niedziela, 4 września 2011

Poza Horyzonty

  Dzisiejszy wieczór należał do muzyki, tak powinna zaczynać się recenzja szanującego się koncertu. Moja zacznie się raczej jakoś tak:
      Świetnie bawiłem się na próbie generalnej przed koncertem. Artyści pokazali klasę.  Czasem były to piosenki na prawdę trudne i byłem pod wrażeniem tego, że zaśpiewali je czysto (tyczy się to zwłaszcza dziewczyn). Brawa również należą się dziewczynom i chłopakom, którzy w tle sobie tańczyli. Fajna choreografia, czasem gubił się jakiś krok, a czasem rytm gdzieś ginął, ale ciężko byłoby to zauważyć komuś kto nie tańczył przez ponad 5 lat. Więc spore brawa za aranżację utworów za równo ze strony akustycznej jak i wizualnej. Najlepsze wrażenie zrobiła na mnie "Dumka na dwa serca", przy której włos jeżył się na ręce, co nie zdarzyło mi się nigdy przy oryginale.
    Tu ciepłe słowa się kończą i zaczynam pisać co było jak na próbie. Po pierwsze konferansjer o głosie nastolatki, który nie potrafił złożyć zdania po polsku. Sorry, ale dawać takiego kolesia, mając na zapleczu gościa z głosem (i urodą) radiowca jako konferansjera, to tak jak płynąć przez ocean za luksusowym liniowcem , mając pod czepkiem bilety pierwszej klasy na wyprzedzający nas statek. Kwestię techniczną przemilczę, bo było rzeczywiście jak na próbie. Pomylić filmiki zapowiadające piosenki, potem puścić nie tych artystów na scenę, to totalny brak profesjonalizmu, graniczący powiedziałbym z debilizmem. Dobór piosenek był tragicznie monotonny. Po jednym smucie następował kolejny. Świetne wykonania, ale przy dwudziestym utworze zasypiałem! Więcej energii, więcej życia! A nie, przepraszam, dostałem moją dawkę energii, kiedy Alan dochrapał się do mikrofonu. I tak słabowity konferansjer został zastąpiony przez najgorszego możliwego konferansjera. Alan śpiewa ładnie, ale jak zaczyna mówić, zachowuje się tak, jakby każda cząstka jego ciała mówiła osobno. I każda z tych cząstek mówi o czymś innym! Modliłem się tylko, żeby zostawił w końcu mikrofon i pozwolił orkiestrze zagrać ich finałowy numer (monotonny smut, zbierający smutactwo wszystkich poprzednich piosenek i tworzący wybitnie długie smutne dzieło z trzema zakończeniami).
     Ostatecznie wieczór mogę uznać za udany, ale nierówny. Teraz tylko sencha i mogę iść spać. Jutro pierwszy rzeczywisty dzień trzeciej klasy.

Five o'clock, good night!

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

true.

Anonimowy pisze...

Stach-kastrat.
N.