sobota, 5 listopada 2011

Chłopcy z Botany Bay




Już nad Hornem zapada noc
wiatr na żaglach położył się
a tam jeszcze korsarze na Botany Bay
upychają zdobycze swe

            Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy piracki bryg wpływał do zatoki. Ostatnie krwawe promienie oświetlały ogorzałe twarze, szerokie bary i ponure miny marynarzy uwijających się na pokładzie. Bryza pchała okręt ku białym klifom skalistego brzegu, które teraz skąpane były w świetle zachodzącego słońca. Znużona załoga nosiła zdobycze zabrane z włoskiego statku handlowego, upychając je w ciasnej ładowni pod  głównym pokładem. Wory wyładowane cynamonem, pieprzem i goździkami były nie lada fortuną i trzeba było je chronić. Kufer pełen guldenów kapitan zabrał do swojej kajuty, by tam bezpiecznie przeczekał powrót załogi do portu. Howard Morgan za wszelką cenę nie chciał dopuścić, by jego okręt Little Rose zmienił się w statek widmo, ogarnięty gorączką złota.

Jolly Roger na maszcie już śpi
jutro przyjdzie z Hiszpanem się bić
a korsarze znudzeni na Botany Bay
za zwycięstwo dziś będą swe pić

Okręt zacumował pośród skał. Nawigator doskonale przeprowadził go pomiędzy rafami i kiedy na pokładzie był już klar, bosman stanął na mostku i krzyknął.
-Dobrze chłopcy! Świetnie się dzisiaj sprawiliście! Możecie iść do kubryku. Dzisiaj pijemy za zwycięstwo! Na pohybel !
-Na pohybel!- zakrzyknęła załoga i dopadła beczułek rumu, na polecenie bosmana wytoczonych z ładowni przez dwóch młodych majtków .
            Wiara wpadła do kubryku i porwała za kielichy, kufle, kubki i puchary, by napełnić je rumem. Odszpuntowana beczka leżała oparta o grubą belkę grotmasztu. Lano tęgo, nikomu nie żałując, wszak wszyscy zasłużyli sobie na nagrodę za dzisiejszą bitwę.
-Za starego, co ma nos na takie okazje jak dzisiejsza! –zakrzyknął któryś.
-Za starego!- zawtórowała gromada zdartych, przepitych głosów, wznosząc pierwszy toast.
Załoga Little Rose stoczyła wspólnie niejedną bitwę, walcząc zaciekle ramię w ramię pod dowództwem kapitana Howarda Morgana i jego pierwszego oficera , pana Colinsa. Niejeden bój o beczkę śledzi przypłacili krwią, ranami i stratą towarzyszy. Za to dzisiaj sprawili się wyśmienicie. Najpierw sternik Henry przy pomocy nawigatora wymanewrował włoski szkuner, tak że zapłynęli mu drogę i wypalili z armat wprost na uwijającą się na pokładzie załogę, która usiłowała zrobić zwrot. Potem wszyscy razem dopadli wroga na jego pokładzie i stoczyli śmiertelny bój. Jak się okazało, po przeszukaniu ładowni, załoga handlowca była wyposzczona, a woda w cysternie śmierdziała niemiłosiernie, jakby  była czymś zatruta. Za to ładunek i skarb przewożony przez Włocha kapitan ocenił na kilkanaście tysięcy funtów.
Wszyscy śpiewali i wiwatowali, bawiąc się w ciasnej kabinie. Jednooki Oliver wyjął swój flet i umilał biesiadę, grając skoczną melodię.

Śniady Clark puchar wznosi do ust
bracia niech toast idzie na dno
tylko Johnny nie pije bo kilka mil stąd
otuliło złe morze go


            Clark wzniósł kolejny toast, zamyślił się chwilę, po czym uciszając ręką Olivera i całą rozhukana załogę powiedział grobowym głosem:
-Za tych kompanów, co już ich z nami nie ma. Teraz pływają z Neptunem, taki już nasz piracki los…
-Taki piracki los…- powtórzyli wszyscy, ulewając trochę rumu na deski, jako znak pamięci dla tych co odeszli, patrząc  ze smutkiem na pusty hamak w rogu kajuty, na którym zawsze spał Johny,  jeden z ich kompanów, którego dzisiaj musieli pożegnać.

Nie podnosi kielicha do ust
zawsze on tu najgłośniej się śmiał
mistrz fechtunku z Florencji ugodził go
już nie będzie za szoty się brał

***
            Zawiało im z zachodu, Włosi jeszcze nie zauważyli zbliżającego się do nich pirackiego okrętu. Czarne żagle nie były zbyt dobrze widoczne na tle szarego morza. Kapitan spoglądając przez perspektywę zagryzł wargi, atmosfera na decku była wyjątkowo napięta. Wszyscy marynarze uwijali się po pokładzie, podciągając niektóre liny, by płynąć z pełna prędkością, wychylali się przez wanty, by lepiej zobaczyć cel. Na pokładzie prochowym było niewiele luźniej. Strzelcy uchylali ukradkiem ambrazury, by zerknąć na sylwetkę włoskiego szkunera, wybierając miejsca najdogodniejsze do ataku. Henry przyłożył lunetę po raz kolejny do oka, zrobił to również pierwszy oficer.
-Jaki diabeł? Ślepe są, czy co? Żeby nie zauważyć brygu z  mili trza być ślepcem, albo  głupcem, co panie Colins?
-Aye, uwijają się po pokładzie jak w ukropie,  nie ma który nawet czasu zerknąć przez ramię.
            Na pokładzie włoskiego handlowca Paola układano na nowo cały ładunek, bo podczas ostatniego sztormu pozrywały się liny trzymające fracht na miejscu. Cały dobytek wyniesiono z ładowni, przeglądano, czy nie zamókł i wyrzucano to co nie nadawało się już do niczego. Pozostały fracht chowano z powrotem.  W końcu jeden z majtków przeciągając się spojrzał za siebie, ponad głowami pracującej załogi. Nie był pewien tego, co zobaczył, podszedł więc do burty i przyłożywszy rękę do czoła przyglądał się kształtowi majaczącemu przy linii wody, gdzieś na zachodzie. To, co zobaczył, zmroziło go. Podbiegł do dzwonu na mostku, zabił w niego i zawył z całych sił.
-Piraaaci! Zbliżają się od zachodu!
           
            -Widzi pan, panie Colins, już nas widzą- powiedział kapitan odkładając lunetę od oka.
-Aye, na pokładzie zrobiło się niezgorsze zamieszanie. W tym chaosie pewnie nie będą w stanie przygotować się do walki. A może uda nam się zdobyć fracht bez przelania kropli krwi, tak jak robił to Czarnobrody?
-Wątpiłbym w to. Przygotować się do walki!
-Aye panie kapitanie.
Piraci zgodnie z rozkazami bosmana Sama wciągnęli na maszt Jolly Rogera, wesołą czaszkę, patronującą im w każdej bitwie. Kiedy zbliżyli się do Włocha na tyle, że widać było pojedyncze sylwetki ludzkie, załoga przywitała swoich wrogów przekleństwami, dzikim krzykiem i niewybrednymi gestami.  Po krótkim pościgu, Little Rose płynęła już za Paolą.
-Zwrot przez sztag!- Zawył pierwszy oficer.
Załoga porwała się do lin, sternik szarpnął za koło i statki ustawiły się burta w burtę. W tym momencie  na pokładzie prochowym zawrzało. Stary Leo, dowódca kanonierów  wykrzykiwał rozkazy.
-Otwierać ambrazury, ładować działa, cel…- poczekał, aż okręt uniesie się na fali, a osłupiała włoska załoga spojrzy w ciemne gardziele pirackich dział- ognia!
Huknęła salwa, wokół okrętów pojawiła się szara chmura kwaśnego, prochowego dymu. Słychać trzask łamanych belek poszycia, może złamany maszt. Słychać jęk i krzyki ranionych odłamkami. Wiatr rozwiał chmurę dymu i piraci momentalnie zaczęli rzucać w stronę wroga  kotwice, wbijające się w pokład, burty i maszt. Silne dłonie ciągnęły liny i dwa okręty zaczęły się do siebie zbliżać. Włosi usunęli jęczących rannych i ustawiali się tak, by przyjąć pierwsze uderzenie piratów.  Wystrzeliło kilka muszkietów, jeden z majtków ciągnących liny na Little Rose dostał w ramię i upadł, zastąpił go inny chłopak. Na Paoli nie nadążali z rąbaniem lin, które coraz bliżej przyciągały do siebie obydwie jednostki. W końcu głucho łupnęły zderzające się burty. Piraci z dzikim rykiem rzucili się na Włochów. Szczęk broni, wystrzały z pistoletów, jęki rannych i złorzeczenia walczących mieszały się w ponurej symfonii morskiej bitwy.
            Johny doskoczył do jednego z przeciwników, który ranił dwóch jego kamratów i śmiało podążał, by dopaść kapitana walczącego pod grotmasztem.
-Stój pludraku, gdzie leziesz, ze mną się jeszcze musisz porachować!- krzyknął wywijając nad głową kordelasem. Włoch, odwrócił się i robiąc wypad chciał dopaść Johnego. Pirat sparował cios w ostatniej chwili i próbował wyprowadzić kontrę, jednak zachwiał się i nie trafił. W tym momencie Włoch swoim rapierem chciał ugodzić Johnego w głowę , ten jednak odskoczył do tyłu popychając inną dwójkę walczących tak, że wpadli na siebie, upadli na dek i zaczęli śmiertelne zapasy. Nie oglądając się, korsarz chciał wykonać zuchwały atak pod żebro Włocha, jednak ten wiedział jak zablokować podstępne cięcie. Jednym ruchem wybił broń z ręki Johnego, po czym z całej siły pchnął go w krtań. Ostrze przeszło na wylot, a Johny runął jak długi na śliski od krwi pokład. Florentczyk nie zdążył się nawet odwrócić, bo zbłąkana kula wystrzelona przez jednego z jego ziomków ugodziła go w płuco. Legł obok swojego rywala i razem z nim odszedł w objęcia Neptuna.
***

Tak niewielu zostało dziś ich
resztę zabrał Neptun pod dach
choć na ustach wciąż uśmiech to w sercach lód
w kuflu miesza się rum i strach

            Na wspomnienie o okrutnych morskich bitwach, dalekim domu i straceńczym losie pirata wszyscy sposępnieli. Spoglądali w ciszy w głąb swoich kufli, kielichów i kubków z rumem, przypominając sobie ciepły głos dziewczyny, kochanki, może matki, zostawionej gdzieś za siedmioma morzami. Niejeden z tych twardych jak grenlandzki lód lub wulkaniczna skała chłopów gdzieś w głębi duszy otarł łzę, po czym zapił gorzki smak życia na morzu, mocnym rumem.  Po chwili milczenia        i wspomnieniu brawurowego towarzysza, powrócili do gwarnego rozprawiania, śmiechów i muzyki.
            Pijatyka skończyła się po północy, kiedy skończył się rum, a bosman kazał iść spać. Nazajutrz czekała ich prawdziwa przeprawa. Mieli przeciąć hiszpański szlak handlowy, na którym liczyli na znalezienie okrętu wyładowanego po brzegi złotem i przyprawami.

To ostatni chyba już rejs
cios sztyletem lub kula w pierś
Bóg na szkuner w niebiosach zabierze ich
wszystkich chłopców z Botany Bay
            Wypłynęli o świcie razem z porannym odpływem. Little Rose obrała kurs na północny zachód, którędy przebiegał szlak. Wiatr im sprzyjał, a załoga pomimo powszechnego kaca-mordercy, sprawnie radziła sobie z wykonywaniem poleceń bosmana. Nikt nie śmiał kwestionować jego zaleceń, bo nieraz jego ciężka ręka i żelazna dyscyplina uratowały nie tylko życie załogi, ale i okręt. W końcu kapitan przez perspektywę dostrzegł przysadzisty, szeroki kształt Hiszpana. Po przebrasowaniu żagli i szybkim zwrocie Little Rose pędziła za wrogiem. Sprzyjający wiatr sprawiał, że doganiali go z każdą chwilą.
-To nie handlowiec, ani transportowiec! To galeon wojenny do stu piorunów. Zwrot przez rufę i uciekać. Może nas nie zauważyli- krzyknął przerażony kapitan odejmując perspektywę od oka.
Załoga błyskawicznie wykonała polecenie kapitana, jednak galeon Santa Veronica dostrzegł bryg już dawno temu i szykował się do walki, specjalnie dając się doganiać.

Bóg na szkuner w niebiosach zabierze ich
wszystkich chłopców z Botany Bay


2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Warto było czekać, brawo. Jest szansa, że coś innego też jest warte czekania...?

JG pisze...

'a korsarze znuŻeni na Botany Bay'