piątek, 31 sierpnia 2012

Chyląc się ku upadkowi

     Międzynarodowy dzień blogerów, wypadałoby coś napisać. Może tym razem o pomysłach.
   Cierpię (czy należy to nazywać cierpieniem?) na syndrom 100 pomysłów na minutę. Większość z nich staram się wprowadzać w życie. Niektóre wychodzą, inne udają się w 3/4 a jeszcze inne zaczynam, rozgrzebuję i zostawiam. Mam też tak, że często najpierw działam, potem zastanawiam się nad konsekwencjami. Przez to zazwyczaj otacza mnie chaos. Lubię ten mój chaos. Z tego też powodu mam masę hobby i zainteresowań. Niektóre moje hobby są raczej pobieżne (strzelectwo, jazda na rowerze), inne nieco bardziej zadbane (pisanie), ale mam też bastion zainteresowań, które pogłębiam i jeśli je utrzymam to pewnie za jakiś czas będę mógł powiedzieć, że jestem znawcą w jakimś temacie (przykładowo bronioznawstwo). Ze względu na ten mój chaos, nie udaje mi się napisać zaplanowanego cyklu do końca. Tak to miało miejsce w "Ludojadzie z Warri", planie na 30 dni, 30 postów, "Szkole latania" i kilku innych, które nawet nie ujrzały świata poza korektą u Pilota. Mam jednak ambitne plany

      Przede wszystkim w planie mam wystartować z nowym blogiem gdzieś w październiku/ listopadzie, odnośnik na pewno się tu znajdzie. Będzie podobnie do tego, może bardziej poukładane i bardziej zdyscyplinowane, chociaż jak widać po projekcie 30 dni, 30 postów, z dyscyplina u mnie słabo. Tłumacze sobie, że wakacje i cały czas mnie w domu nie ma, a na zapas nie napiszę nie wiadomo ile. Następnym razem wymyślę sobie znośniejszą i ... osiągalną częstotliwość publikowania.
     Co więcej, wszystkie opowiadania, które kiedykolwiek tu zamieściłem będą poprawione, przerobione, zremasterowane, wydłużone, albo dociągnięte do końca. Zacznę też bawić się w publicystykę i jedna notka miesięcznie, czy tam raz na dwa tygodnie (zależy jakie sobie tempo ustalę) będzie felietonem, albo czymś pokrewnym.
       Nie wiem co dalej będzie z moimi herbatami, bo stos pustych pudełek chyli się ku upadkowi i domaga ponownego napełnienia, na które raczej szkoda mi teraz kasy, mam masę innych wydatków, związanych przede wszystkim z przeniesieniem do Lublina.




Także zapraszam do jutrzejszego, ostatniego tutaj spotkania. Punktualnie o 17.
Pora na łyk Earl Grey i wyjście z domu.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Fotoblog Wakacyjny!

     Dzisiaj nie piszę, dzisiaj pokażę, co mi zajmuje czas tak bardzo, że nie mogę dodawać notek codziennie.

Jazda na rowerze, szalone spływy dętką od traktora


Planszówki i RPG


Konwenty! (Konkurs konstruktorski) 


Survival 


Wędkowanie 



Turystyka piesza


Więcej Survivalu


Siata

Czytanie...
i czytanie!


Nigdy nie robiłem fotobloga... Może pora zacząć?

czwartek, 23 sierpnia 2012

Wymówka

      Brak czasu ostatecznie zniweczył moje plany dotyczące ilości i jakości notek. Jedynym słabym wytłumaczeniem niech będzie fakt, że przygotowywałem się do egzaminu na prawo jazdy (i co żałośniejsze pierwsze podejście zjebałem w mieście).
      Co więcej szlajałem się po okolicach bliższych i dalszych. Oglądałem, zwiedzałem, zdobywałem. Ot zwyczajne wakacyjne zajęcia Włóczykija.
       Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że zbliża się jesień, ptaki wylecą, liście opadną, a ja pojadę do Lublina.

      No dobra, postaram się ostatni tydzień sierpnia wykorzystać i napisać jak najwięcej.
Powodzenia dla mnie, przyda mi się

wtorek, 14 sierpnia 2012

21. Powroty

       Wróciłem z Kreskonu 7. Bardzo udany wyjazd, po raz pierwszy chyba zwrócił mi się konwent.  Wygrałem 2 książki, jedną w konkursie militarnym, a drugą w konstruktorskim. Bardzo lubię wschodnie, zaściankowe konwenty. Na nich sobie odpoczywam, spotykam znajomych, sączę piwa.
 Plan na 30 notek nadal aktualny, ale nie wyjdzie dokładnie tak jak sobie to założyłem, jutro spróbuję wrócić do względnej regularności i długości notek. 

piątek, 10 sierpnia 2012

22. Wyjazd

W związku z moim wyjazdem na konwent, notki jutro i pojutrze nie będzie.
Zaległości wrzucę w poniedziałek.

czwartek, 9 sierpnia 2012

23. Errata, czyli analogowy audiobook.

       Czasami na strychach można odszukać prawdziwe skarby, mi właśnie wpadł jeden taki skarb w ręce. Audiobook, nagrany na zestawie 11 kaset. "Rok 1984" G. Orwella, książka, którą chciałem koniecznie mieć  i przeczytać. A tu taka niespodzianka, audiobook czytany przez świetnego lektora (niestety nie wiem kto to).  Kasety są nieopisane i najwyraźniej zostały przegrane przez mojego wujka, którego pudła leżą na strychu pomiędzy różnymi rupieciami i starymi podręcznikami.
       Taśmy są w paskudnym stanie i nieraz przycina, albo zjada jakieś słowo. Równocześnie ze słuchaniem nagrywam to na płyty CD, coby się nie zapomniało i nie zmarnowało.


 Errata do TOP5 moich ukochanych książek: Miejsce 4: "Rok 1984" G. Orwell
To jedna z najstraszniejszych i najbardziej wciągających książek, z jakimi kiedykolwiek miałem styczność. Strach płynący z tego, co słucham nie wynika z jakichś okropności opisywanych w książce, bo na nie mroczna fantastyka mnie jakoś uodporniła. Ten strach, a raczej przygnębienie wynika z samego świata, w którym przyszło żyć bohaterom. Jego niezmienności, bezsilności jednostki i generalnej beznadziei. Hasła Partii, które równie dobrze mogłyby się znaleźć jako opisy zupełnie współczesnych zdjęć. Nieraz z niezwykłą fascynacją i frustracją szukałem kasety, na której była kolejna część książki, kolejny rozdział, bo nie mogłem odgadnąć jakim absurdem teraz poczęstuje mnie Partia. Powróciły lata dzieciństwa, kiedy siedziało się przed radiem i ołówkiem przekręcało kasetę na początek. Tak teraz siedzę przed wieżą z ołówkiem i markerem. Opisuję kasety, przewijam je i słucham z napięciem. Mimo, że mam styczność z książką po raz pierwszy, już trafia na moja listę, bo zwaliła mnie z nóg, zmusiła do zastanowienia. Jest po prostu wyjątkowa i niezwykła.


 

środa, 8 sierpnia 2012

24. Podróże małe i duże.

      Skoro już tak wszystko podsumowuję i robię sobie wspominki z lat blogowania, bez mojego komentarza nie mogą się oczywiście  obyć moje wycieczki. Niektóre dystansowo nie wyglądają szczególnie spektakularnie, właściwie w większości nie wykraczając poza 20-30 kilometrów. Jednak niemal wszystkie były maksymalnie trudne. Jeśli tam, gdzie akurat szedłem i była pionowa ściana lasu- wchodziliśmy pod nią. Jeśli był bród na rzece- to z niego korzystaliśmy. Jeśli nad jarem było zwalone drzewo- tak, po nim przechodziliśmy.  Okolicę mamy niezaprzeczalnie malowniczą i zróżnicowaną. Lasy, wzgórza, wyższe górki, mnóstwo przecinających je rzeczek, kanałów i pól. Postaram się opisać z grubsza trzy przygody, które najbardziej wryły mi się w pamieć. Wypowiadam się często w liczbie mnogiej, opisując moje wojaże, a mało miejsca poświęciłem w nich mojemu kompanowi tychże wycieczek.
        Kubę znam chyba od zawsze, przyjaźniliśmy się już w pierwszych latach podstawówki. To jedyny mój znajomy, z którym utrzymuję stały kontakt, jeszcze od XX wieku. Jest zapalonym rowerzystą, słucha Linkin Parka i mieszka w bloku niedaleko mnie. Bardzo szybko nauczył się, że wszelakie wyjścia ze mną na tak zwane "pola", często kończą się wspinaczką, spektakularnymi upadkami albo zjazdami w dół stromego zbocza i generalnie mówiąc ( i nieco demonizując) walką o życie. Dobrze nam się wspólnie podróżuje, bo mamy porównywalną kondycję, zapał, wytrzymałość i zawziętość. Ponadto w naszym małym zespoliku przez te parę lat wspólnych wycieczek wyrobił nam się wyraźny podział na role i zadania, które mamy w trakcie wycieczki wypełniać. Na przykład Kuby nie obchodzi utrzymanie kierunku i tempa marszu, bo to moja rola. Ja natomiast nie zastanawiam się dla przykładu tym, czy po zejściu z jakiegoś małego urwiska nie poplątały się linki, bo wiem, że Kuba ma nad tym panować.

          Na pewno bardzo głęboko w pamięci wryła mi się zimowa wyprawa z tego roku.  Przede wszystkim ze względu na to jak bardzo była trudna. 30 stopni mrozu, strome podejścia i bardzo mocny wiatr. Przy okazji nie zapomnę cudów, które powstały za sprawą mrozu na bagnach. Były to całe krzaczki wykonane z szadzi, ciemne kółka w lodzie i cała masa innych dziwów. Przy okazji tej wycieczki dokonaliśmy jednego z najbardziej brawurowych wyczynów w naszej historii. Przejście po złamanym drzewie. O tym, że było złamane dowiedzieliśmy się tak gdzieś około połowy.  Poza tym, że było powalone i wyglądało zdradliwie to trzęsło się i trzeszczało przy każdym ruchu. Nie zawaliło się w kilkumetrową przepaść pod nami tylko dzięki temu, że nie szliśmy równocześnie, tylko jeden po drugim. To był taki zimowy skok adrenaliny.

          Koniecznie wspomnieć muszę o moich ostatnich wojażach, głownie ze względu na istny armageddon, jaki przeżyliśmy na szczycie. Poza tym to była chyba najdalsza wyprawa, pokonana w bardzo dobrym tempie. dłuższą relację z tej wycieczki można przeczytać tutaj.

       A trzecia z najbardziej pamiętnych wycieczek, to dobry materiał na osobną notkę.

Pozdrawiam

         

     

 

wtorek, 7 sierpnia 2012

25. Top 5 moich ukochanych książek.

     Jako, że wczoraj wypowiedziałem się na temat książek, postanowiłem nieco podążyć temat.  Bowiem przez 3 lata przeczytałem bardzo dużo, często pisałem co akurat czytam przy herbacie, i co piję przy czytaniu. Pora więc powiedzieć co nieco o moich ulubionych książkach.

Miejsce 5. " Dżuma" A. Camusa
      Przedstawienie zamkniętego, niszczonego, zdeprawowanego miasta, nad którym rzeczywistej kontroli nie ma nikt. Portrety ludzi, którzy w różny sposób podchodzą do takiego stanu rzeczy. Głębokie studium nad ludzkimi odruchami i działaniami konformistów, bohaterów, idealistów i wielu innych. Nie ma w tej książce elementu, który mógłby mi się nie podobać. Jako, że była to lektura, to marzyłem, żeby pojawiła się na maturze. Miałem świetny audiobook, który czytał mi Zbigniew Zapasiewicz.

Miejsce 4. "Ani słowa prawdy" J. Piekara
     Z żadnej strony nie jest to arcydzieło i między pozostałymi książkami z mojego zestawienia, jeśli chodzi o ambicje, nie ma czego szukać.  Jednak mam straszny sentyment do Arivalda i jego dziwacznych przygód.  Jeśli chodzi o mój ulubiony gatunek literacki- fantastykę, to "Ani słowa prawdy" jest takim zbiorem wszystkiego co w niej lubię. Mieszanie konwencji, wykrzywianie świata, przymrużenie oka na świat rzeczywisty, ale przy tym zachowana jest typowa budowa charakterystyczna dla epickich przygód bohaterów fantasy. Spora dawka humoru, fajny język. Marzyłem, żeby powstała kontynuacja i więcej opowiadań, jednak muszę zadowolić się tym co jest. Z całego mojego zestawienia, to jest jedyna książka, której nie mam.

Miejsce 3. "Wojna światów" H.G. Wells
     Wells to mój absolutny mistrz jeśli chodzi o science-fiction. Nie wiem, czy to dlatego, że w XIX wiecznym SF potrafi zaskoczyć swoim pomysłem, czy dlatego, że był prekursorem gatunku. Byłem pewien, że umieszczę jakiś jego utwór w pierwszej trójce i miałem spory dylemat między "Wehikułem czasu", "Wyspą doktora Moreau" i właśnie "Wojną światów". Wybór padł na apokaliptyczną wizję ataku z kosmosu, ze względu na to, że nie tylko świetnie się bawiłem przy czytaniu opisów heroicznej walki z najeźdźcą, ale także dlatego, że lubię czytać o ludzkich odruchach w sytuacjach kryzysowych, sytuacjach zagrożenia życia.  Studium nad ludzką naturą nie tak głębokie jak w "Dżumie", ale i zagrożenie inne. Poza tym uwielbiam XIX-wieczny język i składnię. Dosłownie chłonąłem klimat tej książki. Poza tym to pierwszy utwór Wellsa, jaki przeczytałem.Uwielbiam Wellsowych bohaterów, często bezimiennych i praktycznie nieopisanych. Poza tym, podoba mi się nagminnie stosowana przez niego narracja pierwszoosobowa. Mam dwa wydania "Wojny światów", obydwa są paskudne,więc szukam dwóch nowych. Jednego ładnego i jednego w oryginale.

Miejsce 2. "Lalka" B. Prus
     Właściwie to nie wiem jak uargumentować mój wybór. Książka podobała mi się przede wszystkim dlatego, że lubię pozytywizm. Ideologia pozytywistyczna byłaby mi bliska i moim zdaniem jest szczytowym osiągnięciem myśli filozoficznej polskich literatów. Zwłaszcza w porównaniu z romantyzmem. Poza tym polubiłem tego idiotę Wokulskiego. Gdyby nie ta przeklęta romantyczna cząstka w jego duszy, to byłby chyba moim ulubionym bohaterem literackim. Z drugiej jednak strony to właśnie ta durna romantyczna cząstka motywowała większość jego działań. Poza tym syndrom Izabeli, który każdy facet miał, ma, lub mieć będzie.  Świetnie sportretowane czasy. Moje ulubione czasy, wiek pary w Warszawie. Przy okazji to jedna z nielicznych XIX-wiecznych polskich pozycji, w której nie ma tego całego narodowościowego pierdolenia, jak to Polakom było źle i niedobrze. Zaborcy w Lalce prawie nie ma.  Tak jak u Wellsa XIX-wieczny język. Poza tym lubię otwarte zakończenia. Polubiłem też strasznie Rzeckiego, pana starego subiekta. Nie potrafię sformułować żadnego logicznego argumentu, który jednoznacznie przesądziłby o tym, że "Lalka" jest wspaniała. Po prostu jest. I tyle. Pierwszy raz czytał mi ją Jerzy Kamas..... Oddałbym wiele, żeby mieć taki głos jak on i potrafić tak nim dysponować. Nie robiłbym nic innego, tylko czytał książki na głos. Mam też stare, książkowe wydanie, które mi się nie podoba i chyba zainwestuję w nowsze i ładniejsze.

Miejsce 1. "Mistrz i Małgorzata" M. Bułhakow
      Wielkiego zaskoczenia pewnie nie ma. "Mistrz i Małgorzata", arcydzieło literatury, najlepsza powieść wszech czasów. Jest wszystko, wykrzywiona rzeczywistość, studium nad ludzką naturą, myśl filozoficzna, humor, magia, symbolika, odniesienia do religii, historii, literatury,polityki, psychologii. Prawdziwe dzieło życia.  Przedstawienie Rosji radzieckiej z punktu widzenia intelektualisty. Wyborne przedstawienie Szatana bardziej ludzkiego od ludzi, który znalazł się w kraju reżimu bardziej nieludzkiego niż diabeł.Poza tym jego świta, czyli ulubieniec wszystkich Behemot, moim zdaniem przezabawny Korowiow, i groteskowo przerażający Azazello. Pierwszy raz czytałem egzemplarz wypożyczony z biblioteki, pełen odręcznych drobnych notatek, które okazały się wyjątkowo przydatne i wyjaśniały rzeczy, któyrch wtedy jeszcze nie do końca ogarniałem (pierwszy raz sięgnąłem po "MiM" mając 15 lat) . Bardzo fajnie mi się czytało za drugim razem, kiedy sprawiłem sobie egzemplarz, w którym na czerwono zaznaczone są ingerencje rosyjskiej cenzury. Czasem dziwiłem się dlaczego coś wykreślali, czasem nie mogłem się nadziwić jak bardzo długie fragmenty po prostu im nie pasowały. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę jak bardzo dużą krzywdą dla literatury i kultury ogólnie jest cenzura. Strasznie polecam też rosyjski 10-odcinkowy serial ze świetną muzyką i klimatem.




poniedziałek, 6 sierpnia 2012

26.Książka, ale czy tylko na papierze?

    Czytelnictwo upada, to jest niestety fakt. Ludzie mało czytają, a tylko w tym roku kalendarzowym wyrobiłem już statystyczną, roczną normę około 23 Polaków. Bo statystyczny Polak czyta 1 książkę rocznie. Ja rozumiem, że to nie musi być rozrywka dla każdego, ale czasem jak widzę chełpienie się tym, że się nie czyta i nie lubi książek, to bierze mnie czarna rozpacz. To tak jakby się chwalić tym, że nie używa się mózgu, a to wolelibyśmy raczej trzymać jako jeden z najskrytszych sekretów.
    Nie o tym miałem jednak pisać. Wchodzimy z impetem w XXI wiek, zaczęliśmy drugie dziesięciolecie, a ludzie poddają procesowi cyfryzacji wszystko, także książki, które w formie e-booków w tamtym roku w Ameryce cieszyły się sprzedażą o wiele lepszą, niż ich papierowe odpowiedniki. Osobiście nie rozumiem tego trendu. Nie jestem aż takim geekiem, żeby cieszyć się samym faktem czytania czegoś z cyfrowego ustrojstwa. Kiedyś usłyszałem argument, że normalnie nie mogę mieć przy sobie 120 książek. No tak, ale po chuj mi tyle książek, skoro i tak aktualnie czytam jedną? Czytniki e-booków ułatwiają też dostęp do gazet, które można ściągać bezpośrednio do kieszeni, nie wychodząc z domu. Gdybym był fanem gazet to może ten argument by w jakimś stopniu mógł do mnie przemawiać. Wychodzę raczej z założenia, że skoro mam to samo na stronie internetowej, to po co mam ślęczeć nad małym ekranikiem, jeśli wygodnie mogę się rozłożyć w fotelu i poczytać bogato ilustrowane artykuły na moim 17 calowym monitorze? Generalnie rzecz ujmując nie jestem szczególnym fanem i zwolennikiem e-booków.
     Inaczej się sprawy mają z audiobookami, których jestem fanem. Lubię jak mi aktor czyta. Bo zwykle czyta ładnie i generalnie lepiej niż gdybym sam chciał sobie poczytać na głos. Audiobooków jest niestety mniej niż e-booków, ale zawsze są dosyć porządnie zrealizowane. Zawsze (od małości) lubiłem słuchać jak w radiu była czytana jakaś powieść, nawet jeśli nie miałem pojęcia co to było, to słuchałem uważnie, po czym wracałem do czynności, które zazwyczaj wykonuję słuchając radia, czyli mycie naczyń, sprzątanie, albo wszelkie prace w garażu. Generalnie jest jestem niewiadomo jakim radiosłuchaczem, bo wolę swoją muzykę, ale jak czasem nie mam nic ciekawszego do roboty, to posłucham co ciekawszych audycji (Bo przecież jeśli radio, to tylko trójka i radio Rzeszów).
      Książki papierowe, to dla mnie swoiste sacrum. Nie potrafię wyrzucić książki, spalić, ani zrobić jej jakiejkolwiek krzywdy. O ile cały mój pokój i moje otoczenie to umiarkowanie kontrolowany chaos, to półka z książkami świeci przykładnym poukładaniem i harmonią. Lubię nowe wydania, jeśli mają coś niezwykłego do zaoferowania (np. ingerencje cenzury), jednak najbardziej lubię wydania nieco starsze. Koniecznie gruba okładka, najlepiej jeśli jest pokryta tym takim skóropodobnym materiałem, w tytule są tłoczone złote albo srebrne litery. Najlepiej jeszcze jak "wbudowana" jest taka materiałowa zakładka. Lubię też jeśli pojawiają się ryciny w trakcie. Książki takie wyglądają oldschoolowo i mają zajmują cały jeden rząd na moim regaliku, tworząc kolorową przeplatankę tytułów i faktur. Książki papierowe pachną. Uwielbiam zapach nowej książki i chrzęst okładek przy pierwszym szerokim otwarciu. Lubię też książki stare. Ich zapach starego papieru, delikatny klej, czasem delikatne naniesione ołówkiem adnotacje. Książki takie mają własny charakter i czasem, jeśli są dosyć wiekowe i trzeba je czytać bardzo delikatnie, czytanie zmienia się w ceremonię.          
      Nienawidzę jak ktoś czytając moja książkę, przewraca strony łapiąc za lewy dolny róg strony. Potem kolejne strony są odginane i książka zamiast mieć ładne, równe strony to faluje. Czytanie jest zgubne dla mojego kręgosłupa, bo kiedy zaczynają mnie boleć plecy, to przyjmuję najróżniejsze, często bardzo nienaturalne pozycje. Ale podejrzewam, że to akurat nie jest tylko moja przypadłość.



    Reasumując, nie rozumiem idei e-booków,a czytniki do mnie nie przemawiają. Popieram i bardzo lubię audiobooki, ale niekwestionowaną świętością, na którą nigdy nie jest mi szkoda pieniędzy są książki papierowe. 



niedziela, 5 sierpnia 2012

27.Jak się nie dać zombie?


    Zombiaki! Któż by ich nie kochał. Są krwiożercze, śmierdzą, rozkładają się i wykazują poziom intelektualny równy co sprytniejszym gołębiom. W okolicach Halloween pojawia się masa tekstów, seriali, filmików, filmów etc.  traktujących o zagrożeniu płynącym ze strony amatorów ludzkich szarych komórek. Oczywiście najwięcej   pochodzi zza oceanu wprost od wujka Sama, ale mamy też naszą rodzimą produkcję, wydaną niedawno Dead Island.
    Wyjdę może od tego, czym zombie są. Wywodzą się z wierzeń ludów karaibskich, potomków niewolników z południa USA i wszystkich okolic, w których prym wiodła religia voodoo. W praktyce byli to niewolnicy naszprycowani przez szamana wszystkimi narkotykami równocześnie i posłani do pracy przy kukurydzy. Dorobiono potem otoczkę mówiącą o duchu zamieszkującym ciało zmarłego człowieka, który jest relatywnie posłuszny i może robić w polu za dwóch. Duchy zamieszkujące zwłoki sprawiały, że trup był dosyć silny, jednak nie był zbyt rozmowny. Tak kształtuje nam się popkulturowy zombiak. Żywy trup, wyłażący z grobu, żeby zaspokoić jedyne pragnienie jakie nim steruje- głód. Przyczyny powstawania zombie zwykle nie są znane, zawsze wiadomo, że trzeba je wybić, zanim zostanie się zjedzonym. Pierwszym popkulturowym superhitem o zombie była "Noc żywych trupów". Ostatnio dorabia się coraz częściej teorię, że zombie to ofiary jakiegoś mutującego wirusa, a nie po prostu żywe trupy (resident evil, left 4 dead, walking dead).
    Źródłem strachu budzonego przez zombiaki nie  jest tylko fakt, że to co jeszcze tydzień temu nie żyło, teraz ma się całkiem nieźle i lezie w moją stronę. Ludzie boją się ich, bo one mogą ich zjeść, zawsze mają przewagę liczebną, zwierzęcy instynkt i trudno je zabić. A jak na dodatek są szybkie, to lepiej jest się posypać przyprawą, wetknąć jabłko w usta i czekać jako ładnie przystrojona potrawka. Na szczęście szybkie zombie zdarzają się równie rzadko, co Murzyn w Alabamie.
    Sposobów na pozbycie się zombie jest masa. Najczęściej skuteczne są: dekapitacja, uszkodzenie mózgu lub rdzenia przedłużonego, spopielenie i rozczłonkowanie.Pozostałe sposoby, które powinny zadziałać na człowieka, na zombie mogą nie pomóc (zależnie od uniwersum oczywiście). O ile cześniej rzadko to się zdarzało, najnowsze produkcje łączą zombiaczą zarazę z apokalipsą, lub postapokalipsą. Co prowadzi oczywiście do rywalizacji gatunków. Homo Sapiens, jako gorzej przystosowany musi walczyć ze swoim naturalnym wrogiem (zombie) i walczyć o przetrwanie. Światy opanowane przez zombie zwykle nie są mało plastyczne i nie da się tam osadzić ciekawej fabuły, ale są sombie, jest zabawa!
    Kolejną nowością dotyczącą zombiaków jest możliwość zarażenia się zombiactwem. Zdarty prosto od wilkołaków- ugryzienie, zadrapanie.  Po raz kolejny twórcy poszli w ilość. Im więcej zombie na ekranie tym bardziej zaszczuty bohater, ergo tym lepiej!
    Na podstawie moich obserwacji wynalazłem idealny sposób na walkę z zombie. Weźmy scenariusz postapokaliptyczny. Wystarczy włamać się do muzeum zwinąć pełną zbroję płytową, coś ostrego do dekapitowania  przeciwników i tyle! to dziecinnie proste. Praktycznie nie ma opcji zostania zranionym przez zombie, kiedy ma się na sobie blachę i kolczugę. Nie trzeba się kryć po kątach, tylko można iść śmiało pomiędzy trupy. Jak skończy się amunicja, to ma się pod ręką miecz/topór/maczetę którą utrzymamy przeciwnika na dystans i odrąbiemy niepotrzebne elementy. Aż się dziwię, że ten motyw nie został jeszcze użyty, albo po prostu się z nim nie spotkałem. Jak ktoś widział coś podobnego, to proszę o napisanie o tym w komentarzu.
    Przez lata idea zombie i same zombie ewoluowały. Z gnijących żywych trupów grasujących po cmentarzach, przekształciły się w krwiożercze, rozmnażające się przez drapanie tabuny zarażonych. Jedno jest pewne, gdyby po epidemii czarnej śmierci w średniowieczu wybuchła epidemia zombie, rycerze by sobie poradzili!

sobota, 4 sierpnia 2012

28. Słów kilka o krwiopijcach.


    Jako, że The Fakto upadło równie nagle co się narodziło, to postanowiłem wrzucić moje tamtejsze teksty tutaj. Miłej lektury.



                Wampiryzm jest zjawiskiem istniejącym w kulturze właściwie od zawsze. Jest  uosobieniem lęku człowieka przed zezwierzęceniem, któro w tym przypadku jest przemianą człowieka w potwora nocy, nocnego łowcę. W przeciwieństwie do likantropii, która zakłada zwilczenie człowieka, wampiryzm jest niedookreślonym przejawem przemiany człowieka w coś, co żywi się ludzkim mięsem lub/i krwią. Człowiek, będąc na szczycie łańcucha pokarmowego czuje się bardzo nieswojo w środowisku, gdzie jest tylko kolejnym ogniwem.  Poza tym, niedoskonały zmysł wzroku, uniemożliwia widzenie w ciemności, lub po zmroku. Mamy zakodowane, że boimy się tego, czego nie widzimy, teraz wystarczy dodać do tego bycie tylko ogniwem łańcucha pokarmowego i mamy gotowy przepis na nocnego łowcę wzbudzającego przerażenie na każdej szerokości geograficznej.  
                „Ale jak to!” Zakrzykniecie. „Przecież wampir jest istotą dookreśloną! Nietoperzowanym stworem”.  Otóż nie. Istoty określane przez nas uniwersalnie „wampirem” rozwijały się niezależnie na wszystkich kontynentach. I tak mamy psy, nietoperze, ptaki drapieżne i niedookreślone monstra, które zatraciły swoje człowieczeństwo.  Pisarze i inni twórcy zhomogenizowali te istoty tworząc przekaz uniwersalny.  
                Nasz europejski wampir, został oczywiście stworzony przez Brama Stokera, który oczernił postać hospodara wołoskiego Wlada palownika i zrobił z niego to, co teraz nazywamy wampirem. Potem było już tylko gorzej, ponieważ literatura i film zauważyły potencjał drzemiący w postaciach wampirycznych. Powstała masa pulpowych opowiastek, harlekinów etc. , w których wampir zamiast straszyć, staje się wyidealizowanym, pięknie zbuntowanym kochankiem.  
                Dlatego to, co zrobiła pani Meyer nie jest zniszczeniem wizerunku wampira. „Zniewieściały” Edward, to żadna nowość. Straszne, oldschoolowe wampiry znajdziemy tylko w horrorach, tam gdzie ich miejsce. Literatura i kultura popularna,  przerobiła strasznego, nocnego łowcę na romantycznego buntownika.  Nie należy więc rwać włosów z głowy, gdy kino i telewizja zaserwują nam kolejne romantyczne popychadła dla wampirów z krwi i kości. Kiedy chcemy dawki wampirzego klimatu, trzeba sięgnąć pod popkulturową otoczkę,  do tworów takich jak uwielbiany przeze mnie „Hellsing”, albo „Underworld”.
                Nasza rodzima literatura także nie obyła się bez zniewieściałego krwiopijcy. Pamiętacie Gustawa z IV części „Dziadów”? Z opisu postaci, jego zachowania i jego historii wynika jednoznacznie, że nie jest człowiekiem. Badacze literatury często określają go mianem upiora, który jest po prostu słowiańskim wampirem.  
                Tak więc wampir będąc strachem uniwersalnym ewoluował z postrachu wiosek, czającego się gdzieś w ciemnościach i dybiącego na ludzką krew i mięso, w romantyczną, charakterystyczną postać pojawiającą się w wielu utworach, niekoniecznie jako  istota straszna. Nasza kultura, uodporniła nas na strach przed wieloma zjawiskami, w tym przed wampiryzmem.  Oczywiście światowy bestseller Meyer , naświetlił tylko tą sprawę, bo wampiry wróciły na pierwsze strony gazet, szkoda tylko, że brukowców.  W końcu będzie tak, że jedynym czego będziemy się bać, to utrata konta na facebooku.

piątek, 3 sierpnia 2012

29. Oznaczenia herbat łamanych-ciętych (broken tea)

   Tak samo jak herbaty liściaste, herbaty łamane mają swoje oznaczenia określające ich jakość. Oto druga część mojego przewodnika po oznaczeniach jakości herbat.Nie opisuję wszystkich oznaczeń, bo jest ich za dużo, wybrałem te, które pojawiają się najczęściej i te, które sam miałem okazję próbować. Zaczynamy!

TGFBOP 1- Tippy Golden Flowery Broken Orange Pekoe. Bardzo dobrej jakości herbata z Assam i Darjeeing. Listki są równo pocięte i tak jak nazwa wskazuje zawiera dużo wierzchołków listków (tips), które także są pocięte. np. Lipton w piramidkach, który moim zdaniem jest bardzo smaczny.

GFBOP- Golden Flowery Broken Orange Pekoe. Najwyższa klasa herbat z Kenii i Assam. Ma mało wierzchołków, a listki są pocięte na kawałki różnej wielkości.Wydaje mi się, że Bioactive używa herbaty tej jakości w swoich herbatach sypanych.

GBOP- Druga klasa jakości herbat Kenii i Assam. Jeszcze mniej wierzchołków, drobniej pocięta.

FBOP- Flowery Broken Orange Pekoe, grubo łamana, bardzo mało wierzchołków, przykładowo Krakowski Kredens używa herbat o tym oznaczeniu. Mi herbaty KK nie smakują.

BOP- Broken Orange Pekoe, główny stopień określania jakości prawie wszędzie. Nie ma co szukać szczytów. Daje ciemny napar, dosyć aromatyczna.

BT- Broken Tea, Liście są duże i mięsiste, bardzo równo pokrojone, mają dużą objętość. Spotkałem się kilka razy z taką herbatą w kawiarniach, ale niestety nie przypadła mi do gustu, nie wiem czemu.

BOPF- Broken Orange Pekoe Fannings. Bardzo drobno pocięta herbata bez szczytów, Ceylon używa herbaty tej jakości. Jest dosyć smaczna, idealnie nadaje się jako baza dla herbat smakowych w torebkach.

TGFOF- Tippy Golden Flowery Orange Fannings. Tej herbaty stosuje się do produkcji wysokiej klasy mieszanek ekspresowych np. Ahmad. Są szczyty, jest delikatnie i bardzo smacznie.

PD- Pekoe Dust. Bardzo drobna, prawie pylista herbata, stosowana przy robieniu herbat ekspresowych dla mas np. Saga. Śmieję się, że tą jakość otrzymuje się zamiatając magazyny herbaty. Na temat smaku nie mam się nawet co wypowiadać, bo to herbata nie dla smaku, ale dla samego faktu nie picia wrzątku, tylko herbaty.


   Zasada jest prosta, im wyżej listek rośnie na krzaczku i jest mniej rozwinięty, tym herbata delikatniejsza. Listki rosnące niżej trzeba łamać, ciąć, czy poddawać innym procesom mechanicznym, bo w przeciwnym wypadku w filiżance, kubku, albo szklance pływałyby liście wielkości tytoniowych. Niektóre herbaty białe (robione z tych najwyższych zwiniętych jeszcze listków) hoduje się, zakrywając krzewy herbaciane przed dostępem słońca, przez co hamuje się rozwój listków.  Herbaty liściaste są droższe, bo muszą być zbierane ręcznie, żeby nie pouszkadzać liści.

    Na temat różnych typów herbaty wypowiem się kiedy indziej.  Tym razem mam jednak nadzieję, że moje zestawienie chociaż odrobinę pomoże przy wyborze herbaty do dobrej książki.
Smacznego.

czwartek, 2 sierpnia 2012

30. Oznaczenia herbat liściastych.

    Na opakowaniach, puszkach, woreczkach albo w menu herbaciarni lub restauracji, przy nazwie herbaty (lub miejscu jej pochodzenia) podawane są enigmatyczne zlepki literek. np. Assam STGFOP. Na pierwszy rzut oka nic to nie mówi. Próby rozszyfrowywania skrótu spełzają na niczym. Wystarczy jednak łyknąć trochę tematu herbat i poczytać, żeby poruszać się w tych nazwach bez problemu.
    Przede wszystkim oznaczenia te nie oznaczają smaku herbaty, a jej jakość.

Najpierw herbaty liściaste (Leaf Tea), te lepsze, zawierające całe liście.

GT- Golden Tips, pochodzą  z Assamu i Darjeelingu i są to samiutkie koniuszki krzewu herbacianego. Praktycznie nie mają smaku, służą raczej do polepszania wyglądu i wkurzania tych, którzy nie lubią jak im coś w filiżance pływa.

SFTGFOP 1 / FTGFOP- Special Fine Tippy Golden Flowery Orange Pekoe 1 i Fine Tippy Golden Flowery Orange Pekoe... Najczęściej pochodzi z plantacji Darjeeling (wcześniej też z Assam). Bardzo dobra jakość, dobierane z niezwykłą starannością. Delikatny smak. Moim zdaniem herbata dla pedantów, bo listki mają prawie identyczną wielkość.

TGFOP/ TGFOP1- Tippy Golden Flowery Orange Pekoe, albo jak ja wolę rozwijać ten skrót Too Good For Ordinary People. Jeśli zastanawialiście się jak smakuje niebo, to właśnie tak, bo to jest herbata najwyższej jakości pochodząca z Assamu  lub Darjeelingu. Jeśli uda Wam się wyhaczyć ją w kawiarni, herbaciarni, albo gdziekolwiek indziej, to bierzcie, bo na prawdę warto, jest zjawiskowo dobra.

GFOP/ GFOP1- Golden Flowery Orange Pekoe. Prawie na pewno pochodzi z Kenii i jest dobrej jakości.

FOP/FOP1- Flowery Orange Pekoe, Herbata drugiej klasy jakości, według norm chińskich dobrej jakości. Listki są dziurawe, zdrewniałe, często dosyć ciemne. Jak herbata z tym dopiskiem jest w karcie i jest droga, to nie warto...

OP Sup.- Orange Pekoe Superior. Bardzo wysokiej jakości herbaty o małych listkach. Oznaczenie to stosuje się tylko i wyłącznie dla herbat pochodzących z plantacji indonezyjskich. Osobiście nie miałem jeszcze okazji spróbować.

OP- Orange Pekoe. Cejlon i Jawa, sztywne, relatywnie długie listki pozbawione wierzchołków (tips). Wierzchołki są delikatniejsze i bardziej cenione, dlatego  trafiają do lepszych jakościowo herbat. Bez szaleństwa.

BOP 1- Broken Orange Pekoe, herbata półliściowa. Pochodzą z nizin Cejlonu, listki są grube i czarne. Herbaty z tym oznaczeniem są herbatami liściastymi najniższej jakości, co nie oznacza, że są niedobre. Są po prostu gorsze od tych, które mają cienkie listki i dają delikatniejszy napar.

   Tyle na dzisiaj, następnym razem napiszę o herbatach łamanych (ciętych).
Niestety nie miałem jeszcze okazji spróbować wszystkich jakości i gatunków herbat wymienionych w tym zestawieniu, jednak piłem większość. Ciężko jest mi przytaczać producentów herbat, ponieważ herbaty liściaste są sprzedawane w herbaciarniach. Cały przekrój jakości, pochodzenia i smaku wiem, że dostępny jest w herbaciarniach Five O'Clock, ale ich nie ma zbyt wiele w naszym kraju.

 Mam nadzieję, że choć trochę się przyda to, co napisałem i smacznego!



środa, 1 sierpnia 2012

31.

  I stało się, jest 1 sierpnia. Zostały mi 2 miesiące wakacji, a blogowi miesiąc życia. Wchodzę na ostatnią prostą, więc w tym miesiącu będzie jeden post dziennie. Jeśli nie, to znaczy, że nie żyję.

  Życzę miłej lektury.