Pierwsze promienie czerwcowego poranka przebijały się przez zasłony w sypialni Szulera. Skończyła się wiosna, a z nią wiosenne deszcze. Zaczyna się lato. Najgorsza pora roku w tym przeklętym mieście, jeśli można tu mówić o porach złych i gorszych. W każdym razie zaczyna się lato, a z nim letnie ulewy, dochodzi do tego zaduch, gorąco i wszędobylskie muszki. Szulera obudziło pukanie do drzwi. Powtarzało się wystukując ciągle ten sam wyrok, wstanie z łóżka. Udawanie snu spełzło na niczym, szczelne owijanie się kocem nie pomagało.
-Wchodź!- Szuler przełamał się w końcu i zawył spod poduszki.
-Gdybym wiedział, że jest otwarte…-To był głos Maka, złoty człowiek, zawsze można było na nim polegać, szczególnie ostatnio.
-Zawsze jest otwarte.
-Człowieku, wiem że jesteś bogaty, ale to czasem przegięcie, bo po co komu rękopis Boskiej Komedii?
-Wygrałem.
-Albo dwie szkatułki inkaskiego złota?
-Wygrałem.
-Albo… do diabła , czy to jest armata?
Szuler dźwignął się na łokciach. Rzeczywiście ciężko było wszystkie wygrane pomieścić w mieszkaniu w londyńskiej kamienicy, jednak tutaj nikomu nie przyszłoby do głowy szukać jego skarbca, a złodzieje poginęliby na zmyślnych pułapkach w sejfie, szafach i na schodach.
-Kto by pomyślał, że diuk Wellington, to numer 93?
-Człowieku, kiedy ty ostatnio awansowałeś?
-Miesiąc temu. Teraz jestem numer 90.
Mak przechadzał się po pokojach i podziwiał „zdobycze” Szulera. To niesamowite co ludzie postanawiają zastawić w zamian za jeszcze jedną grę. Po niemal godzinie spędzonej na rozszyfrowywaniu „Boskiej Komedii” Mak doczekał się świętego momentu, gdy Szuler umyje się, ubierze, dobierze zegarek do marynarki, rewolwer do zegarka, sygnety do rewolweru i założy cylinder na głowę. Po miesiącu ciszy dzisiaj Szuler grał o miejsce 89. Każdy w gildii znał tylko numer przed sobą i wszystkie numery za sobą. Tylko numer 1 znał cały skład osobowy gildii.
- Masz je?
- Już myślałem , że nie spytasz. Oczywiście, że mam.
Mak wyciągnął z kieszeni małe hebanowe puzderko i podał je Szulerowi. Ten z namaszczeniem wyjął z puzderka talię kart. Przetasował, przeliczył. Wszystko się zgadzało. Szuler jakiś czas temu zamówił specjalną talię kart, wykonanych z masy perłowej . Wyglądały jak te normalne, kartonikowe, tyle, że były niemal niezniszczalne i można było przyklejać ukradkiem inne figury. Oczywiście cała talia była znaczona. Szuler płynnym ruchem wyjął pierwszą z brzegu kartę. As pik. "Co za zbieg okoliczności". Uśmiechnął się pod nosem nieznacznie, schował ją do rękawa tak samo zrobił z pięcioma innymi duplikatami. Gdy wyszli świeciło słońce, udali się więc na śniadanie do swojej ulubionej herbaciarni przy Oxford street.
Była już trzecia w nocy, lało jak z cebra, Szuler wyjął złoty zegarek, sprawdził godzinę. Numeru 89 nie było. Numer 91 siedział pod daszkiem. Niestety najwyższy numer wybierał miejsce gry. Krople deszczu spływały po szerokim kapeluszu Szulera, spływały na ramiona ciężkiego płaszcza i sprawiały, że Szuler dygotał z zimna. W końcu przyszedł. Niski, żółty, w dziwnie wykrojonym surducie, z kataną przy boku. Numer 89 pochodził z Japonii.
- Panowi, nie czekaj-cie tu na moja! Wchodzić do środka szybko, szybko.
Kultura wymagała czekać na żółtka pod lokalem, a on przychodzi i mówi, że nie trzeba było?! Sprawdza 91, to pewne. Zasiedli w przytulnej knajpce także wybranej przez pana Mizuko. Przy stoliku , na którym mieli grać siedział już jeden typ. Na stole leżała myśliwska dwulufowa fuzja, a na strzelbie gazeta. Czasem Szulerowi wydawało się, że należy raczej do gildii morderców niż do stowarzyszenia dżentelmenów po prostu uzależnionych od hazardu. Zaczęli, jak wyszło w rozmowie, dżentelmen ze strzelbą to numer 92. W rogu pomieszczenia siedział Mak.
Prawo gildii szulerów mówi jasno, że gracz przyłapany na oszustwie podczas gry może zostać zaatakowany bez ostrzeżenia, ale ma prawo się bronić. Gra toczyła się szybko. Szuler zgarnął niemal cały majątek 91, natomiast pan Mizuko wszystko co było Szulera i 92. W pewnym momencie 92 położył 6 kart. Japoniec błyskawicznie wyszarpnął katanę, przeciął nią gardło 92 wyszarpującego rewolwer z wewnętrznej kieszeni marynarki. Co zdumiało Szulera, to to, że nie zdążył nawet sięgnąć po własną broń, a reakcje miał bardzo szybkie, kiedy szło o dużo kasy.
Jak gdyby nigdy nic grali dalej. W pewnym momencie 91 nie wytrzymał napięcia, podziękował więc za grę. Nie miał już wstępu do pierwszej setki gildii. Nigdy. Owszem, był dalej członkiem gildii, ale spadał automatycznie na pozycje pięciokrotnie niższą. Szuler grał ze zmiennym szczęściem. Raz wygrywał raz przegrywał. Zdecydował zdemaskować mistrzowskie podmiany japończyka. Niby niechcący potrącił puchar z winem na garnitur oponenta, wino nie wniknęło w materiał, ściekło po powierzchni czarnych kart, przypiętych pod spodem. Szuler kopnął z całej siły stół. Katana przeszła przez drewno jak przez masło. Stół się rozpadł, ale Mak był szybszy. Miał przy sobie broń. Strzelił do żółtka zanim ten skoczył na Szulera. Który poprawił strzałem z Colta.
Obudził się następnego dnia rano. Obok leżał wyczyszczony i nabity pistolet, oraz plejada filiżanek po herbacie. Szuler był znów do przodu o kolejne 150 tysięcy funtów i nieruchomości wszystkich poległych. Ciężko uwierzyć jakie sumy musiały być brane pod uwagę w pierwszej dziesiątce? I to wszystko pod samym nosem królowej.
Za zarobione pieniądze postanowił kupić sobie nowe mieszkanie. Wybór padł na lokal przy Oxford Street. Przy okazji zakupił też herbaciarnię mieszczącą się na parterze nowego mieszkanka. Przeniósł też główną część skarbca daleko poza Londyn