6 grudnia. Mikołaj do mnie przyszedł, zostawił co swoje, zaśpiewał, wyżarł ciastka i poszedł. W szkole pełno czerwonych czapek, a nauczyciele z pianą na ustach tłumiona dobrodusznym uszanowaniem tradycji patrzyli dziś bezkarnie na naszą sielankową niewiedzę. Mnie to bardzo przypadło do gustu i siedziałem bezmyślnie w mikołajowej czapie.
Lovecraft się nie czyta, bo nie mam czasu. Po raz enty już przesłuchuję płytę Kamelot "The black Halo" i dalej jest tak samo boska jak była.
W empiku nie było ani "Imienia Róży" ani "Mistrza i Małgorzaty", innymi słowy dalej nie mam niczego przyjemnie nowego i mikołajkowego. No prawie niczego...
mięta mięta mięta na bolący brzuch.
2 komentarze:
Jak to nie było Imienia Róży? Z 4 razy obok niej dzisiaj przechodziłem.
Bardzo fajnie się Ciebie czyta ;)
Prześlij komentarz