około północy, by stróże prawa mogli spokojnie stać w świetle, nie bojąc się wszędobylskich zbirów. Szedł mijając przechodniów śpieszących się do domu z fabryk. Mijał żebraków, sieroty, ocierał się o przechodniów, po każdym w ręce zostawał mu nowy zegarek, portfel lub pamiątkowy wisiorek. Przechodnie nie zwracali uwagi na wystrojonego w cylinder i palto jegomościa idącego pośród biednej klasy pracującej. Tej nocy miał rozegrać kolejną partię pokera, tym razem w pubie Montyego. Zapukał w umówiony sposób, wykidajło otworzył drzwi i z ogładą goryla powitał znakomitego gościa. Szuler zostawił mu cylinder. Usadowił się wygodnie przy swoim stoliku, barman przyniósł mu trzy kieliszki i wspaniałe czerwone wino, rocznik ’49 . Nie musiał długo czekać , aż przyszli pozostali , równie szykownie ubrani, jeden z nich miał monokl, natomiast drugi nie zdjął cylindra, "co za brak manier" Bez zbędnych wstępów, darząc się chłodnym szacunkiem usiedli i zaczęli grać. W gildii szulerów był zwyczaj walk pomiędzy kolejnymi graczami z listy uzupełnianej co tydzień. Wymagała ona ciągłych zmian ponieważ do gildii należało ponad sześciuset członków z całego Londynu i okolic. Walka polegała na rozegraniu kolejnych partii pokera, członek gildii, który został spłukany uznawany był za przegranego w pojedynku i spadał o określona liczbę miejsc na liście. Zwycięzca zajmował wtedy miejsce przegranego, członkowie gildii musieli stawać do pojedynków przynajmniej raz w tygodniu, jeśli zostali o to poproszeni. Była też zasada, że jeśli członek gildii ginął, to ostatni który z nim grał zajmował jego pozycję. Ta bezwzględna zasada wykorzystywana była tylko wśród pierwszej setki, która bezwzględnie między sobą rywalizowała. Nasz bohater miał miejsce 101 i grał z numerami 100 i 98.

     Kolejne partie mijały spokojnie , raz wygrywał raz przegrywał.Ostatnie rozdanie. W puli było też mieszkanie numeru 100 , ponad dziesięć tysięcy funtów, konie numeru 98 i kolekcja zegarków ukradzionych przez Szulera. Przyszły dziesięć pik, walet pik, dama pik, król pik i dziewiątka trefl. Do szczęścia brakowało tylko Asa Pik. Zaryzykował. Powoli schował dziewiątkę do rękawa i wyjął swojego Asa, który zawsze mu towarzyszył . Zagrał va banque i sprawdził. Jego poker pików kontra kareta asów numeru 100 i kareta króli numeru 98. Wszyscy popatrzyli po sobie widząc dwa asy i dwóch króli pik, nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć już każdy celował do każdego z pistoletu. Szuler z pojedynkowych olbrzymów celował w głowy 98 w cylindrze i 100 w monoklu. Numer 100 przystawił do głowy Szulerowi Rewolwer Le manta, a 98 swoim Coltem 1846 celował to w Szulera, to w 100.

     Goście Montyego przywykli do ciągłych walk między szulerami i nie zwrócili nawet uwagi na trzech dżentelmenów mierzących do siebie przy stoliku w rogu knajpy. Topili tylko swoje utytłane sadzą i smarem smutki fabrycznego życia w ciemnym piwie. Monty był znany w całym Londynie jako najlepszy pub, piwo nie było chrzczone, a kosztowało niewiele. Ludzie bali się tam przychodzić ze względu na częste walki członków gildii, z których Monty miał 30% .

     Siedząc tak we trzech mierzyli do siebie. Nikomu na twarzy nie poruszył się nawet jeden mięsień.Dwa wystrzały i kule odłamkowe posiłkowane zbyt dużą ilością prochu zmiotły z powierzchni ziemi głowy numerów 98 i 100. Pistolety pojedynkowe wygrane swoją drogą przez Szulera w poprzedniej grze nie nadawały się już do niczego. Ogromne kule pozbyły się głów przeciwników, rozerwały lufy, a odłamki raniły jednego z gości i ze świstem odbijały się od mebli, sufitu i ścian. Po wypłaceniu odszkodowania rannemu w postaci stadniny koni i oddaniu 30% zysków Montyemu, Szuler szukał wzrokiem wykidajły.
-Czy mogę prosić o cylinder?- zapytał.
-Nie teraz- burknął i zajął się sprzątaniem ciała z taką miną, jak gdyby była to jakaś kara .Szuler rozzłoszczony podszedł i z całej siły uderzył głową sprzątającego w podłogę i przystawił do niej pistolet.
-Kiedy ja o coś proszę, to nie pytam czy mogę, tylko się tego domagam, więc na przyszłość gdy ja coś chcę to masz rzucić wszystko i od razu lecieć do mnie z cylindrem, w przeciwnym wypadku będę musiał napisać do twojej matki w zoo, że zginął jej jedyny ludzki potomek!
-Niech pan mu odpuści, to osioł- krzyknął barman zza lady.
-U osłów to zapewne się wychowywał, a ogłady nauczył się od wyjątkowo tumanowatej sztuki, dodam też, że nie był on zbyt pilnym uczniem. O głowę wyższy wykidajło przyniósł cylinder, nie podnosił oczy wyżej skórzanych butów, trzymając się za rozbity czerep. Szuler skinął i rzucił mu monetę, wszak wykidajło należał do tych, na których równie skuteczne są metody i marchewki i kija.Wyszedł bawiąc się kartą asa pik, która okazała się przepustką do prawdziwego bogactwa.

środa, 3 lutego 2010

As Pik







      -To As Pik!- powiedział Szuler.

Dżentelmeni siedzieli przy stoliku w herbaciarni przy Oxford street. Było po trzeciej w nocy, a trzech panów we frakach, cylindrach i z rewolwerami przy boku chciało przebić się przez ścianę do banku obok.
- Niemożliwe-odezwał się jeden z pozostałych, kręcąc głową.
-Nie, na pewno nie ona. Wszystkie są takie same, ale nie ona. Ta ma grację, styl i to coś, co tak lubię w kobietach. Może i jest trochę nieśmiała. Trzeba docenić urok ukryty głęboko pod powierzchownością codziennego życia w tym paskudnym mieście.
Wiertło zarzęziło cicho o stal. Piąty otwór z kolei, napotkał na ścianę sejfu. Pan Adders nalewał właśnie herbatę .
-Panowie, herbatę podano.
Wszyscy dżentelmeni zasiedli przy herbacie i ciastkach.
     Trzecia w nocy w herbaciarni obok banku braci Fosterów.
-Może to dama pik!
-Nie, Dama Pik, to inna osoba, dama pik jest bardziej niezależna, nie to, co pozostałe damy tego rozdania. Ma w sobie ciągle piękno i delikatność, ale w obyciu jest co najmniej... trudna. Panowie, mówię wam! to As Pik!

***

     W pół do czwartej dnia poprzedniego w tej samej herbaciarni poznało się czterech dżentelmenów, którzy jeszcze tej nocy postanowili napaść na bank.
Trzech z nich przebijało ścianę, a czwarty podawał im herbatę.
-As Pik, to doskonałość, jej przewaga nad innymi jest znaczna i niepodważalna. Nie ma co do tego wątpliwości. Mało tego panowie , jestem gotów się o to pojedynkować.
-Jest pan pewien?
-Tak jestem.
     Stoły w herbaciarni przy Oxford streert rozsunięto. Dwóch dżentelmenów stało do siebie plecami. Odeszli pięć kroków każdy. W powietrzu czuć było aromat earl grey. Czwarty z dżentelmenów siedział i pił herbatę wpatrując się to w jednego, to w drugiego z wyraźnym podenerwowaniem.

Strzał.

W herbaciarni przy Oxford street leżał trup. Nad nim stało trzech jego znajomych.
-Mówiłem , że to As Pik , nie mogłem się mylić. Znalazłem ją w końcu, nie mogę się mylić panowie, świadczy o tym ten trup. Zostanę więc przy swoim. Pora rozegrać tę partię, nie ma na co czekać.
Pisarz przekręcił się tak, że widział co się dzieje na ulicy, Kapelusznik wygodniej się rozparł i pił herbatę drobnymi łyczkami . Szuler założył cylinder na głowę i wyszedł z herbaciarni przy Oxford street w kierunku wschodzącego słońca. Gildia stała przed nim otworem. Musiał dotrzeć do swojego wymarzonego luksusowego życia. Ktoś nie dawał mu jednak spokoju. As Pik spotkana raz na balu ambasady Japońskiej...

This is kind of magic!

Liczba tego imienia, dziewięć, to liczba ludzi, którzy wyróżniają się ze swego otoczenia, żyją na swój własny, oryginalny sposób i często wyraźnie odbiegają od ogólnie przyjętej średniej. Widać to również w postaci Szymona Słupnika, który zajął miejsce "na szczycie", był widoczny z daleka i wykazał się nadludzką odpornością na przeciwności losu. Oczywiście dziś mężczyźni noszący to imię nie czują potrzeby, by żyć w sposób aż tak skrajnie dziwaczny. Jednakże jest coś w Szymonach, co każe wspinać im się w górę i zajmować się rzeczami, na które niewielu ludzi się odważa. Zwykle pracują w zawodach rzadkich i elitarnych, wymagających odwagi, odporności i poświęcenia. Chętnie zostają alpinistami i podróżnikami, działają w lotnictwie i marynarce. Schodzą do kopalń i na dno morza. Dobrze znoszą samotność, życiowe trudy i pionierskie warunki. Znają swoją wartość i nie potrzeba im poklasku, aby uwierzyli w siebie. Ich poglądy na świat mogą mocno odbiegać od tego, co jest przyjęte w ich środowisku. Bywa, że zyskują sobie opinie heretyków i oryginałów, ale nie przejmują się tym, co ludzie sobie o nich myślą. Nie mają też zwyczaju podporządkowywać się cudzym życzeniom i opiniom; odporni też są na złośliwe plotki. Szymonowie bywają uparci i gotowi doprowadzić do końca swoje, często dziwne pomysły. Życie rodzinne nie jest dla nich najważniejsze i nie najlepiej rozumieją kobiece emocje.




Się ostatnio doczytałem tego i nie wiem skąd ten kto to pisał wie tyle o mnie. Dziwi mnie to i fascynuje , poza tym daje jakieś usprawiedliwienie mnie . Idźmy więc dalej , dodajmy do tego ekscentrycznego wodnika!
Ostatnio zrobiony przeze mnie test predyspozycji zawodowych powiedział mi że jestem ekstrawertycznym artystą o zapędach do ekstrawagancji zakrawającej na absurd ...

Tyle o mnie. Dużo nauki , niedługo ferie , urodziny , Parnassus , któraś ONA , dancing , PUFA, Jacksonowanie , ogólnie bycie sobą , czyli połączeniem skąpego żyda , Jacksona , samego pradziada Barabasza i próba zostania Hektorem.
Boska Kaliope! Daj siły by to podźwignąć , przeżyć do ferii i pozostać przy zdrowych zmysłach.!

Nadużyłem zielonej herbaty z różą edukując się z zakresu WOKu , języka hiszpańskiego , oraz kochanej historii.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Szalony kapelusznik

Zajebistość dnia dzisiejszego ma pod sobą zajebistość wszystkich poprzednich zajebistych dni. Humor dopisuje , zima jest taka jak powinna , a i chęć do związkowania powróciła.
Okazuje się , że ONA z góry upatrzyna przez głównego bohatera , lubi go coraz bardziej. Możliwe , że tak tylko mnie sie wydaje , ale zdania innych nie znam. Dowodzą tego bowiem małe sprawki , takie jak podejście do kogoś z uśmiechem , stawienie sie po czyjejś stronie i ogólnie bycie miłym dla drugiej osoby. Może bycie miłym , uczynnym i jentelmańskim rzczywiście się opłaca ???
hmmm
NIE
Wolę cały czas opryskliwą i chamską wersję mnie , która tym bardziej wyjątkowa sie robi dla ONEJ i którą ONA dostrzega i lubi.

Dwudzielność psychiki Syzmona

Otóż , z badań prowadzonych przeze mnie na mnie , wynika że psychika moja podzielona jest na dwie części.
Część pierwsza- Zachcianki. Ta część jest częścią zdominowaną , potrafi doskwierać , gdy nie spełniona zostaje sama sobie. Jej istnienie objawia się nagłą nieodpartą chęcią do zrobienia czegoś , najczęściej domaga sie herbaty . Ostatnio zaczyna domagać sie ciepła drugiej osoby , podąrzam więc za jej zachciankami. Z niej biorą się także olśnienia , głupie pomysły i wszelkiego rodzaju szaleństwo skumulowanie w mej skromnej osobie. Część bardzo przydatna , odpowiada też za dostrzeganie intuicyjne , któremu bezgranicznie ufam i ide za nim w ciemno. JEśli jednak zachcianka nie zostanie spełniona , to ał. Ta część mojej psychiki zaczyna dominować i przysłaniać intelekt i wyobraźnię. Co skutkuje spadkiem wagi , drastycznym spadkiem średniej ocen , bezsennością i chorobami.

Cęść druga-Intelekt i wyobraźnia. Ta część bardzo przydatna i rozbudowana podzielona na intelekt , z którego czerpię , gdy myślę, oraz na niewyczerpane nigdy źródło zwane potocznie wyobraźnią.Jest też zdrowy rozsądek , który działa cały czas ,bez przerwy , analizuje wszystko i działa na chłodno , pozostawiając uczucia za drzwiami. Częściej używana [część psychiki] , nie objawia się samoistnie , musi być karmiona książkami i (chyba) herbatą. Kiedy dwie części mojej psychiki są w równowadze jestem sobą. Doza szaleństwa , odrobina ironii i cynizmu , spryt i pojętność w jednym .

Nieśmiertelna Earl Grey!