Zaczęło się w piątek, jeżdżeniem z Maryjuszem i Kamilem po całym Krośnie załatwiając ostatnie pierdoły na wieczór. Było intensywnie, fajnie i na wesoło. Potem szybka odprawa przed naszym "występem" ograniczająca się do jednorazowego obczajenia na czym będą polegały scenki. Błoga nieświadomość i olewczy stosunek dały się we znaki zaraz przed wejściem na scenę, ale po pierwszym pijackim kroku poszło szybko. Potem chwilka w barze.
Sobota, to oczywiście osiemnastkowe party u Simony, w Poraju. Wieś na końcu świata, do której drogę znają tylko stare baby i okoliczni "wtajemniczeni". Miejsce gdzie diabeł mówi "dobranoc" a internet dowożą dyliżansy. Sama impreza wypadła super, o godzinie 3 byłem już w domu.
Dzisiaj piękne, błogie lenistwo. Nie uczę się, bo na co i po co? Słuchanie muzyki, czytanie Claksona a po 14 szybki wypad do lasu. Przez trzy dni jedynym mankamentem była potwornie boląca ręka. Chyba przesiliłem/ naderwałem/ zepsułem sobie mięsień.
I boli fizycznie .
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz