środa, 31 marca 2010

Tęsknię za...

Najpierw był chaos właściwie nie widziałem gdzie jestem. Kształty, kolory, ogrom i przede wszystkim ogrom. Wszechogarniający i wszechobecny. Po chwili oddechu przyszła pora na drugi zachwyt o niebo doskonalszy od pierwszego, bo ogrom przestał przytłaczać, a zaczął fascynować.
I to pytanie: "czy to zrobił człowiek?" Odpowiedź znałem. Fascynacja przerodziła się w ciekawość. I z ciekawością oglądałem dokładnie każde zdobienie, próbowałem dostrzec każdy szczegół od mozaik na posadzce po freski na suficie. Płaskorzeźby, obrazy, krucyfiksy, witraże i ołtarz. Ogrom i przepych. Za każdym razem jak wchodzę do budowli gotyckiej czuję się jak wtedy, kiedy miałem lat 12? i pierwszy raz zobaczyłem ten ogrom. Moja miłość do tego stylu została nakarmiona najbardziej w trakcie wycieczki do Niemiec i rok wcześniej do Włoch.
Bazylika na Lateranie.
Budowana w latach 904-911 a oddana do użytku w 1144, monumentalna budowla, w której czuć ducha Rzymu i ducha chrześcijaństwa. Nie mówię tu o zadumie, a raczej pysze i bucie. Przepych i piękno tego budynku przytłaczało mnie i nie byłem sobie nawet w stanie wyobrazić jak bazylika wyglądała w latach swej świetności czyli XV i późniejszych wiekach, kiedy była już wykończona i wyposażona. Nie jest to budynek gotycki ale jest epicka.


Następną budowlą , jaka zapadła mi najbardziej w pamięć był zamek w Malborku. Nie mam się nawet co o nim rozpisywać, bo to zbyt rozległa budowla a i moją wizytę pamiętam jak przez mgłę.
W tamtym roku miałem okazję wyjechać do Niemiec. Kraju, który w okresie kiedy powstawały budowle gotyckie przeżywał swój rozkwit, a w Bawarii (gdzie byłem) ludzie bardzo lubili ten styl.
Katedra w Ratyzbonie (Ragensburgu)
Piękny budynek, którego wnętrze porażało swoim pięknem i ogromem.
Katedra jak wiele budynków gotyckich nigdy nie ukończona, jak widać na zdjęciu nie ma dachu. na wieżach ale takie było zamierzenie. Jak dla mnie nocą w pełni księżyca ten budynek robiłby najlepsze wrażenie, ale właściwie w każdej chwili zapiera dech w piersiach.
Gotyk jako sztuka sama w sobie zawiera ogromny przepych, ale ten przepych nie jest barokowym złotem , tylko ornamentowaną pustką. Gargulce, płaskorzeźby i krzyże wszelkich kształtów i rozmiarów. Strzelistość i gra światła to wszystko stanowi o pięknie tej architektury.
Najpiękniejszym dotychczas odwiedzonym przeze mnie kościołem gotyckim był kościół w Landshucie. Z zewnątrz nie był tak zachwycający jak katedra w Ratyzbonie, ale wnętrze nie ma sobie równych.

Wydaje się może puste i niezbyt zachęcające, ale ta surowość i brak wszelkich ozdobników stanowią moim zdaniem esencje piękna tego kościoła. Wykończony różowym, kremowym i białym granitem pełen zawiłych zdobień przypominających wijące się wszędzie liście winogron.
Tak moim zdaniem wyglądać powinien każdy epicki zamek, ba każde ważniejsze miejsce fantastycznego świata osadzonego w realiach średniowiecznej Europy.
JEst wiele miejsc, które chciałbym odwiedzić, a jako wielbiciel świętego spokoju Hawaje i Australia stanowią pierwsze miejsca, to jednak, gdybym miał do wyboru lot do Australii i zwiedzenie Katedry w Kolonii albo Notre Dame , to wybór padłby jednak na kościoły.
Niestety nie widziałem też wielu gotyckich zamków zbudowanych pomiędzy zdradliwymi, nagimi szczytami niedostępnych gór. Jednak ruiny majaczące gdzieś w oddali potrafią przykuć moją uwagę, sprawić, że zacznę zastanawiać się nad tym kto mógł tam mieszkać, jak wyglądały za swojej świetności i kto i jak je zdobył. Takie rozmyślania są w moim odczuciu bardzo przyjemne i znajduję niesamowitą przyjemność w gapieniu się w dal i myśleniu jak to wyglądało 100 200 czy 500 lat temu. Muszę zgodzić się ze słowami Mateusza, że ja trochę nie nadaję się do swojej epoki.
Powinienem żyć w średniowieczu, renesansie, wieku XIX. Kiedykolwiek, ale nie teraz, kiedy wszystko jest już odkryte a mgiełkę tajemniczości i poniekąd grozy rozwiewa wszędobylska i wścibska nauka.

Współczesny świat pozbawiony jest właśnie tej tajemniczości, tego czegoś, co czuję gdy wchodzę do tych chłodnych często ciemnych miejsc, których dachy wznoszą się setkę metrów nad moją głową.
Nie mogę tu nie wspomnieć o naszym kościele Farnym w Krośnie. Lubię często tam przychodzić ot tak, żeby tylko sobie posiedzieć, popatrzyć. Z dala od ludzi w ciszy i spokoju pogapić się w ołtarz, poszukać sensu chodzenia tam co niedzielę (zwykle go nie odnajdując) .
Piękne i tajemnicze budowle, a każda z nich kryjąca własne niezbadane tajemnice, roztaczająca czar i tajemniczość wokół całej swojej materii. Nie pasują do współczesnego ułożonego i zabieganego świata. W ich murach dalej brzmią chorały i wzdychania z zachwytu. Trzeba być głupim, ślepym i nieczułym na coś tak delikatnego jak sztuka by nie dostrzegać ich piękna, rustykalnego uroku. Dla mnie to coś więcej niż budowle. To śmiały policzek wymierzony naturze, idealne odwzorowanie idei tamtego okresu. Ich majestat wzbija się ponad poziom miast, ponad ludzkie życie. My umrzemy, a gotyckie katedry będą niemymi świadkami kolejnych pokoleń.
Jedni tęsknią do klimatu małych kin, inni do Kazimierza nad Wisłą, do krakowskich kawiarenek, a ja tęsknię za gotyckimi katedrami.

sobota, 27 marca 2010

PPS

Morałów kilka:
-nie dawaj Alanowi prowadzić dużych imprez
-Nie ucz się Norweskiego
-Marian jest super
-Jasiu jest dziwny
-Kurtka Krysi nie jest miałka


piątek, 19 marca 2010

Eksodus

      Szuler udał się na cotygodniowe ogłoszenie kolejności listy gildii z zaświadczeniem zgonu niejakiego Jonsona Browna i ze świstkiem o grze z Jonsonem pięć godzin wcześniej. Spotkanie odbywało się jak zwykle na sporej sali audiencyjnej rezydencji szulerskiej pod Londynem. Jak zwykle rozdawaniu kart z nazwiskiem numeru poprzedniego było straszne zamieszanie. Szuler nie lubiąc ścisku poczekał na przerzedzenie się tłumu i podszedł do okienka. Jego pojedynek zatwierdzono, nadano mu rangę numeru 31.Dostał dwie koperty. W jednej było nazwisko i miejsce pobytu numeru 30 , a druga koperta była zupełną nowością. Pożegnał grzecznie portierkę i odszedł. Z karocy wysiadł trzy godziny później na Oxford street. Robiło się późno, siadała mgła, a gazowe latarnie jak zwykle tylko dodawały tajemniczości niebezpiecznym uliczkom południowego Londynu. Wszedł do herbaciarni, przy jego stoliku leżała już gotowa zielona herbata i ciepła szarlotka. Przy tym samym stoliku z wieczornym „Timesem” siedział Mak.
-Jak spotkanie? -zapytał , gdy Szuler usiadł i nalał sobie herbaty.-Jak zwykle wszyscy chcieli dostać ich kwitki, ja musiałem czekać, teraz dostałem dwa. Obydwie koperty mają monogram Gildii Szulerów- Powiedział wyjmując z wewnętrznej kieszeni marynarki koperty i kładąc je na stole.-Ciekawe kto to taki?
-Zobaczę jutro.
Resztę wieczoru Szuler spędził przy herbacie. Zjadłszy kolację udał się na spoczynek.
* * * *
-Gdzie szef?- zapytał Mak młodą Japonkę , która w herbaciarni przy Oxford street parzyła wyśmienite herbaty.
-Uu siebie na gusze.
-Dziękuję.
Mak od trzech dni nie widział Szulera. Czasami zdarzało mu się znikać na kilka dni , gdy wyjeżdżał do swojego domku w Walii , gdzie swoją drogą spędzili szalone wakacje.
Wszedł do zagraconego mieszkania. W sypialni na łóżku leżał Szuler. Ubrany w koszulę nocną i nowy kapelusz , którego rondo zakrywało oczy. W ręku trzymał rewolwer, którego lufa właściwie jej końcówka tkwiła między zębami. Bębenek był raczej pusty, bo Szuler ciągną za spust raz po raz. Wokół wszędzie walały się filiżanki herbaty i okruchy po jego ulubionych croissantach .Trzydniowy zarost i przekrwione oczy świadczyły o tym , że Szuler przez cały ten czas nie spał.
-Co to ma być, coś ty zrobił?
Pokazał rewolwerem na kartkę leżącą obok. Mak uniósł ją do oczu i czytał.
„Numer 30
Imię: Viktoria Hanowerska
Miejsce pobytu: Pałac Buckingham”
Odłożył karteczkę delikatnie i uniósł drugą rozdartą kopertę.
                                                                                „Do numeru 31.
       Mamy zaszczyt poinformować Pana, że zgodnie z zarządzeniem Rady Gildii Szulerów z dn.16.VII.AD 1872, gracz numer 30 i wyżej ma prawo do odejścia z szeregów gildii na tzw. Wieczysty Odpoczynek. Operacja polega na zrzeczeniu się swojego numeru, zrzeczeniu się prawa do pojedynków w Gildii, zrzeczeniu się obowiązku gry z numerami niższymi i wpłaceniu opłaty wypisowej w wysokości 13 000 Funtów Brytyjskich. Po wykonaniu tych czynności, były wtedy członek Gildii będzie dostawał comiesięczną wypłatę w wysokości 1% całkowitych miesięcznych zarobków Gildii.

Z poważaniem Numer1.”

       Mak przeczytał list drugi raz i trzeci.
-Szuler. Tu jest to o czym marzyłeś. Ustatkowanie.
-Wiem -powiedział tępo patrząc się w sufit.
-Będziesz grał z królową?
-Nie wiem-odparł dalej tępo patrząc w sufit.
-Dlaczego leżysz tutaj od trzech dni nie dając znaków życia zamiast brać się za robotę?.
-Myślę.
-Nad czym?
-Zgadnij…
-No tak. Przyszło ci już coś do głowy?
-Nie.
-Pamiętaj. Nie rób niczego głupiego.
-Taa, jasne , wiem wiem.
Mak wyszedł. Drzwi trzasnęły.
* * * *
       Szuler wybiegł. Niedawno prosto z Indii dostał wspaniały czerwony płaszcz. Deszcz zalewał mu oczy. Mgła zdawała się wydobywać ze wszystkich zakamarków, by wypełnić swoją bielą i puszystością resztę Oxford Street. Było dobrze po północy.
Drzwi herbaciarni otworzyły się z hukiem.
-Mam plan!
Wszyscy goście równocześnie odwrócili głowy w kierunku zmoczonego dżentelmena, stojącego w progu. Tylko Mak siedział w kącie i czytał dalej książkę. Dosiadł się do niego Szuler.
-Wiem co zrobić, musisz mi jednak pomóc. Pytam więc czy jesteś gotowy na walkę, niebezpieczeństwo, łamanie prawa i to cały czas pod groźbą w najgorszym wypadku ścięcia głowy? Czy gotowy jesteś zawrzeć pakt z najbardziej plugawą siłą jaka porusza się po tej ziemi? Stawić czoło przeciwnikom , których istnienia podejrzewać nawet nie możesz?
-Taa- odpowiedział Mak-Co zrobimy, ja polecę na Księżyc, a gdy wszyscy będą patrzeć jak po linie przechodzę się na Saturna , ty zawrzesz pakt z diabłem i nagle pojawisz się w Indiach z kwitkiem na wypłaty?
-Gorzej. Oto co zrobimy.
* * * *
       Szli szybkim krokiem. Szuler, a za nim trzech mafiosów.
-Stać, straż!
Strzał
-I po straży.
Weszli do pałacu Buckingham. Było dobrze po północy. Skręcili do prywatnych komnat królowej. Doszli do sypialni.
-Stuk puk!
Mafioso z karkiem jak drzwi od katedry Cantleburry kopniakiem wywalił drzwi z zawiasów.
Pod zamkiem walczyła mała armia płatnych morderców najęta przez Szulera. Tej strasznej nocy karczmy nad Tamizą opustoszały.
Szuler powoli wszedł do sypialni. Padł strzał. Mafiosi nie żyli. Szuler ich zastrzelił.
-Nie potrzebujemy świadków.
-Kim pan jest?
-Numer 31 , do usług.
-Bezczelny….
-Nie , gdzieżby tam- powiedział Szuler zdejmując rękawiczki i wyjmując talię kart.
-Co to ma znaczyć? Straże!
-Grasz pani?
-Straż!
-Nie żyją, a reszta walczy.
-Z kim?
-Nagłe , nieopanowane niczym separatystyczne rozruchy w dokach sprawiły, że klasa pracująca rzuciła się na tych skurczybyków, co całą śmietankę spijają.
Królowa nieufnie patrzyła na wysokiego ciemnowłosego jegomościa w czerwonym płaszczu. Wstała z łoża, podeszła do komódki i wyjęła whisky. Postawiła butelkę na stoliku do gry.
-Wrócę za sekundę. Muszę się odrobinkę ogarnąć. Nie mogę nic robić w takim stanie.
I wyszła.
„Co za kobieta, pomyślał Szuler”
Wróciła po chwili w prostej sukni.
Zaczęli grać. Królowa grała doskonale. W pewnym momencie podmieniona karta wypadła jej zza dekoltu.
-Śmiem pani sądzić, że kantowałaś.
-To sądź dalej. Ja jestem królową, a nie ty-powiedziała wkładając kartę powrotem do sukni.
Podpisane zaświadczenie o grze leżało na stoliku. Przy rubryce zwycięzca było pusto.
-3,2,1
Eksplozja wstrząsnęła całym Londynem. Zgodnie z planem. Mak właśnie wchodził do Royal Bank, a najemnicy wynosili całe złoto. Zbaraniała mafia stała 30 metrów dalej i czekała na znak od współpracującego bankiera z kluczami.
-Co to ma znaczyć?
-Teraz masz pani do wyboru. Albo poddasz grę i dasz mi się oddalić, albo pół Londynu wyleci w powietrze. Tylko ja mam klucz, który poinformuje wszystkich zamachowców o tym, by przestali wysadzać. Za 10 sekund eksploduje wejście do więzienia Tower Bridge. Około tysiąca zbirów i najemników najętych przeze mnie pomoże zbrodniarzom wyjść i zniszczyć Londyn.
-Jak śmiesz?
Wybuch był tym razem bliżej. Był na tyle silny, że królowa padła na ziemię.
-Minie minuta i w powietrze wyleci następny budynek.
-Idź, bierz ten świstek. Wiedz jednak, że cię dopadnę!
-Dziękuję moja pani za posłuchanie-powiedział Szuler i ukłonił się dworsko.

       Wybiegł z kartą dotyczącą jego zwycięstwa. Poszedł wolnym krokiem do skrzynki pocztowej i w łunie pożaru mostu Londyńskiego napisał swój przyszły adres, nazwisko i akt zrzeczenia się przynależności do Gildii. Do koperty włożył kwitek na 13 000 funtów i wysłał go pod adres siedziby gildii.
Mak czekał już przy bramie.
-Jak poszło?
-Takiej kobiety jeszcze w życiu nie widziałem. Świetna babka.
Weszli do parku . Tam czekał już na nich wypakowany po brzegi złotem powóz. Dojechali na wzgórza za miastem. Londyn płonął.
-Smutne to nasze pożegnanie z kochaną Anglią.
-Boże chroń królową.
-Panowie! Ile mam czekać?!
Na łące za dżentelmenami stał gotowy , napompowany balon na gorące powietrze. W środku leżało zrabowane złoto, Japonka , przewodnik i kilka herbat. Szuler i Mak wsiedli.
Przewodnik odciął dwie liny. Pan Adders machał im chustką na pożegnanie.
-Trzymajcie się panowie! Nie zapomnijcie napisać! Nie zapominajcie o herbaciarni przy Oxford street. O niej będzie jeszcze głośno!
-Do widzenia.
Na widok żółtego balonu na niebie opłaceni ludzie przestali podpalać lonty dynamitu.
W razie porażki ostatni miał zostać wysadzony pałac Buckingham.
Teraz Szuler leciał do swojego Asa Pik spotkanego raz na przyjęciu w Japońskiej ambasadzie. Teraz już nic go nie obchodziło. Leciał na wakacje.
-Szuler?
-Tak Mak?
-To jest piękne.
Lecieli powoli i bezgłośnie, a pod nimi płonął Londyn.
-Jesteś złym geniuszem wybuchów.
-Niestety.
-Myślisz, że jeszcze tu wrócimy?
-Możliwe… kiedyś.
Łzy pociekły obydwu dżentelmenom, gdy Londyn stał się tylko małą kropką gdzieś na horyzoncie.
Balon powoli i pchany podmuchami sprzyjającego wiatru leciał w stronę wschodzącego już powoli słońca.




Koniec




czwartek, 18 marca 2010

Tu Bi or not Tu Bi or not Tu Bi or not Tu Bi...

Po historii , w głowie znowu przyjemna pustka. Mam teraz czas na oddanie się lekturze "Kłamcy" i podręcznika do OiM. Figurki już czekają na sklejenie i pomalowanie. Zapowiada się ciekawie.
I became a ril knajt. Aj hew skar end aj fajt for merci end hegemony of maj majster.
Jutro dzień zapowiada się ciekawy. Popołudniowe picie połączone z pięknym nic-nierobieniem w szkole.
Nie wiem właściwie co mam myśleć o Asie. To takie nie w moim stylu. Bo w końcu do niczego nie jest mi potrzebna. Nie ma herbaty, pieniędzy, znajomości..
Mało jest ludzi, których nie traktuję intencjonalnie, a zwyczajnie. Rozmowa dla rozmowy itp.
Fakt. Każdego traktuję przedmiotowo. A tu nagle Syzmonowi coś do łba wpadło i wypaść nie może... Nosz kurwa mać!
Jako fan logicznego myślenia i racjonalnego podejścia do życia nienawidzę zawieszenia.

Tegoroczna wiosna gdyby była człowiekiem, a właściwie kobietą, to pewnie siedziałaby cały czas w domu, a przed wyjściem spisywała sobie na karteczce ukrytej w rękawie co i do kogo ma mówić. Miejmy nadzieję, że przynajmniej ubrać potrafi się jako tako.
W czasie nauki wypiłem mnóstwo filiżanek herbaty... Teraz czeka mnie wypad do sklepu w poszukiwaniu nowej Senchy. Dzisiaj zabiorę się za manufakturowe wytwarzanie suszonej skórki cytrusowej do herbat coby aromat i smak poprawić.
Okazuje się, że skórka cytrynowa dodana do herbaty z assamu sprawia, że ta zaczyna smakować jak earl grey...

Pora zabierać się za pisanie o Szulerze. Herbata do kubka i jazda. Premiera zapewne jutro o 17. Nie przegap.

poniedziałek, 15 marca 2010

Pif Paf jesteś trup!

476 -Zamach Odoakra
Dzisiejsze popołudnie spędzam pod znakiem historii. Mózg się człowiekowi lasuje. Wypiłem za dużo herbat. Mam dość! Ja chcę już piątek!
533 -Ogłoszenie kodeksu Justyniana
Mam dość. Nie chce mi się uczyć historii , mogłem iść do bursy, albo do szkoły wojskowej.
Pewna praca , zwiedziłbym kawał świata. Może trafiłbym do GROMu albo Legii Cudzoziemskiej.
622-Hedżra
Karabin w dłoń , spać na rozkaz , jeść na rozkaz zabijać na rozkaz.
687-Pepin z Heristalu majordomem wszystkich dzielnic frankijskich.
Niee , to nie dla mnie , cały czas takie małe coś we mnie mówi , mi że trzeba się czasem buntować. A ja tego słucham. O ja nieszczęsny! 2 z religii , wstyd.
990- Wojna Polsko-Czeska
W pewnym momencie człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę z tego , że całe życie spędza ucząc się. Całe dotychczasowe życie potrafiłem moją skrajną nonszalancję , złośliwość, lenistwo i olewactwo połączyć ze świetnymi (moim zdaniem) wynikami w nauce. Teraz z czegoś muszę zrezygnować. Szkoła mnie zabija. Dla przyszłości muszę rezygnować ze swojego JA.
983- Zgon Ottona II
Dzięki Mantoyflowi brnę przez materiał w miarę sprawnie. Przy dźwiękach dawno zapomnianej płyty Kamelot z 97?
1000- zjazd Gnieźnieński
Paranoja. Leżę na kanapie do góry nogami i czytam, te daty , czytam i czytam. Pamiętam! jest bosko! Czuję się jak stereotypowy uczeń kopca , którego jedynymi momentami spędzanymi poza domem są przesiadki do i z autobusu.
1102-Podział królestwa Polskiego między Bolesława Krzywoustego i Zbigniewa.
Życie prywatne , które także ponoć posiadam układa się najwyżej średnio. Odeszła mi całkiem chęć na związkowanie. Znalazłem sobie dziewczynkę - cud, którą chcę poznać. As pik jest nudny jak flaki z olejem. Świetnie opakowane flaki z olejem , jednak patrzę też na wnętrze. No cóż, wyszło jak zawsze. W tym tygodniu spróbuję ukończyć jebutne (ostatnie) opowiadanie o Szulerze.
No chyba , że dojdzie do masowych samobójstw jego rozwrzeszczanych fanek (i Hamira), to może ożyje.
Ale nie ma się co martwić, w głowie rodzi się kolejny wiktoriański bohater.
1138-Rozbicie dzielnicowe.
Memento mori, Dreuga Dei, Ora Et Labora, krzyżyk na drogę.
Wracam do Earl Grey'a (dzieci śpią)

A zapomniałbym. To bardzo dziwne , ale kiedy wróciłem do domu po konwencie okazało się , że w każdym pokoju , w którym mamy naścienny zegar , jego wskazówki się zatrzymały. U mnie w pokoju na godzinie 16:59:59...
W salonie na 17:01
w kuchni na 17:00
Dziwne.
Tea Time!


niedziela, 14 marca 2010

Honey I'm home

Wróciłem z konwentu , zabawa była rzeczywiście świetna. Dowiedziałem się też paru ciekawych rzeczy, jak zwykle poznałem świetnych ludzi. Zorganizowaliśmy sobie nawet małe Vankuwer
Kolejne dyscypliny:
-piłka nożna na szkolnym korytarzu
-piłka ręczna na szkolnym korytarzu
-rugby, na tym samym korytarzu
-koszykówka przy pomocy koszy na śmieci , kilku krzeseł, ławki w korytarza
-pojedynki megazordów
-wyścig w śpiworach na 1/4 korytarza
-zjazd w śpiworze 4 piętra w dół
-slalom w śpiworze
-walka na glany
-walka na śnieżki
-konwentowy bałwan..
Jak widać musiało się udać. Nie spałem od dwóch dni, dużo grałem , dużo się działo oj dużo.
W piątek dzień patrona wyszło tak jak miało wyjść , czyli nie wyszło. Nie zdziwiło mnie to ani trochę...
Wszelkie próby skupienia się i nauki na jeden ze sprawdzianów ( Historia hiszpański geografia angielski) zakończyły się niepowodzeniem i przyswojeniem 5-6 dat...
Tydzień zapowiada się makabrycznie-masakrycznie , a mimo to przy moim spalaniu ilość endorfin wytworzona w mózgu na konwencie wystarczy do końca miesiąca (bo to tak działa) więc jestem szczęśliwy.
Wpadł mi ostatnio pomysł zrobienia jednak filmu na PUFę , A co!
Nie mam scenariusza ani ekipy filmowej. Zastanawiam się nad ekranizacją jakiegoś audiobooka lub kilku piosenek, czyli musicalem.
Braki teiny z herbaty zaspokajałem na konwencie kofeiną z Coli teraz nadrabiam pijąc Senchę.
Mam "Żywot Briana" więc do jutra będzie mnie ze śmiechu bolał brzuch , ze względu na śmiech uwalniany przy oglądaniu komedii z brytyjskim humorem. Pieprzyć naukę.

Zamieszczam mój pierwszy filmik , który rzekomo miał trafić na Blagę , ale nie trafił bo jestem cholernym leniem.



czwartek, 11 marca 2010

D day

Jutro dzień. Wielki dzień. Tańczę Dżeksona nie znając super-skomplikowanego układu.
Jakoś sobie poradzę.
Tak czy siak jadę na Rkon jupii!
Konwent w Rzeszowie , spotkanie z przyjaciółmi, gry i prelekcje , czego potrzeba więcej do szczęścia?
Perspektywa trzech lub więcej sprawdzianów w przyszłym tygodniu ani trochę mnie nie bawi. Zwłaszcza historia (700 lat!)
Widziałem cud-dziewczynkę
Sara zna cud-dziewczynkę
poznam cud-dziewczynkę
Diuna sama się nie przeczyta , zwłaszcza , że czekają mnie trzy tomy Kłamcy.
LARPy!
Miseczka gunpowdera. Zaczynam pić zielone herbaty z miseczki. Będę taaki fajny.
Tak więc miseczka gunpowdera i do czytania!

sobota, 6 marca 2010

Sobota...

Jak ja lubię ten dzień. Spokój , można wyspać się do 10. Fakt , że zaczyna sie marzec nie przeszkadza śniegowi w padaniu. Przyszły tydzień zapowiada sie miodnie. Rekolekcje!
Czyt. Niechodzenie do szkoły i nauka na hiszpański.
Wraca zima.
Nie mogę doczekać się Alicji w Krainie Czarów.
Widziałem większość filmów Burtona , a ten zapowiada sie świetnie , poza tym gra tam Depp. A gra tam niebyle kogo , tylko moją ulubioną postać dzieciństwa- Szalonego Kapelusznika!
Jesteśmy do siebie trochę nawet podobni , nosimy kapelusze , pijemy ogromne ilości herbaty , gadamy od rzeczy i jesteśmy zdrowo rąbnięci.
Cały dzień natychany wizją cylindra rodem z krainy czarów stworzyłem własne dzieło.
Oto Frankenhat!
Oczywiście nie potrafiłem zrobić idealnej kopii z plakatu. Stworzyłem więc własny. Diabeł tkwi w szczegółach.
Posiłkowałem się zieloną senchą z trawą cytrynową.





czwartek, 4 marca 2010

Ametystowa wieża

Herbaciarnia przy Oxford street była pusta.
W kącie siedział tylko jeden człowiek. Ubrany we frak dżentelmen dopijał herbatę.
Zegar w rogu zadzwonił 12 razy. Była północ.
Drzwi otworzyły się powoli. Do środka wszedł jegomość ubrany w przetarty frak.
Dżentelmen zabity ponad rok temu nie mógł oprzeć się pokusie nie pojawienia się w herbaciarni. Jego duch coraz częściej tu bywał. Szulera denerwowało to coraz bardziej , bo o ile jemu duch nie przeszkadzał tak długo jak nie rozlewał herbaty po dębowej podłodze , to straszył gości i nie dawał spokojnie grać.
Za duchem do pomieszczenia wlała się mgła. Delikatne światło latarni sączyło się przez uchylone drzwi.
-Znowu ty?
-Pamiętasz mnie?
-Pamiętam każdego. Dlaczego akurat ty mnie musisz nawiedzać?
-Nie wiem.
-Jesteś duchem , tak?
-Tak.
Duch był bardzo blady , lekko przezroczysty , z jego wnętrza sączyło się dziwaczne światło. Rana postrzałowa na lewej piersi wyglądała tak samo jak Szuler ją zapamiętał.
-Przyszedłem ci coś pokazać.
-Co?!
Duch chwycił Szulera za przegub ręki , ten próbował się wyrwać , zjawa trzymała jednak bardzo mocno.

Stał na środku sporej sali. Wykończona była czarnym marmurem. Ze ścian wystawały świece płonące w dół. Ogromna sala była bardzo wysoka , zamglona , nie było widać jej początku ani końca. Przed Szulerem stały tylko jedne drzwi. Drzwi nie wbudowane były w żadną ścianę , a za drzwiami zupełnie nic nie było.
Nie widząc innej perspektywy Szuler otworzył drzwi. Były nad spodziewanie ciężkie , przerdzewiałe i skrzypiące.
Ducha nigdzie nie było.
Szuler wszedł do innej ogromnej sali , spojrzał za siebie , nie było tam już drzwi. Nie było powrotu. Ta sala była zupełnie inna. Przypominała raczej fabrykę. Przy ścianach stały ogromne piece , z których buchały zielone płomienie. Przy piecach uwijali się ludzie we frakach. Chodzili w te i z powrotem , zabierając filiżankami karty z ogromnej sterty i rzucali je do pieców.
Każdy z dżentelmenów wyglądał identycznie.
Każdy z dżentelmenów wyglądał jak Szuler.
-Gdzie ja jestem, co ja tu robię?
-Odsuń się , nie przeszkadzaj.
-Pytam się o coś! -Szuler złapał innego za kołnierz. Złapany Szuler wyjął pistolet. Zrobił to równocześnie z prawdziwym.
-Proszę puścić- powiedział celując Szulerowi między oczy.
Puścił. Szuler otrzepał się i sięgał filiżanka do kart. Szuler wystrzelił , filiżanka rozpadła się.
Drugi Szuler ze złością spojrzał na zakrwawioną rękę i rozpłynął się w powietrzu. Zniknął też jego piec.
Szuler szedł dalej tą dziwną fabryką. Nad każdym piecem był numer, zdjęcie , a obok w przeszklonej szkatule wisiała broń.
Numery kończyły się na 50. Obok w szkatule wisiał Colt Szulera , a na zdjęciu widniał jegomość w podeszłym wieku , zastrzelony przez Szulera tydzień wcześniej.
Na końcu hali fabrycznej były ogromne półokrągłe schody wykonane z czarnego marmuru. Wzdłuż poręczny ciągnęły się regały z książkami. Szuler otworzył pierwszą z brzegu zatytułowaną "numer 73" w środku nie było kartek , tylko mała buteleczka z czymś , złotym.
Jeden z pieców za Szulerem wydał przerażający odgłos , przez co Szuler upuścił buteleczkę.
"Nic mi już nie zostało , tylko ten pistolet..."
Złoty pył przemówił ostatnimi słowami numeru 73 , po czym wyparował.
Szuler szedł w górę schodów. Na ich szczycie znajdowały się kolejne drzwi nie wprawione w ścianę.
Tym razem wydawałoby się ciężkie drzwi otworzyły się nadspodziewanie lekko.
Kolejna sala miała fioletową kryształową podłogę i setki , o ile nie tysiące czarnych kryształowych kolumn , których szczyty znikały gdzieś nie wiadomo gdzie. Po lewej i prawej stronie znajdowały się kominki z zielonym ogniem. Przy każdym z kominków stał Strażnik o twarzy kolejnych zabijanych numerów , w czerwonej kurtce straży królewskiej .Żaden ze strażników się nie ruszał.
Po chwili za Szulerem pojawił się duch Dżentelmena.
-Jak ci się tu podoba?
-Gdzie ja jestem? -zapytał Szuler zupełnie zbity z tropu.
-W twoim świecie. W Ametystowej Wieży twojej psychiki.Za chwilę dojdziemy do centrum.

Szli długo, w pewnym momencie Szuler zauważył klapę w podłodze, jakby drzwi od klatki. Podszedł. Przez małe zakratowane okienko patrzyło szarobłękitne szalone oko zaszczutej bestii.

-Co to jest?

-Twoje zwierzęce instynkty, strasznie się ostatnio rozbestwiły, to je zamknęliśmy w tej klatce.

Wyjął swojego imponującego Colta i przyłożył go o oka bestii. Strzelił. Huk wystrzału niósł się przez całą halę, a jego echo słyszeli jeszcze kilka minut.

-Co zrobiłeś?- zapytał rozeźlony duch-to może wyrządzić nieodwracalne zmiany w twoim zachowaniu.

Klapa od klatki zniknęła, a z nią bestia.

-Taki miałem zamiar od samego początku, bo jeśli to jest moja psychika, to znalazłem cudowną boczną furtkę do mojej głowy. Aż szkoda byłoby nie skorzystać z takiej okazji i nie zmienić tego co się we mnie nie podoba.

-Skoro tak mówisz. Chodźmy dalej.

Na końcu sali kolumnowej na schodach z czarnego marmuru znajdowała się fasada Herbaciarni przy Oxford street. Szuler wszedł do środka. Wyglądała identycznie jak a jego , z tym , że zamiast lady było podwyższenie z tronem , a przy stoliku siedzieli Mak , Melanii i Szuler. Raczyli się earl Grey i grali w karty. Woń ulubionej herbaty numeru 50 była tak mocna jakby znajdowali się w magazynie.
Na tronie w czerwonym blasku wyrastających z sufitu świec siedziała ONA. Ubrana była w królewskie szaty , a korona wykonana była z najczystszego i najdoskonalszego diamentu , jaki Szuler w życiu widział. Zdjął cylinder i ukłonił się tak dwornie jak tylko potrafił. Uklęknął na jeno kolano i gapił się w ametystowa posadzkę. As Pik wstała z tronu i uniosła Szulera.
-Pan Adders za chwilę poda herbatę, czy zechcesz ze mną zagrać? -zapytała swoim delikatnym , wysokim i cichym głosem.
-Z najwyższą przyjemnością.
Pan Adders podał wyborną Earl Grey , Szuler bez najmniejszego problemu trzynaście razy ograł Asa Pik.
-Teraz może zagrajmy o coś , dobrze?
-Lubię zakłady.
-O twoją duszę.
-Że co?
-Ponoć lubisz zakłady. Umowa jest taka, jak wygram ty zostajesz tu na zawsze i zostajesz moim ulubionym paziem.
-A jeśli wygram pani?
-Wtedy Lord duch odprowadzi Cię do twojego świata, a ja otworzę dla Ciebie całą twoją psychikę , odpowiem na każde twoje pytanie , poprawię pamięć , koncentrację i nauczę takich kantów , jakie jeszcze w życiu do głowy ci nie przyszły.
-Dobrze więc , ale nie mam za co grać , mam tylko mój pistolet , cylinder i zegarek.
As pstryknęła palcami w podłodze otworzyły się drzwi , a Szuler ubrany jak paź podał ogromną tacę pieniędzy.
-Dokładnie milion funtów. Zaczynajcie.
-Z kim będę grał?
Od sąsiedniego stolika wstał Szuler ubrany w złoty frak.
-Ze mną.
Tak długiej partii Szuler nie pamiętał. Grali dobre kilkanaście godzin. W ciągu tego całego czasu dużo rozmawiał z Melanii i Asem Pik.

Rozdanie dwieście pięćdziesiąte szóste. Szulerowi zostało sto funtów , a jego przeciwnik w złocie miał sporą przewagę. Teraz przyszedł poker . Przeciwnik powoli wyjął swój pistolet. Oznaczało to , że by zostać w grze Szuler musiał grać va banque. Zagrał. Przeciwnik miał karocę. Szuler nie myślał. Zadziałał automatycznie. Wystrzelił prostu w głowę złotego przeciwnika. Padł pod stół.
Duch uniósł Szulera w złocie i wytarł mu krew z głowy. Szuler zbladł , zaświecił i stał się duchem.
-Gratuluje wygranej -powiedział , a głos jego brzmiał tak jakby był wiele metrów dalej.
-Dziękuję.
Szuler powstał od stolika. Uklęknął przed Asem Pik. Ta znów zeszła do niego z tronu i uniosła. Złożyła na jego czole lodowaty pocałunek.

Szuler leciał bardzo szybko. Widział całe swoje życie. Zobaczył ogromny skarbiec swojej głowy i poznał samego siebie od wewnątrz. Po chwili oślepiający blask i straszliwy chłód.

* * *
Obudził go straszliwy chłód.
Otworzył oczy i krzyknął. Próbował wstać. Zobaczył , ze jest przypięty do łóżka pasami. Za drzwiami coś się ruszało. Do pokoju wszedł zmartwiony Mak.
-Gdzie ja jestem?
-W Royal psychics hospital.
-Co?!
-Jak przyszedłem rano do herbaciarni , Ty chodziłeś jak w gorączce. Strzelałeś do filiżanek. Rozbijałeś flaszki wina. Wyglądało jakbyś zwariował. Potem poszedłeś do siebie do pokoju i długo klęczałeś przed swoimi pistoletami. Chciałem Cię obudzić , myślałem , że lunatykujesz.
Potem zszedłeś na dół i grałeś w pokera sam ze sobą. Położyłeś pokera pików i strzeliłeś przed siebie. Wtedy ktoś wezwał tych ze szpitala. Wyjęli cię klęczącego przed pistoletami i zawieźli tutaj. Nie pamiętasz nic?
-Niezupełnie tak jak ty to przedstawiłeś. Rozkuj mnie.
Mak szedł z Szulerem kasztanową aleją prowadzącą ze szpitala na gwarną ulicę.
-Co powiedzieli lekarze?
-Omamy.
Szuler zamyślił się głęboko.


Resztę drogi do herbaciarni przy Oxford street przegadali o zakładzie dwóch mężczyzn i o locie balonem dookoła świata.
-Jak już będę numerem jeden i nic nie będę musiał , to zabiorę cię balonem do Chin.
-Już zacznę się pakować-zaśmiał się Mak.
-Myśl co zabrać. Biorę się do roboty. Mam sens w tym szaleństwie zwanym gildią szulerów
-Tak?
-Czeka na mnie As Pik , ale muszę być bezpieczny , by jej nie skrzywdzić , a tak długo jak ktokolwiek stoi mi na drodze w gildii , bezpieczeństwa nie mogę zagwarantować.
-Czyli zaczniesz w końcu troszczyć się o swoje życie? No no , Melanii byłaby dumna.
-Taa , byłaby.
Szuler zapamiętał sobie dobrze , to co Melanii powiedziała mu w trakcie gry.

środa, 3 marca 2010

Back to this madness

Powrót do szkoły okazał się dość udany i niezbyt szokujący. Brak hiszpańskiego okazał się błogosławieństwem i bardzo przyjemną odmianą. Walka o Dominium Mundi z historii to temat po prostu zły... Ale! Teraz zaczynamy lekcje o Mongołach , co jest fajne i ciekawe. W przyszłym tygodniu będą rekolekcje , więc słodkie nieróbstwo. A w weekend 12-14 konwent! Rkon w Rzeszowie! Zapowiada się świetna zabawa i interesujące prelekcje. Zobaczymy jak to wyjdzie , bo Navikon wyszedł najwyżej słabo.

W piątek zaczynamy regularny program "Piątkowa herbata z Szulerem"
Jako , że w ciągu mojej edukacji nie mam za bardzo czasu na pisanie i myślenie nad kolejnymi przygodami tego dżentelmena , postaram się publikować każde kolejne opowiadanie o Szulerze w piątki.

Mam zamiar nauczyć się ceremonii picia herbaty w wydaniu japońskim , szykuje sie więc wydatek rzędu 20(?) złotych na matchę , czyli kolejny głupi zakup.

Idę zrobić sobie Senchę.