Słowem wstępu, Kacpra traktuje jak brata, który niestety widzi mnie z rzadka a to za sprawą sporej odległości między naszymi miejscami zamieszkania. Jest ode mnie młodszy o dwa lata i także jest zapalonym fantastą. Na ferie zajechał w niedzielne popołudnie i resztę dnia spędziliśmy na wspominkach tych lepszych- dziecięcych lat, słuchając muzyki, grając w Obliviona i siedząc przed pierwszą seria Power Rangres.
W poniedziałek wypadała szesnastka Kacpra, to postanowiłem zabrać go... w pola. Pogoda jak na styczeń była zaskakująca- słońce, wiatr, zero śniegu , na polu z dziesięć stopni. Rzadko widuje się taki błogostan na twarzy człowieka brnącego błotem, trawą i kolczastymi krzaczorami. Dusza wędrowca jak widać na szczęście nie zamarła w mieście i dalej dzielnie radził sobie z trudnym terenem. Udało nam się wyczaić trzy kłusownicze ambony-patyczaste konstrukcje rozpięte na drzewach. Weszliśmy na jedną, drugą a na trzeciej niestety były tylko zmurszałe belki.
Wtorek mieliśmy cały przepędzić na polach, ale zająłem się naprawianiem niemalże złamanego bokkena i kalibrowaniem wiatrówki, także najpierw zrobiliśmy sobie turniej strzelecki, a potem morderczy sparing, na którym poszła mi torebka stawowa w palcu. YEAH!
We środę w końcu staliśmy o odpowiedniej porze i udaliśmy się na pola. Plan był prosty-odbudować/ wzmocnić jedną z nadrzewnych instalacji, przesiedzieć tam jakiś czas i zaliczyć najcięższą trasę w lesie. Po dotarciu do naszego zagajnika trzeba było zostawić jeden z plecaków i ruszyć do oddalonego o jakieś 400-500 metrów rosnącego na niemal pionowej skarpie lasu. Po drodze czyhało bajoro, którego przejście polegało na przechodzeniu z jednego wystającego z wody, cienkiego drzewka na drugie, jeszcze bardziej zasuszone, zdechłe drzewko. Po przebyciu tej przeszkody trzeba było przejść jeszcze trochę chaszczy, przesadzić szeroki rów melioracyjny/rzeczkę , która wylała i której woda szła szeroko ukrywana przez wysokie trawy. Udało się przejść to suchą nogą. Teraz trzeba było wspiąć się po błotnistym porośniętym zboczu, znaleźć starą wycinkę, tudzież zwalone niedawno drzewo, wybrać kilka konarów i udać się z powrotem do pozostawionej ambony. Nie będę się rozpisywał nad wybieraniem konarów i ich przygotowywaniu do transportu małą siekierką. Nad ich zrzucaniem w dół zbocza.
Pierwszy raz przydatne okazały się bowiem nad rowem melioracyjnym, ponieważ trzeba ich było użyć jako tyczki do przesadzenia wody. Drugi raz niezbędne były przy przechodzeniu bagien. Z dłuższego, grubego konara zrobiłem kładkę nad wodą, cieńszy konar posłużył mi jak tyczka i dzięki podporze jednym susem przedostałem się na drugi brzeg. A Kacper?... ehh
Niepewnie wszedł na "mostek" i jedną ręką trzymając się dychawicznego drzewka nad wodą, a drugą naszej trzeciej belki usiłował skoczyć. Jego koordynacja pozostawia wiele do życzenia, toteż oczywiście wylądował prosto w błocie. Miał szczęście, bo złapałem go za kurtkę i wyciągnąłem go, nie dając kurtce i spodniom przemoknąć.
Dotarliśmy do naszego celu, gdzie Kacper suszył swoje spodnie i popieprzał po polach w styczniu, w kurtce i hawajkach, zajęliśmy się usztywnianiem starej konstrukcji, za pomocą szarf, które zabrałem z domu w nieco innych celach. Ostatecznie efekt był bardzo zadowalający, więc zjedliśmy i wypiliśmy po piwie na szczycie drzewa, obserwując otaczające nas pola.
Powrót zaplanowałem lasem i to najcięższą możliwą trasą. Każdy jar przechodzić trzeba było po zawalonym drzewie, kilka metrów nad wąwozem. A przy zejściu w najbardziej stromym miejscu musieliśmy asekurować się liną. Przecież jedlicki las jest właściwie skarpą porośniętą drzewami i pociętą wąwozami i jarami wyżłobionymi przez rozliczne strumienie.
Dalej trzeba było przejść zdradliwe bagna ciągnące się od podnóża lasu, aż po pola uprawne, a dalej miedzą i do domu. Dawno się tak nie zmęczyłem, a Kacper był po prostu padnięty. W domu czekał ciepły obiad i herbata. Dzisiaj jakąś godzinę temu pożegnałem kuzyna i już odliczam dni do osiemnastki, kiedy to znowu przyjedzie i będziemy mogli przeżyć kolejne dzikie przygody.
A kokolog, to , ekolog, który pewnego dnia przyszedł do dziadka Kacpra mieszkającego w podprzemyskiej wsi zabitej dechami i chciał dowiedzieć się coś o jego uprawach, czy tam pasiece. Słowo to tak nam się spodobało, że zostaliśmy kokologami. Dobra, pora ogarnąć pogościnny bałagan, zjeść śniadanie i w końcu poczytać!
Jeszcze tylko kilka zdjęć zrobionych kiedy indziej. Może pomogą w wyobrażeniu sobie naszej przeprawy.
bagno w listopadzie
widok ze szczytu lasu w kwietniu
Jak przejść nad wąwozem w lipcu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz