Herbaciarnia przy Oxford street była pusta.
W kącie siedział tylko jeden człowiek. Ubrany we frak dżentelmen dopijał herbatę.
Zegar w rogu zadzwonił 12 razy. Była północ.
Drzwi otworzyły się powoli. Do środka wszedł jegomość ubrany w przetarty frak.
Dżentelmen zabity ponad rok temu nie mógł oprzeć się pokusie nie pojawienia się w herbaciarni. Jego duch coraz częściej tu bywał. Szulera denerwowało to coraz bardziej , bo o ile jemu duch nie przeszkadzał tak długo jak nie rozlewał herbaty po dębowej podłodze , to straszył gości i nie dawał spokojnie grać.
Za duchem do pomieszczenia wlała się mgła. Delikatne światło latarni sączyło się przez uchylone drzwi.
-Znowu ty?
-Pamiętasz mnie?
-Pamiętam każdego. Dlaczego akurat ty mnie musisz nawiedzać?
-Nie wiem.
-Jesteś duchem , tak?
-Tak.
Duch był bardzo blady , lekko przezroczysty , z jego wnętrza sączyło się dziwaczne światło. Rana postrzałowa na lewej piersi wyglądała tak samo jak Szuler ją zapamiętał.
-Przyszedłem ci coś pokazać.
-Co?!
Duch chwycił Szulera za przegub ręki , ten próbował się wyrwać , zjawa trzymała jednak bardzo mocno.
Stał na środku sporej sali. Wykończona była czarnym marmurem. Ze ścian wystawały świece płonące w dół. Ogromna sala była bardzo wysoka , zamglona , nie było widać jej początku ani końca. Przed Szulerem stały tylko jedne drzwi. Drzwi nie wbudowane były w żadną ścianę , a za drzwiami zupełnie nic nie było.
Nie widząc innej perspektywy Szuler otworzył drzwi. Były nad spodziewanie ciężkie , przerdzewiałe i skrzypiące.
Ducha nigdzie nie było.
Szuler wszedł do innej ogromnej sali , spojrzał za siebie , nie było tam już drzwi. Nie było powrotu. Ta sala była zupełnie inna. Przypominała raczej fabrykę. Przy ścianach stały ogromne piece , z których buchały zielone płomienie. Przy piecach uwijali się ludzie we frakach. Chodzili w te i z powrotem , zabierając filiżankami karty z ogromnej sterty i rzucali je do pieców.
Każdy z dżentelmenów wyglądał identycznie.
Każdy z dżentelmenów wyglądał jak Szuler.
-Gdzie ja jestem, co ja tu robię?
-Odsuń się , nie przeszkadzaj.
-Pytam się o coś! -Szuler złapał innego za kołnierz. Złapany Szuler wyjął pistolet. Zrobił to równocześnie z prawdziwym.
-Proszę puścić- powiedział celując Szulerowi między oczy.
Puścił. Szuler otrzepał się i sięgał filiżanka do kart. Szuler wystrzelił , filiżanka rozpadła się.
Drugi Szuler ze złością spojrzał na zakrwawioną rękę i rozpłynął się w powietrzu. Zniknął też jego piec.
Szuler szedł dalej tą dziwną fabryką. Nad każdym piecem był numer, zdjęcie , a obok w przeszklonej szkatule wisiała broń.
Numery kończyły się na 50. Obok w szkatule wisiał Colt Szulera , a na zdjęciu widniał jegomość w podeszłym wieku , zastrzelony przez Szulera tydzień wcześniej.
Na końcu hali fabrycznej były ogromne półokrągłe schody wykonane z czarnego marmuru. Wzdłuż poręczny ciągnęły się regały z książkami. Szuler otworzył pierwszą z brzegu zatytułowaną "numer 73" w środku nie było kartek , tylko mała buteleczka z czymś , złotym.
Jeden z pieców za Szulerem wydał przerażający odgłos , przez co Szuler upuścił buteleczkę.
"Nic mi już nie zostało , tylko ten pistolet..."
Złoty pył przemówił ostatnimi słowami numeru 73 , po czym wyparował.
Szuler szedł w górę schodów. Na ich szczycie znajdowały się kolejne drzwi nie wprawione w ścianę.
Tym razem wydawałoby się ciężkie drzwi otworzyły się nadspodziewanie lekko.
Kolejna sala miała fioletową kryształową podłogę i setki , o ile nie tysiące czarnych kryształowych kolumn , których szczyty znikały gdzieś nie wiadomo gdzie. Po lewej i prawej stronie znajdowały się kominki z zielonym ogniem. Przy każdym z kominków stał Strażnik o twarzy kolejnych zabijanych numerów , w czerwonej kurtce straży królewskiej .Żaden ze strażników się nie ruszał.
Po chwili za Szulerem pojawił się duch Dżentelmena.
-Jak ci się tu podoba?
-Gdzie ja jestem? -zapytał Szuler zupełnie zbity z tropu.
-W twoim świecie. W Ametystowej Wieży twojej psychiki.Za chwilę dojdziemy do centrum.
Szli długo, w pewnym momencie Szuler zauważył klapę w podłodze, jakby drzwi od klatki. Podszedł. Przez małe zakratowane okienko patrzyło szarobłękitne szalone oko zaszczutej bestii.
-Co to jest?
-Twoje zwierzęce instynkty, strasznie się ostatnio rozbestwiły, to je zamknęliśmy w tej klatce.
Wyjął swojego imponującego Colta i przyłożył go o oka bestii. Strzelił. Huk wystrzału niósł się przez całą halę, a jego echo słyszeli jeszcze kilka minut.
-Co zrobiłeś?- zapytał rozeźlony duch-to może wyrządzić nieodwracalne zmiany w twoim zachowaniu.
Klapa od klatki zniknęła, a z nią bestia.
-Taki miałem zamiar od samego początku, bo jeśli to jest moja psychika, to znalazłem cudowną boczną furtkę do mojej głowy. Aż szkoda byłoby nie skorzystać z takiej okazji i nie zmienić tego co się we mnie nie podoba.
-Skoro tak mówisz. Chodźmy dalej.
Na końcu sali kolumnowej na schodach z czarnego marmuru znajdowała się fasada Herbaciarni przy Oxford street. Szuler wszedł do środka. Wyglądała identycznie jak a jego , z tym , że zamiast lady było podwyższenie z tronem , a przy stoliku siedzieli Mak , Melanii i Szuler. Raczyli się earl Grey i grali w karty. Woń ulubionej herbaty numeru 50 była tak mocna jakby znajdowali się w magazynie.
Na tronie w czerwonym blasku wyrastających z sufitu świec siedziała ONA. Ubrana była w królewskie szaty , a korona wykonana była z najczystszego i najdoskonalszego diamentu , jaki Szuler w życiu widział. Zdjął cylinder i ukłonił się tak dwornie jak tylko potrafił. Uklęknął na jeno kolano i gapił się w ametystowa posadzkę. As Pik wstała z tronu i uniosła Szulera.
-Pan Adders za chwilę poda herbatę, czy zechcesz ze mną zagrać? -zapytała swoim delikatnym , wysokim i cichym głosem.
-Z najwyższą przyjemnością.
Pan Adders podał wyborną Earl Grey , Szuler bez najmniejszego problemu trzynaście razy ograł Asa Pik.
-Teraz może zagrajmy o coś , dobrze?
-Lubię zakłady.
-O twoją duszę.
-Że co?
-Ponoć lubisz zakłady. Umowa jest taka, jak wygram ty zostajesz tu na zawsze i zostajesz moim ulubionym paziem.
-A jeśli wygram pani?
-Wtedy Lord duch odprowadzi Cię do twojego świata, a ja otworzę dla Ciebie całą twoją psychikę , odpowiem na każde twoje pytanie , poprawię pamięć , koncentrację i nauczę takich kantów , jakie jeszcze w życiu do głowy ci nie przyszły.
-Dobrze więc , ale nie mam za co grać , mam tylko mój pistolet , cylinder i zegarek.
As pstryknęła palcami w podłodze otworzyły się drzwi , a Szuler ubrany jak paź podał ogromną tacę pieniędzy.
-Dokładnie milion funtów. Zaczynajcie.
-Z kim będę grał?
Od sąsiedniego stolika wstał Szuler ubrany w złoty frak.
-Ze mną.
Tak długiej partii Szuler nie pamiętał. Grali dobre kilkanaście godzin. W ciągu tego całego czasu dużo rozmawiał z Melanii i Asem Pik.
Rozdanie dwieście pięćdziesiąte szóste. Szulerowi zostało sto funtów , a jego przeciwnik w złocie miał sporą przewagę. Teraz przyszedł poker . Przeciwnik powoli wyjął swój pistolet. Oznaczało to , że by zostać w grze Szuler musiał grać va banque. Zagrał. Przeciwnik miał karocę. Szuler nie myślał. Zadziałał automatycznie. Wystrzelił prostu w głowę złotego przeciwnika. Padł pod stół.
Duch uniósł Szulera w złocie i wytarł mu krew z głowy. Szuler zbladł , zaświecił i stał się duchem.
-Gratuluje wygranej -powiedział , a głos jego brzmiał tak jakby był wiele metrów dalej.
-Dziękuję.
Szuler powstał od stolika. Uklęknął przed Asem Pik. Ta znów zeszła do niego z tronu i uniosła. Złożyła na jego czole lodowaty pocałunek.
Szuler leciał bardzo szybko. Widział całe swoje życie. Zobaczył ogromny skarbiec swojej głowy i poznał samego siebie od wewnątrz. Po chwili oślepiający blask i straszliwy chłód.
* * *
Obudził go straszliwy chłód.
Otworzył oczy i krzyknął. Próbował wstać. Zobaczył , ze jest przypięty do łóżka pasami. Za drzwiami coś się ruszało. Do pokoju wszedł zmartwiony Mak.
-Gdzie ja jestem?
-W Royal psychics hospital.
-Co?!
-Jak przyszedłem rano do herbaciarni , Ty chodziłeś jak w gorączce. Strzelałeś do filiżanek. Rozbijałeś flaszki wina. Wyglądało jakbyś zwariował. Potem poszedłeś do siebie do pokoju i długo klęczałeś przed swoimi pistoletami. Chciałem Cię obudzić , myślałem , że lunatykujesz.
Potem zszedłeś na dół i grałeś w pokera sam ze sobą. Położyłeś pokera pików i strzeliłeś przed siebie. Wtedy ktoś wezwał tych ze szpitala. Wyjęli cię klęczącego przed pistoletami i zawieźli tutaj. Nie pamiętasz nic?
-Niezupełnie tak jak ty to przedstawiłeś. Rozkuj mnie.
Mak szedł z Szulerem kasztanową aleją prowadzącą ze szpitala na gwarną ulicę.
-Co powiedzieli lekarze?
-Omamy.
Szuler zamyślił się głęboko.
Resztę drogi do herbaciarni przy Oxford street przegadali o zakładzie dwóch mężczyzn i o locie balonem dookoła świata.
-Jak już będę numerem jeden i nic nie będę musiał , to zabiorę cię balonem do Chin.
-Już zacznę się pakować-zaśmiał się Mak.
-Myśl co zabrać. Biorę się do roboty. Mam sens w tym szaleństwie zwanym gildią szulerów
-Tak?
-Czeka na mnie As Pik , ale muszę być bezpieczny , by jej nie skrzywdzić , a tak długo jak ktokolwiek stoi mi na drodze w gildii , bezpieczeństwa nie mogę zagwarantować.
-Czyli zaczniesz w końcu troszczyć się o swoje życie? No no , Melanii byłaby dumna.
-Taa , byłaby.
Szuler zapamiętał sobie dobrze , to co Melanii powiedziała mu w trakcie gry.
1 komentarz:
W 'o mnie' - "(...) jak ostepy JEJ duszy..." (jednostki)
Trochę błędów stylistycznych, jednak temat ciekawy.
Opowiadanie mi się podoba, będę częściej czytać, co piszesz ;).
Pozdrawiam,
A.
Prześlij komentarz