sobota, 29 stycznia 2011

Po feriach

Taak, tytuł mówi sam za siebie. Koniec ferii na Podkarpaciu, pora wrócić do szkoły, do historii, hiszpańskiego i matmy... Będę teraz wstawał pięć godzin wcześniej, pił masakryczne ilości utrzymującej mnie na nogach Yerby i nadrabiał zarzucona historie.
Teraz oczekiwanie z soboty nabiera nowego wymiaru, bo oto bowiem tam tararamtamtam ! Twór, jakim jest nasz klub fantastyki "Elizjum" działa i to całkiem sprawnie. Spotkałem tam już kilku ciekawych ludzi (czyt. chardkorowych fantastów ) i wreszcie mam gdzie pociągnąć sesje RPG, wreszcie mam z kim pogadać o figurkowcach i wreszcie spotykam ludzi, którzy rzeczywiście w tym chcą siedzieć... i siedzą.
Oczywistym jest, że plan nauki na feriach zrealizowany nie został. Chociaż z tego co wiem to i tak zrobiłem sporo w porównaniu do niektórych.
Poczekać trzy minuty i przed wlaniem do filiżanek pomieszać

niedziela, 23 stycznia 2011

Zabawa ostrymi narzędziami.

Warsztaty walki bronią białą (które razem z Katem prowadziłem) bardzo udane, wszyscy się pobawili, niektórzy mało się nie pozabijali (sami). Zdjęć z dzisiejszego Elizjum nie ma, bo Flora ma drgawki , a Aniela widzi w ciemnościach (wszystkie zdjęcia zruszone, albo za ciemne) . Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony, mam szczerą nadzieję, że Elizjum się jeszcze rozrośnie. Teraz siedzę nad Savage Worlds i kombinuje nad fajnymi zagadkami dla moich graczy.
Jaód wrócił! Soy happy.
More tea barmaid!

czwartek, 20 stycznia 2011

Kokolog

Ciężko streścić zwięźle to co działo się ostatnio, bo działo się dużo i szybko, a to za sprawą kuzyna, coto do mnie na ferie zajechał z Lublina.
Słowem wstępu, Kacpra traktuje jak brata, który niestety widzi mnie z rzadka a to za sprawą sporej odległości między naszymi miejscami zamieszkania. Jest ode mnie młodszy o dwa lata i także jest zapalonym fantastą. Na ferie zajechał w niedzielne popołudnie i resztę dnia spędziliśmy na wspominkach tych lepszych- dziecięcych lat, słuchając muzyki, grając w Obliviona i siedząc przed pierwszą seria Power Rangres.
W poniedziałek wypadała szesnastka Kacpra, to postanowiłem zabrać go... w pola. Pogoda jak na styczeń była zaskakująca- słońce, wiatr, zero śniegu , na polu z dziesięć stopni. Rzadko widuje się taki błogostan na twarzy człowieka brnącego błotem, trawą i kolczastymi krzaczorami. Dusza wędrowca jak widać na szczęście nie zamarła w mieście i dalej dzielnie radził sobie z trudnym terenem. Udało nam się wyczaić trzy kłusownicze ambony-patyczaste konstrukcje rozpięte na drzewach. Weszliśmy na jedną, drugą a na trzeciej niestety były tylko zmurszałe belki.
Wtorek mieliśmy cały przepędzić na polach, ale zająłem się naprawianiem niemalże złamanego bokkena i kalibrowaniem wiatrówki, także najpierw zrobiliśmy sobie turniej strzelecki, a potem morderczy sparing, na którym poszła mi torebka stawowa w palcu. YEAH!
We środę w końcu staliśmy o odpowiedniej porze i udaliśmy się na pola. Plan był prosty-odbudować/ wzmocnić jedną z nadrzewnych instalacji, przesiedzieć tam jakiś czas i zaliczyć najcięższą trasę w lesie. Po dotarciu do naszego zagajnika trzeba było zostawić jeden z plecaków i ruszyć do oddalonego o jakieś 400-500 metrów rosnącego na niemal pionowej skarpie lasu. Po drodze czyhało bajoro, którego przejście polegało na przechodzeniu z jednego wystającego z wody, cienkiego drzewka na drugie, jeszcze bardziej zasuszone, zdechłe drzewko. Po przebyciu tej przeszkody trzeba było przejść jeszcze trochę chaszczy, przesadzić szeroki rów melioracyjny/rzeczkę , która wylała i której woda szła szeroko ukrywana przez wysokie trawy. Udało się przejść to suchą nogą. Teraz trzeba było wspiąć się po błotnistym porośniętym zboczu, znaleźć starą wycinkę, tudzież zwalone niedawno drzewo, wybrać kilka konarów i udać się z powrotem do pozostawionej ambony. Nie będę się rozpisywał nad wybieraniem konarów i ich przygotowywaniu do transportu małą siekierką. Nad ich zrzucaniem w dół zbocza.
Pierwszy raz przydatne okazały się bowiem nad rowem melioracyjnym, ponieważ trzeba ich było użyć jako tyczki do przesadzenia wody. Drugi raz niezbędne były przy przechodzeniu bagien. Z dłuższego, grubego konara zrobiłem kładkę nad wodą, cieńszy konar posłużył mi jak tyczka i dzięki podporze jednym susem przedostałem się na drugi brzeg. A Kacper?... ehh
Niepewnie wszedł na "mostek" i jedną ręką trzymając się dychawicznego drzewka nad wodą, a drugą naszej trzeciej belki usiłował skoczyć. Jego koordynacja pozostawia wiele do życzenia, toteż oczywiście wylądował prosto w błocie. Miał szczęście, bo złapałem go za kurtkę i wyciągnąłem go, nie dając kurtce i spodniom przemoknąć.
Dotarliśmy do naszego celu, gdzie Kacper suszył swoje spodnie i popieprzał po polach w styczniu, w kurtce i hawajkach, zajęliśmy się usztywnianiem starej konstrukcji, za pomocą szarf, które zabrałem z domu w nieco innych celach. Ostatecznie efekt był bardzo zadowalający, więc zjedliśmy i wypiliśmy po piwie na szczycie drzewa, obserwując otaczające nas pola.
Powrót zaplanowałem lasem i to najcięższą możliwą trasą. Każdy jar przechodzić trzeba było po zawalonym drzewie, kilka metrów nad wąwozem. A przy zejściu w najbardziej stromym miejscu musieliśmy asekurować się liną. Przecież jedlicki las jest właściwie skarpą porośniętą drzewami i pociętą wąwozami i jarami wyżłobionymi przez rozliczne strumienie.
Dalej trzeba było przejść zdradliwe bagna ciągnące się od podnóża lasu, aż po pola uprawne, a dalej miedzą i do domu. Dawno się tak nie zmęczyłem, a Kacper był po prostu padnięty. W domu czekał ciepły obiad i herbata. Dzisiaj jakąś godzinę temu pożegnałem kuzyna i już odliczam dni do osiemnastki, kiedy to znowu przyjedzie i będziemy mogli przeżyć kolejne dzikie przygody.
A kokolog, to , ekolog, który pewnego dnia przyszedł do dziadka Kacpra mieszkającego w podprzemyskiej wsi zabitej dechami i chciał dowiedzieć się coś o jego uprawach, czy tam pasiece. Słowo to tak nam się spodobało, że zostaliśmy kokologami. Dobra, pora ogarnąć pogościnny bałagan, zjeść śniadanie i w końcu poczytać!
Jeszcze tylko kilka zdjęć zrobionych kiedy indziej. Może pomogą w wyobrażeniu sobie naszej przeprawy.
bagno w listopadzie
widok ze szczytu lasu w kwietniu
Jak przejść nad wąwozem w lipcu

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Niewidzialny Człowiek


Skończyłem niewidzialnego Człowieka, niesamowite opowiadanie. Uwielbiam H G Wellsa. Pisze bardzo XIX-wiecznie i klimatycznie. Jeśli ktokolwiek lubi Science-Fiction, koniecznie musi zapoznać się z tym prekursorem i klasykiem gatunku. Polecam z cała odpowiedzialnością. Teraz zaczynam "Wehikuł czasu" i po przeczytaniu pierwszego rozdziału już mi się podoba!
Krośnieński Klub Fantastyki ruszył, jeśli jesteś więc z okolic Krosna i interesujesz się fantastyką, science fiction, literaturą, grami, filmem, RPGami, bądź czymkolwiek ciekawym i chociażby luźnie związanym z szeroko zakrojoną fantastyką, to serdecznie zapraszam.
Spotkania w każdą sobotę o godzinie 11:30 w budynku I LO im. Kopernika, przy ulicy Piotra Skargi, oczywiście w Krośnie, w sali 207 (II piętro).
Pytania kierować na numer gg 5810863, jeśli tylko będę w stanie to odpowiem.

czwartek, 6 stycznia 2011

Książka- towar luksusowy?

Jest w Krośnie pewne bardzo specjalne miejsce. Na rynku, obok zabytkowego kościoła, jest równie zabytkowa kamienica, a w niej relikt nie z naszych czasów. Stary
antykwariat, miejsce niesamowite. Wchodzi się tam jak w inny wymiar. Książki leżą w nieładzie, piętrząc się od podłogi po wysoki sufit. Nie są ułożone alfabetycznie, autorami,
jedynie mniej więcej tematyką, chociaż i tak pośród fantastyki można wygrzebać harlekina, a obok książki kucharskiej dobrą sensację. Sklep różni się od pozostałych księgarni, brak w nim
wyrafinowanego podejścia do klienta, łopatologicznego ułożenia książek, lekkiej muzyki sączącej się z głośników. Jednak bogactwo księgarni zachwyca.
Jedyną bazą danych, jest sam antykwariusz, bez którego księgarnia nie mogłaby istnieć, a i on bez antykwariatu nie funkcjonowałby poprawnie. Pamięta jaką książkę i kiedy kupił,
pamięta komu sprzedał. Pan Oprządek jest postacią jak dla mnie oderwaną od naszej rzeczywistości i pogrążoną gdzieś między regałami. Niesamowicie miłą i spokojną. W antykwariacie można poczuć
się swobodnie, przeszukując stosy książek, w poszukiwaniu zapomnianych perełek i być pewnym, że za kasą stoi człowiek, a nie szeregowy pracownik, który zapyta tylko, czy to wszystko i czy dodać
reklamówkę. Nigdzie się nie śpieszy i zawsze ma czas by porozmawiać o fajnej muzyce i dobrym filmie. Niestety państwo i molochy kapitalizmu działają przeciwko małym firmom, nawet
tym założonym przez przypadek i w antykwariacie nigdy nie ma dużo ludzi. Może przez internet,W sumie z czasem książka staje się towarem luksusowym, bo w końcu każdy może ściągnąć ją
i przeczytać w wersji elektronicznej. Internet zabił książki, pozbawił je ich duszy, a duże sieciowe księgarnie sprzedają je w takiej formie. Książki tracą swój urok i klimat, jednak miejsca takie jak ten antykwariat nie dają o nim zapomnieć. Nie potrafiłbym czytać ebooka, a moim zdaniem najładniejsza książka,
to taka z pożółkłymi stronami, twardą pachnącą starością okładką i datą wydania starszą ode mnie.


sobota, 1 stycznia 2011

I po dekadzie

No to już koniec. Koniec pierwszych dziesięciu lat tego stulecia. Wydarzyło się dużo i niesamowicie dynamicznie i szybko. Zaczął się terroryzm na skalę globalną, na wyposażenie armii polskiej weszły F16, a Rosjanie zaczęli panować nad połową Europy przy pomocy kilku gazociągów.
Dla mnie, mniej globalnie rok 2010 był ciekawy. Zdecydowanie to słowo najlepiej opisuje ten rok. Zacząłem prowadzić tego oto bloga. Zacząłem pisać. Połowę Szulerów albo bym wyrzuciła, albo zmienił, mimo to jestem dosyć zadowolony. Potem oczywiście "Czechosłowacka..." i "Węgrzyn", z których jestem zdecydowanie zadowolony. Zdarzyły mi się też felietony, które chyba przypadły do gustu.
Tegoroczne wyjazdy były intensywne. Najpierw szalony konwent w Rzeszowie, później Solina, którą koniecznie musimy powtórzyć, następnie "męskie" Bieszczady, więcej konwentów, zakończone oczywiście Falkonem!
W tym roku stałem się posiadaczem masy herbat, kilkunastu lepszych lub gorszych książek, bokkena, wiatrówki i czego tam jeszcze...
W tym roku, właściwie całkiem niedawno związałem się bliżej z taką brązowooką, z czego jestem chyba najbardziej zadowolony.
Poznałem masę ciekawych ludzi, przeczytałem stertę świetnych książek i kilka zupełnych niewypałów, przesłuchałem masę płyt (dopiero od nie tak dawna notowanych na Laście), znalazłem się na Fejsbuku , obejrzałem kilka naprawdę świetnych filmów, kilka gorszych i całą masę gniotów (oj nie mam szczęścia do kina)
A w tym? W 2011 rok wchodzę niewyspany po świetnym sylwestrze, z perspektywą masy nauki na poniedziałek i nadzieją, na szybkie ferie.
Postanowienia? no oczywiście więcej napisać. Nauczyć się fechtunku. Zdobyć matchę.
Chciałbym żeby literacko był bardziej płodny niż rok poprzedni. Równie urodzajny w wydarzenia i przyjaciół. Szczęśliwy, pogodny i tańszy. Tego sobie i Tobie drogi czytelniku życzę.
Dosiego