czwartek, 7 czerwca 2012

God save the queen

    W zeszły weekend były huczne obchody diamentowego jubileuszu panowania królowej Elżbiety II. Zaparzyłem sobie więc British Breakfast i odpaliłem BBC, żeby oglądać paradę statków na Tamizie.
Szczerze mówiąc spodziewałem się czegoś prawdziwie spektakularnego, fakt, było dużo, ładnie, głośno i kilka pamiątkowych perełek. Wszystko dla uczczenia obchodów rocznicy panowania królowej. Ale po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że narody zachodnie nie potrafią robić prawdziwie spektakularnych i widowiskowych parad. Po prostu dla człowieka wschodu Europy wszystko wyglądało trochę partacko, niedokładnie i bez tego czegoś. Media mówiły, że to ma być wspomnienie starych dobrych, imperialnych czasów, nawiązanie do tamtej potęgi. A co ja widziałem? Dwa nawiązania, pierwsze w postaci monarchini, a drugie w postaci jej łodzi, która była jedyną prawdziwie piękną konstrukcją płynącą po Tamizie. Wielkim rozczarowaniem była łódź-dzwonnica, która miała mieć osiem dzwonów, a miała żałosne dzwonki, których powstydziłby się proboszcz na parafii w jakiejś Koziej Wólce...
    Nie krytykuję, bo rzeczywiście było na co popatrzeć, tysiące łodzi, wiosłowych, żaglowych i silnikowych w długaśnej paradzie, płynących środkiem Londynu. Wiwatujące tłumy, saluty z armat. Wszystko było na swoim miejscu, ale pozostał niedosyt. To monarchia, brytyjska monarchia! Miałem ochotę zobaczyć złote łodzie, atłasowe wykończenia, łódź pełną szkockich gwardzistów, łódź Jamesa Bonda, może nawet repliki żaglowców z epoki wiktoriańskiej, albo i parowce. Na pewno miałem ochotę na jakikolwiek okręt brytyjskiej marynarki wojennej. Cokolwiek co nawiązywałoby do wspaniałej tradycji.
     Nauczyłem się w ten sposób, że jeśli chcę zobaczyć przepych w swojej najprzedniejszej formie, czystej krwi manifestację potęgi i bogactwa, muszę oglądać wszystkie uroczystości z ... Moskwy. Tak, Putin i jego świta wie jak manifestować swoja potęgę.
     Wracając jednak do Elżbiety II, uważam, że jest potrzebna światu. Świat potrzebuje czegoś stabilnego tak jak brytyjska monarchia. Może mam idylliczno-romantyczne wyobrażenie monarchii i Brytanii jako takiej, ale w sumie dobrze mi z tym. Królowa symbolizuje dla mnie wartości, które cenię, stabilność, dozę konserwatyzmu i takie nostalgiczne nawiązanie do czasów potęgi imperium brytyjskiego. Mi Wielka Brytania nie kojarzy się z footballem, street artem i szalonymi klubami. Dla mnie to raczej ojczyzna herbaty i Monty Pythona trącąca dawną potęgą, ostoja tweedu, ciemnego piwa i świetnego poczucia humoru. Dlatego wszystkie niemal moje opowiadania staram się umieścić w Brytanii, lub w brytyjskim klimacie.
     W związku z moimi wyidealizowanymi wyobrażeniami nie chcę tam jechać. Mogę odwiedzić Szkocję, Irlandię, tamtejsze dzikie tereny, ale nie duże brytyjskie miasta. I to tylko dlatego, że nie chcę sobie zepsuć tego mojego wiktoriańsko-konserwatywnego wyobrażenia.



Nigdy chyba jednak nie przekonam się do herbaty z mlekiem... To mnie przerasta. British Breakfast, tylko z firmy Ahmad Tea, żadna inna .

1 komentarz:

K. pisze...

Słabe, napisz coś lepszego.