poniedziałek, 27 grudnia 2010

Podświętnie

Dni wolne od nauki szkolnej i pracy mijają mi bardzo przyjemnie. Spędzam je jedząc, czytając "Opowieści niesamowite", słuchając ZZ top i ogólnie się obijając. Dobrze, dobrze bo się napisało opowiadanie. Miało być świąteczne, ale wyjdzie noworoczne i jeśli lubisz Indianę Jonesa i Larę Croft, to z pewnością spodoba Ci się moja kolejna blogowa propozycja.
Dzisiaj właściwą część dnia spędziłem u Kulawego. Było bardzo przyjemnie, jak zwykle z resztą. Pogadaliśmy o książkach, usiłowaliśmy skupić się nad filmem, a skończyliśmy wykorzystując map edytora z Twierdzy Krzyżowiec na wszystkie możliwe sposoby.
Święta zleciały mi mało świątecznie i niespokojnie. Rodzina pokłóciła się międzypokoleniowo, nie włączając w to na szczęście mnie. Dziadki vs rodzice, to wystarczająca mieszanka wybuchowa.

środa, 22 grudnia 2010

W święta z buciorami.

Styrałem się układaniem książek na regale, ale jestem zadowolony, wszystko ładnie się pomieściło, a niepotrzebne barachło poszło na strych. Zeby było świątecznej powiesiłem sobie lampki choinkowe na oknie i na schodach, a co! No i oczywiście zacząłem niszczycielskie rajdy na babciną kuchnię. Walka o ciastko to ciężka praca, trzeba uważać, żeby nie zostać wykrytym, a potem szybko uciekać, chyba że chce się dostać ścierka przez łeb.
Pozbyłem się włosów, znowu, ale tym razem jestem w miarę zadowolony z efektu. Na sylwestra będą miały pożądaną długość. Wigilia klasowa udała się moim zdaniem bardzo dobrze, jak na warunki mojej klasy. W okres świąteczny wchodzę zadowolony, z poukładanymi książkami i umówionym mieczowym sparingiem.
Dziś w nocy zabieram się za poważne czytanie "Imienia Róży" . Jest pełnia, więc nie bedę zbyt dobrze spał. Pierwszy deadline tej nocy, strona 120!

sobota, 18 grudnia 2010

Blaga

Byłem wczoraj na krośnieńskim przeglądzie kabaretów młodzieżowych "Blaga" A raczej na występie kilku ponoć kabaretów przed widownią, której miejscem pobytu powinny być raczej trybuny podrzędnego wiejskiego stadionu, a nie fotele w teatrze. Jedzenie, picie, gadanie przez telefon, krzyczenie do aktorów, było nagminne i po pewnym czasie przestało mnie nawet dziwić. Za to ci co nie krzyczeli, jedli itd. siedzieli jak na szpilkach, poczekalni do ginekologa. Serio, tak drętwej widowni nie widziałem już bardzo dawno. Nawet nie potrafili bić brawa.
Oprawa? Jaka oprawa? Parka prowadząca była najbardziej drętwą i najgorszą dwójką konferansjerów w historii. Ja rozumiem, można mieć tremę, ale w pewnym momencie, po prostu staje się tam i wystarczy tylko czytać z kartki. I chyba słowo TYLKO zapadło konferansjerom w pamięci, bo poza czytaniem (bez emocji, intonacji, przecinków, kropek, wykrzykników) nie robili zupełnie nic. Przerwy techniczne trwały latami, a w pewnym momencie czułem się jak na próbie.
Gwóźdź całego przeglądu, czyli uczniowskie kabarety okazały się zbieranina słabych aktorów, beznadziejnych tekstów, taniego humoru, prywatnej widowni (czyli uczniowie szkoły ,znajomi jako jedyni rozumieli rzucane ze sceny gagi) i słabej oprawy. Zagrali kilka piosenek, może i ładnych, ale niezbyt pasujących do kabaretowego założenia przeglądu.
W pewnym momencie ze znajomymi nie wytrzymaliśmy i wyszliśmy, nie czekając na werdykt jury. Jak widać wyżej wyjście na Blagę okazało się zupełnym i totalnym niewypałem. Wieczór uratowało tylko wyjście do baru i palenie tam fajki wodnej w dobrym towarzystwie.

Wyróżnienie dostałem w XI Krośnieńskim Konkursie Literackim za "Nie pora na Węgrzyna"( http://syzmon.blogspot.com/2010/11/nie-pora-na-wegrzyna-wstawa-swit.html ). W nagrodę dostałem Słownik literatury polskiej (przyda mi się do matury, yeah!), fajny atlas z najpiękniejszymi krajobrazami ( nada się na prezent, albo pójdzie do antykwariatu) i "Nad Niemnem" z Grega (sic. trzeci raz to samo).
Kupiłem sobie kubek termiczny z Termita , ma pół litra pojemności, jest z aluminium i wygląda jak dzbanek. Ten nie potłucze mi się jak jego poliwęglanowy poprzednik. Zmieści sie w nim całkiem sporo herbaty, także jest spoko.
Na dniach postaram się wrzucić kolejne opowiadanie.
Świątecznie, korzennie i z hibiskusem.
Na dniach postaram sie wrzucić

czwartek, 16 grudnia 2010

Succes

Zostałem zalany przez książki za dostanie wyróżnienia w konkursie literackim za "nie pora na Węgrzyna"
Jestem z siebie zadowolony, bo zostałem wydrukowany.
Mam nowy kubek termiczny.

sobota, 11 grudnia 2010

"W stylu średniowiecznego, postapokaliptycznego socrealistycznego stalkera"

Udało się! Znalazłem "Imię róży" w antykwariacie. Z natury nie kupuję książek, wolę je pożyczać z biblioteki, po to jest, jednak niektóre tytuły muszę mieć u siebie. "Imię róży" było w bardzo dobrym stanie, dlatego nie zastanawiałem się nad zakupem ani sekundy. Równocześnie kiedy odkładałem sobie bestseller Eca między jakimiś starymi tytułami mignął mi Edgar Alan Poe i jego "Opowieści Niesamowite". Podwójne szczęście. I wtedy pytanie, "to co, bierzesz te dwie, czy szukasz jeszcze jedną i roimy rabat?". Pytanie...
Po pół godzinie szukania, długiego rozpatrywania, który tytuł nie zanudzi mnie na śmierć, da jakąś rozrywkę, ewentualnie wiedzę, a i znajdę na niego czas. Znalazłem półkę z mitologiami i tam szukałem mitologii słowiańskiej. Niestety nie było niczego znajomego i musiałem zadowolić się super opracowaniem mitologii celtyckiej. Zapłaciłem 30 złotych za trzy książki w bardzo dobrym stanie, wyjście bardzo udane. Ponadto zamówiłem "Mistrza i Małgorzatę" który też opłaci się bardziej niż w Empiku. Nawet jeśli się nie opłaci, to i tak kupię go w antykwariacie, a co! Będę miał świadomość, że nie przyczyniłem się do jego upadku, wspierając konkurencję.
Dzisiaj kolejny wypad do lasu. Był najbardziej przesranym, najtrudniejszym i najzimniejszym wyjściem w plener w którym brałem udział. Ziemia była śliska, wiatr wiał jak szalony, a przy okazji padało. Zrobiłem najgłupszą rzecz w życiu i żyję, więc jest sukces. Przy okazji dzisiejsze wyjście było najlepszym ever! No i komentarz mojego kumpla kiedy przechodziliśmy nad jakimś strumieniem po na szybko zrobionej kładce. "Wyglądasz jak pieprzony średniowieczny, postapokaliptyczny, socrealistyczny stalker"
Co za dzień, co za tydzień.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Mikołajem po twarzy

6 grudnia. Mikołaj do mnie przyszedł, zostawił co swoje, zaśpiewał, wyżarł ciastka i poszedł. W szkole pełno czerwonych czapek, a nauczyciele z pianą na ustach tłumiona dobrodusznym uszanowaniem tradycji patrzyli dziś bezkarnie na naszą sielankową niewiedzę. Mnie to bardzo przypadło do gustu i siedziałem bezmyślnie w mikołajowej czapie.
Lovecraft się nie czyta, bo nie mam czasu. Po raz enty już przesłuchuję płytę Kamelot "The black Halo" i dalej jest tak samo boska jak była.
W empiku nie było ani "Imienia Róży" ani "Mistrza i Małgorzaty", innymi słowy dalej nie mam niczego przyjemnie nowego i mikołajkowego. No prawie niczego...
mięta mięta mięta na bolący brzuch.

środa, 1 grudnia 2010

Szarotu

Żyjemy w ponurym otoczeniu naszego szarego kraju. Naprawdę! Tu jest szaro, dopiero od trzydziestu lat Polska, a co za tym idzie Polacy zaczynają nabierać koloru. Czym jest to jednak spowodowane?
To bardzo proste. Przez wiele lat Polska jak wiadomo była pod zaborami. XIX wiek kolorowy na zachodzie Europy przepędziliśmy na wypłakiwaniu oczu nad smutnym faktem nie posiadania własnego kraju. Poza tym cała masa szarości była wysyłana zza granicy przez wieszczów-emigrantów, ślących swoje płaczliwe wiersze do (nieistniejącej, utraconej) ojczyzny. Po odzyskaniu niepodległości też nie było czasu na kolorowość. Nastała wojna, a potem okupacja komunistyczna. Oglądam czasem rzeczy babci z tamtych lat. To wszystko jest albo wyblakłe (nie przez czas, a z natury) albo szare, albo słabo zafarbowane, albo ogólnie niekolorowe!
Kolory są jakimś odzwierciedleniem naszego samopoczucia, ale także wpływają na nie. Ubierając się na szaro-buro i ubierając na równie ponure kolory nigdy nie będziemy wesołą nacją a przecież byliśmy!Sarmacka Polska była bardzo kolorowa!
Totalnie zgadzam się z twierdzeniem, że Polska istniała tylko do czasów odsieczy wiedeńskiej, a potem tylko od czasu do czasu. Tak jak wtedy tak i teraz wszędobylski pesymizm sprowadza na nas ponury nastrój. Płynie to z historii ,Polacy kochają przecież święta narodowe, w których opłakują niepowodzenia i najchętniej robią je w listopadową noc, przez co kolejne pokolenia uczą się tego naszego sceptycyzmu. Media pełne są ludzi, którzy są mistrzami w mówieniu o tym, jak to jest do dupy. Otaczamy się aurą szarości i marazmu.
Dlaczego nie ma obchodów bitwy pod Kircholmem, albo Chocimiem!? Przecież te zwycięstwa powinny być dniami ustawowo wolnymi od pracy, a nie 3maja, kiedy wprowadziliśmy konstytucję. Dobra, na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się super. Wprowadziliśmy rewolucyjną konstytucję, pokazaliśmy środkowy palec Moskwie, ale święto 3 maja to doskonała okazja do wspominania o nieudanych powstaniach, wywózkach i smutnym Mickiewiczu, bo w końcu 3-majowa konstytucja gówno dała.
Dopiero teraz Polacy wracają do kolorów i nie chodzi tu o mody, wystarczy porównać zwyczajnie np. nasze reklamy z lat 50 i amerykańskie, brytyjskie, hiszpańskie. Socjalizm obrał nas do reszty z wesołości i kolorów (poza czerwonym).
Bądźmy kolorowi! Jak herbata wieloowocowa w pstrokatym kubku!