czwartek, 30 czerwca 2011

Powroty

Wróciłem z Soliny. Było świetnie, mam co prawda trochę za mało zdarte gardło i zniszczony głos, a pogoda była najwyżej średnia, jednak wszystko pozostałe było jak należ. Jedyną dziwna akcją był telewizor, DVD i wieża, które włączyły się samoistnie o godzinie 00:00, zaraz po tym jak rozmawialiśmy o duchach i horrorach. Jeszcze dziwniejszy był potem ten krzyż na telewizorze, ale w sumie to był kineskop starego typu. One tak mają....
Przez pięć dni nie miałem w ustach prawdziwej herbaty. Zdychałem na brak teiny. Teraz nadrabiam zaległości i delektuję się moją ukochaną Earl Grey.

sobota, 25 czerwca 2011

Wakacye

No i koniec z rokiem szkolnym. Totalnie opierdalanie się, codzienne jazdy rowerowe, ogniska, sesje RPG, dużo machania mieczami wszelakimi. Totalny luuuuuz. Na to czekałem oj tak. Inauguracja pełną gębą- na imprezie osiemnastkowej Maryjusza. A jakby tego było mało jadę nad Solinę z moja paczką, czy chcieć czegoś więcej? hmmmm. tak, ale mniejsza o tym!
Wakacyjna Sencha z miętą zerwaną w ogrodzie sąsiada!

niedziela, 19 czerwca 2011

Dr. Who?

Doctor Who. Niestety niezbyt znany serial Science- Fiction prosto z Brytanii. Ma bardzo charakterystyczny klimat, sporą dawkę humoru i wyrazistych bohaterów.W centrum uwagi stoi tytułowy Doktor, który jest genialny, zabawny, pokręcony i zupełnie niesamowity. Podróżuje niebieską policyjną budką telefoniczną. Fabuła obraca się wokół podróży w czasie i przestrzeni, także czasem można się pogubić.
Esencją każdego odcinka są przeciwnicy Doktora, jego wrogowie, czyli źli kosmici, którzy zagrażają Ziemi i jej mieszkańcom. Dalekowie, Cybermani to najlepiej rozpoznawalne rasy z uniwersum Doktora. Dzisiaj obejrzałem ostatni odcinek bieżącego sezonu i był TAAKI epicki.
Na wakacjach szykuje się wielkie oglądanie wszystkich odcinków, tego serialu wychodzącego (z przerwą) od 1983 roku .

Earl Grey!

wtorek, 14 czerwca 2011

Rozpizd

Mój dom przeżywa zmasowany atak. W kuchni znikają meble, tynk, płytki, szafki. W całym domu jak przyszedłem ze szkoły nie było kaloryferów. Mam dużo złomu, za który będę miał więcej złomu (czyt. miecz) W moim pokoju stoi lodówka, w salonie są szafki, a w sypialni rodziców barek kuchenny i okap na balkonie. Kocham stan, kiedy kuchnia jest wszędzie. Na szczęście poza lodówka w moim pokoju leży też szafka z drogocennymi herbatami, więc mogę się nimi inhalować do woli.
Idę poszukać czajnika...

niedziela, 12 czerwca 2011

Łykend

Szalony weekend, zaczęty PUFĄ i skończony gwiezdnymi wojnami.
Zaczęło się w piątek, jeżdżeniem z Maryjuszem i Kamilem po całym Krośnie załatwiając ostatnie pierdoły na wieczór. Było intensywnie, fajnie i na wesoło. Potem szybka odprawa przed naszym "występem" ograniczająca się do jednorazowego obczajenia na czym będą polegały scenki. Błoga nieświadomość i olewczy stosunek dały się we znaki zaraz przed wejściem na scenę, ale po pierwszym pijackim kroku poszło szybko. Potem chwilka w barze.
Sobota, to oczywiście osiemnastkowe party u Simony, w Poraju. Wieś na końcu świata, do której drogę znają tylko stare baby i okoliczni "wtajemniczeni". Miejsce gdzie diabeł mówi "dobranoc" a internet dowożą dyliżansy. Sama impreza wypadła super, o godzinie 3 byłem już w domu.
Dzisiaj piękne, błogie lenistwo. Nie uczę się, bo na co i po co? Słuchanie muzyki, czytanie Claksona a po 14 szybki wypad do lasu. Przez trzy dni jedynym mankamentem była potwornie boląca ręka. Chyba przesiliłem/ naderwałem/ zepsułem sobie mięsień.
I boli fizycznie .

środa, 8 czerwca 2011

DIY

Dzisiaj po powrocie ze szkoły w końcu miałem odrobinkę czasu by zająć się czymś nienaukowym. Wybór padł na zrobienie nowego jelca do bokena. Tak swoją drogą, to powstał całkiem ciekawy twór. Boken to po prostu drewniany miecz samurajski- katana. W nich zamiast powszechnie kojarzonego jelca jest okrągła tsuba. Nie jest przymocowana na stałe, więc można łatwo dokupić nową albo zrobić swoją. Teraz mój drewniany japoński miecz ma europejski jelec.

Stary nie podobał mi się od samego początku, a teraz jeszcze się nadłamał. Stwierdziłem, że pora zająć się ciesiołką osobiście. Najpierw poszukałem dobrego kawałka dębowej deski. Musiała mieć odpowiednią grubość i być możliwie dobrej jakości. Wybór padł na stary próg. Grubość idealna, zakonserwowany i bardzo porządny kawałek drewna. Potem przeglądałem kilka albumów z mieczami, żeby wyliczyć jaki długi powinien być. Po określeniu długości można zabrać się do roboty. Najpierw trzeba było wyciąć kawałek o interesującej mnie długości. Ciężej było z wydrążeniem otworu na środku, ale potem wszystko ładnie wyszlifowałem. Na tym etapie była to po prostu deseczka pasująca na miecz. Najtrudniejsze było wymodelowanie kształtu. Po pół godzinie z pilnikami, papierem ściernym i dłutem w ręku, wyszło. Nie jest może idealne, ale dobrze spełnia swoje zadanie. Teraz trzeba modlić się, żeby nie pękło przy pierwszym uderzeniu.





niedziela, 5 czerwca 2011

Sloł mołszyn

Generalnie nie piszę, mam zastój, a to za sprawą pogody, otoczenia i innych. Pogoda jaka jest, każdy widzi. Jest gorąco, parno duszno i BURZOWO ! Burzowo to ważny element popychający człowieka do wymyślania epickich rozkmin na zbliżające się wakacyjne kampanie RPGowe. Gorąco wpływa jednak skrajnie negatywnie na zapał do nauki i robót wszelakich. Najbardziej dobijają oczywiście podróże przepełnionym, przepoconym autobusem. Apropos autobusów, stałym elementem każdej sobotniej wycieczki na Elizjum są dwa półtorametrowe bysie z łapami jak moje uda, wsiadające na przystanku przed Krosnem. Zasiadają tacy, tak żeby mieć na Ciebie oko i cała podróż lampią się tak, że jakby mogli, to spojrzeniem kark by ze wszystkich włosków ogołocili. A spróbuj się człowieku w ich kierunku obrócić. Zaraz się wszystkie kurwy posypią, a wiązanka zakończona zostanie standardowym "co się gapisz". W takich momentach chciałby człowiek, żeby prawo Rzeczpospolitej obojga narodów pozwalające na pojedynki za obrazę działało. A tu ani delikwenta szablą przez czerep nie pogłaszczesz, ani czekanikiem pod żebro nie zahaczysz. Zakaz noszenia takich broni bardzo mnie martwi, bo bez jakiegokolwiek oręża w ręku jestem zwyczajnie bezradny.
To było płynne przejście do otoczenia. Powszechne rozleniwienie dopadło wszystkich. W takich momentach nic tak nastroju nie poprawia jak zimne piwo. Najgorsza jednak jest nauka. Jak nagle sobie nauczyciel przypomni, że zamiast 6 ocen ma po 1 na głowę, to jednym słowem przesrane. Sprawdziany, dużo sprawdzianów. Nudnych i niepotrzebnych. Ble.
Inne, to oczywiście 18 Huberta, przyjemna impreza, fajnie było. Pięć piosenek, człenio w paski i straszliwy ukrop na sali. Tańczyło się fajnie, skakało się fajnie, gadało się bardzo fajnie, a przypierdolenie Hubciowi pasem było skrajnie satysfakcjonujące.
Inne to oczywiście inne herbaty. Przez całą zimę przeżerała się specjalna mieszanka mięty pieprzowej, trawy cytrynowej i wyczajonego gdzieś w Rzeszowie bardzo dobrej jakości gunpowdera. Połączenie burzy ściany, kopie dinozaury po jajach i gwałci zwierzęta domowe. Jest tak dziwne,rześkie i perfekcyjnie przygotowane, że aż jestem z siebie dumny. A co!
Teraz tylko tydzień zapierdolu i KONIEC.