piątek, 19 marca 2010

Eksodus

      Szuler udał się na cotygodniowe ogłoszenie kolejności listy gildii z zaświadczeniem zgonu niejakiego Jonsona Browna i ze świstkiem o grze z Jonsonem pięć godzin wcześniej. Spotkanie odbywało się jak zwykle na sporej sali audiencyjnej rezydencji szulerskiej pod Londynem. Jak zwykle rozdawaniu kart z nazwiskiem numeru poprzedniego było straszne zamieszanie. Szuler nie lubiąc ścisku poczekał na przerzedzenie się tłumu i podszedł do okienka. Jego pojedynek zatwierdzono, nadano mu rangę numeru 31.Dostał dwie koperty. W jednej było nazwisko i miejsce pobytu numeru 30 , a druga koperta była zupełną nowością. Pożegnał grzecznie portierkę i odszedł. Z karocy wysiadł trzy godziny później na Oxford street. Robiło się późno, siadała mgła, a gazowe latarnie jak zwykle tylko dodawały tajemniczości niebezpiecznym uliczkom południowego Londynu. Wszedł do herbaciarni, przy jego stoliku leżała już gotowa zielona herbata i ciepła szarlotka. Przy tym samym stoliku z wieczornym „Timesem” siedział Mak.
-Jak spotkanie? -zapytał , gdy Szuler usiadł i nalał sobie herbaty.-Jak zwykle wszyscy chcieli dostać ich kwitki, ja musiałem czekać, teraz dostałem dwa. Obydwie koperty mają monogram Gildii Szulerów- Powiedział wyjmując z wewnętrznej kieszeni marynarki koperty i kładąc je na stole.-Ciekawe kto to taki?
-Zobaczę jutro.
Resztę wieczoru Szuler spędził przy herbacie. Zjadłszy kolację udał się na spoczynek.
* * * *
-Gdzie szef?- zapytał Mak młodą Japonkę , która w herbaciarni przy Oxford street parzyła wyśmienite herbaty.
-Uu siebie na gusze.
-Dziękuję.
Mak od trzech dni nie widział Szulera. Czasami zdarzało mu się znikać na kilka dni , gdy wyjeżdżał do swojego domku w Walii , gdzie swoją drogą spędzili szalone wakacje.
Wszedł do zagraconego mieszkania. W sypialni na łóżku leżał Szuler. Ubrany w koszulę nocną i nowy kapelusz , którego rondo zakrywało oczy. W ręku trzymał rewolwer, którego lufa właściwie jej końcówka tkwiła między zębami. Bębenek był raczej pusty, bo Szuler ciągną za spust raz po raz. Wokół wszędzie walały się filiżanki herbaty i okruchy po jego ulubionych croissantach .Trzydniowy zarost i przekrwione oczy świadczyły o tym , że Szuler przez cały ten czas nie spał.
-Co to ma być, coś ty zrobił?
Pokazał rewolwerem na kartkę leżącą obok. Mak uniósł ją do oczu i czytał.
„Numer 30
Imię: Viktoria Hanowerska
Miejsce pobytu: Pałac Buckingham”
Odłożył karteczkę delikatnie i uniósł drugą rozdartą kopertę.
                                                                                „Do numeru 31.
       Mamy zaszczyt poinformować Pana, że zgodnie z zarządzeniem Rady Gildii Szulerów z dn.16.VII.AD 1872, gracz numer 30 i wyżej ma prawo do odejścia z szeregów gildii na tzw. Wieczysty Odpoczynek. Operacja polega na zrzeczeniu się swojego numeru, zrzeczeniu się prawa do pojedynków w Gildii, zrzeczeniu się obowiązku gry z numerami niższymi i wpłaceniu opłaty wypisowej w wysokości 13 000 Funtów Brytyjskich. Po wykonaniu tych czynności, były wtedy członek Gildii będzie dostawał comiesięczną wypłatę w wysokości 1% całkowitych miesięcznych zarobków Gildii.

Z poważaniem Numer1.”

       Mak przeczytał list drugi raz i trzeci.
-Szuler. Tu jest to o czym marzyłeś. Ustatkowanie.
-Wiem -powiedział tępo patrząc się w sufit.
-Będziesz grał z królową?
-Nie wiem-odparł dalej tępo patrząc w sufit.
-Dlaczego leżysz tutaj od trzech dni nie dając znaków życia zamiast brać się za robotę?.
-Myślę.
-Nad czym?
-Zgadnij…
-No tak. Przyszło ci już coś do głowy?
-Nie.
-Pamiętaj. Nie rób niczego głupiego.
-Taa, jasne , wiem wiem.
Mak wyszedł. Drzwi trzasnęły.
* * * *
       Szuler wybiegł. Niedawno prosto z Indii dostał wspaniały czerwony płaszcz. Deszcz zalewał mu oczy. Mgła zdawała się wydobywać ze wszystkich zakamarków, by wypełnić swoją bielą i puszystością resztę Oxford Street. Było dobrze po północy.
Drzwi herbaciarni otworzyły się z hukiem.
-Mam plan!
Wszyscy goście równocześnie odwrócili głowy w kierunku zmoczonego dżentelmena, stojącego w progu. Tylko Mak siedział w kącie i czytał dalej książkę. Dosiadł się do niego Szuler.
-Wiem co zrobić, musisz mi jednak pomóc. Pytam więc czy jesteś gotowy na walkę, niebezpieczeństwo, łamanie prawa i to cały czas pod groźbą w najgorszym wypadku ścięcia głowy? Czy gotowy jesteś zawrzeć pakt z najbardziej plugawą siłą jaka porusza się po tej ziemi? Stawić czoło przeciwnikom , których istnienia podejrzewać nawet nie możesz?
-Taa- odpowiedział Mak-Co zrobimy, ja polecę na Księżyc, a gdy wszyscy będą patrzeć jak po linie przechodzę się na Saturna , ty zawrzesz pakt z diabłem i nagle pojawisz się w Indiach z kwitkiem na wypłaty?
-Gorzej. Oto co zrobimy.
* * * *
       Szli szybkim krokiem. Szuler, a za nim trzech mafiosów.
-Stać, straż!
Strzał
-I po straży.
Weszli do pałacu Buckingham. Było dobrze po północy. Skręcili do prywatnych komnat królowej. Doszli do sypialni.
-Stuk puk!
Mafioso z karkiem jak drzwi od katedry Cantleburry kopniakiem wywalił drzwi z zawiasów.
Pod zamkiem walczyła mała armia płatnych morderców najęta przez Szulera. Tej strasznej nocy karczmy nad Tamizą opustoszały.
Szuler powoli wszedł do sypialni. Padł strzał. Mafiosi nie żyli. Szuler ich zastrzelił.
-Nie potrzebujemy świadków.
-Kim pan jest?
-Numer 31 , do usług.
-Bezczelny….
-Nie , gdzieżby tam- powiedział Szuler zdejmując rękawiczki i wyjmując talię kart.
-Co to ma znaczyć? Straże!
-Grasz pani?
-Straż!
-Nie żyją, a reszta walczy.
-Z kim?
-Nagłe , nieopanowane niczym separatystyczne rozruchy w dokach sprawiły, że klasa pracująca rzuciła się na tych skurczybyków, co całą śmietankę spijają.
Królowa nieufnie patrzyła na wysokiego ciemnowłosego jegomościa w czerwonym płaszczu. Wstała z łoża, podeszła do komódki i wyjęła whisky. Postawiła butelkę na stoliku do gry.
-Wrócę za sekundę. Muszę się odrobinkę ogarnąć. Nie mogę nic robić w takim stanie.
I wyszła.
„Co za kobieta, pomyślał Szuler”
Wróciła po chwili w prostej sukni.
Zaczęli grać. Królowa grała doskonale. W pewnym momencie podmieniona karta wypadła jej zza dekoltu.
-Śmiem pani sądzić, że kantowałaś.
-To sądź dalej. Ja jestem królową, a nie ty-powiedziała wkładając kartę powrotem do sukni.
Podpisane zaświadczenie o grze leżało na stoliku. Przy rubryce zwycięzca było pusto.
-3,2,1
Eksplozja wstrząsnęła całym Londynem. Zgodnie z planem. Mak właśnie wchodził do Royal Bank, a najemnicy wynosili całe złoto. Zbaraniała mafia stała 30 metrów dalej i czekała na znak od współpracującego bankiera z kluczami.
-Co to ma znaczyć?
-Teraz masz pani do wyboru. Albo poddasz grę i dasz mi się oddalić, albo pół Londynu wyleci w powietrze. Tylko ja mam klucz, który poinformuje wszystkich zamachowców o tym, by przestali wysadzać. Za 10 sekund eksploduje wejście do więzienia Tower Bridge. Około tysiąca zbirów i najemników najętych przeze mnie pomoże zbrodniarzom wyjść i zniszczyć Londyn.
-Jak śmiesz?
Wybuch był tym razem bliżej. Był na tyle silny, że królowa padła na ziemię.
-Minie minuta i w powietrze wyleci następny budynek.
-Idź, bierz ten świstek. Wiedz jednak, że cię dopadnę!
-Dziękuję moja pani za posłuchanie-powiedział Szuler i ukłonił się dworsko.

       Wybiegł z kartą dotyczącą jego zwycięstwa. Poszedł wolnym krokiem do skrzynki pocztowej i w łunie pożaru mostu Londyńskiego napisał swój przyszły adres, nazwisko i akt zrzeczenia się przynależności do Gildii. Do koperty włożył kwitek na 13 000 funtów i wysłał go pod adres siedziby gildii.
Mak czekał już przy bramie.
-Jak poszło?
-Takiej kobiety jeszcze w życiu nie widziałem. Świetna babka.
Weszli do parku . Tam czekał już na nich wypakowany po brzegi złotem powóz. Dojechali na wzgórza za miastem. Londyn płonął.
-Smutne to nasze pożegnanie z kochaną Anglią.
-Boże chroń królową.
-Panowie! Ile mam czekać?!
Na łące za dżentelmenami stał gotowy , napompowany balon na gorące powietrze. W środku leżało zrabowane złoto, Japonka , przewodnik i kilka herbat. Szuler i Mak wsiedli.
Przewodnik odciął dwie liny. Pan Adders machał im chustką na pożegnanie.
-Trzymajcie się panowie! Nie zapomnijcie napisać! Nie zapominajcie o herbaciarni przy Oxford street. O niej będzie jeszcze głośno!
-Do widzenia.
Na widok żółtego balonu na niebie opłaceni ludzie przestali podpalać lonty dynamitu.
W razie porażki ostatni miał zostać wysadzony pałac Buckingham.
Teraz Szuler leciał do swojego Asa Pik spotkanego raz na przyjęciu w Japońskiej ambasadzie. Teraz już nic go nie obchodziło. Leciał na wakacje.
-Szuler?
-Tak Mak?
-To jest piękne.
Lecieli powoli i bezgłośnie, a pod nimi płonął Londyn.
-Jesteś złym geniuszem wybuchów.
-Niestety.
-Myślisz, że jeszcze tu wrócimy?
-Możliwe… kiedyś.
Łzy pociekły obydwu dżentelmenom, gdy Londyn stał się tylko małą kropką gdzieś na horyzoncie.
Balon powoli i pchany podmuchami sprzyjającego wiatru leciał w stronę wschodzącego już powoli słońca.




Koniec




1 komentarz:

Franek pisze...

Dooobre. Ja chcę jeszcze!