niedziela, 24 lipca 2011

Szkoła latania rozdział 1

Największym, o ile nie jedynym marzeniem doktora Allana Van Hoetha było latanie. Jego badania, prowadzone przez wiele lat w londyńskim laboratorium nie przynosiły jednak zbyt satysfakcjonujących efektów. Jedynymi widocznymi rezultatami były skomplikowane modele zawieszone pod sufitem, grube tomiska notatników zapisanych drobnym maczkiem i kilka wywiadów dla lokalnej prasy. Widocznych efektów było jak na lekarstwo. Ten dosyć przygnębiający wniosek sprawił, że doktor postanowił wybrać się w daleką podróż.
Późnym latem roku 1865, po ponad dwóch latach tułaczki doktor Allan Van Hoeth powrócił do Londynu. Nacisnął ciężka mosiężną klamkę i wstąpił po granitowych schodach do ciemnego hallu.
- Mary! Maryanno!- zawołał swoją gosposię.
Po schodach z wielkim pośpiechem zbiegła młoda kobieta. Jej oczom ukazał się widok niecodzienny. Otóż w drzwiach stał wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna w średnim wieku. Włosy miał długie, barwy marchewkowo-rudej, związane w koński ogon, który sięgał ramion. Zza okularów-połówek po pomieszczeniu rozglądały się zielone oczy. Przybysz odziany był w długie workowate spodnie na modę indyjską, błękitną koszulę i kamizelkę od fraka. Za nim do przedpokoju wchodził młodszy człowiek, który z niewysłowionym mozołem ciągnął za sobą wielgachną walizę.
- Czy to pan, panie Van Hoeth?
- A kogóż Maryanna by się spodziewała, świętego Mikołaja? Co prawda mam dla Maryanny parę prezentów, jednak Mikołajem nie jestem, a i do gwiazdki daleko.
- Tak się o pana martwiłam! W ogóle jak pan wygląda, pomięty, niewyspany, wychudzony! Już ja pana do ludzkiego wyglądu doprowadzę! Tak w ogóle, to nie było pana dwa lata z hakiem. Pisał pan tylko przez rok, a potem korespondencja zamarła, tak się bałam! - Drobnej kobietce po policzkach popłynęły łzy, zakryła twarz fartuszkiem i wybiegła z pomieszczenia, ze schodów krzyknęła tylko coś o herbacie.
- Od razu człowiek czuje, że wrócił - uśmiechnął się do chłopaczka, który właśnie skończył targać drugą walizę do środka.
Chłopaczyna odburknął tylko coś pod nosem, wtaszczył bagaż na środek pomieszczenia, prosto pod nogi Allana i wyciągnął dłoń po swoją zapłatę. Doktor rzucił kilka miedziaków młodzieńcowi i poczekał, aż tragarz wyjdzie, po czym sam, nie bez problemów, zaczął wciągać swoje pakunki na piętro do swojej sypialni.
Po odświeżeniu się, wyśmienitym obiedzie i wielogodzinnych opowieściach z pełnych przygód podróży po krańcach imperium brytyjskiego doktor postanowił odwiedzić swoją pracownię. Cały dom był w idealnym stanie, zadbany i wyodkurzany w każdym zakamarku, było jednak jedno miejsce do którego gosposia miała całkowity zakaz wstępu. Wielokrotne narzekania nie pomogły i Maryanna z czasem pogodziła się z faktem, że do pracowni pana doktora wstępu nie ma nikt, poza nim samym.
Szafki, pułki i książki pokryte były grubą warstwą kurzu. Modele pod sufitem pokryte były wieloma warstwami pajęczyn i uginały się pod ciężarem zebranego kurzu. Po podłodze walały się jeszcze ostatnie pomięte i niedokończone notatki zrzucone z biurka w noc przed wypłynięciem. Doktor wciągnął zatęchłe powietrze jego małej pracowni i zamknął za sobą drzwi.
* * *
Komisarz Therry Johnes z londyńskiej policji szedł szybko pośród jesiennej ulewy. Był ciemny, zimny, zasnuty mgłą wieczór. Doszedł na Queen’s Road i zamarł. Na ulicy leżał trup. Mężczyzna w wieku około dwudziestu lat. Do komisarza podbiegł młody adiutant, przemoknięty i zmarznięty.
- Rozbita głowa, potrzaskane kości nóg, połamane żebra. Musiał upaść z bardzo dużej wysokości. Wyskoczył przez okno w pobliskiej kamienicy. Czwarte piętro to nie przelewki.
- A może ktoś go wypchnął?
- Co ma pan na myśli?
- Zobacz, to już czwarty taki trup tylko w październiku. Ja rozumiem, jesień i te sprawy, ale żeby tak wszyscy razem skakali z okien?
- Najprostszy sposób. Szybki i tani. Nie każdy potrafi zrobić sobie wisielczą pętlę, a i nie każdy jest na tyle odważny, żeby samemu zrobić sobie takie coś. W połowie wiązania się rozmyślają. A tak, to tylko staje się na parapecie i siup!
- Jak dla mnie, to nie może być przypadek. Przeszukać mieszkanie!
- Aye.
Weszli razem po krętych schodach na czwarte piętro, do mieszkania samobójcy. Wszystko wyglądało zupełnie w porządku. Ułożone papiery, zimna kawa stojąca na stoliku, krzesło postawione obok parapetu. Mieszkanie było bardzo czyste i schludne. Jedynym źródłem światła była dopalająca się świeca na stoliku nocnym.
-Sam pan widzi, panie komisarzu. Wszystko normalne. Zabieramy trupa do kostnicy i kończymy na dziś, co?- zapytał z nadzieją w głosie Henry, młody adiutant.
- Jeszcze tylko się trochę rozejrzę.
Podszedł do okna. Przyglądał się długo framugom, parapetowi, nawet dywanowi na podłodze. Niczego znaczącego nie znalazł. Wstał i westchnął.
- A kosztowności?
- Nie ma niczego. Z resztą to był tylko studencina, co on mógł mieć?
- A co studiował?
- Archeologię.
- To nawet nie wiecie ile skarbów oni wynoszą ze sobą do domu. Przeszukać mieszkanie, tylko dokładnie. A to idzie ze mną - wziął do ręki plik kartek z biurka studenta i wyszedł.
Gdy zamknął drzwi usłyszał za sobą tylko kilka przekleństw przez zęby, po czym zaczęło się szuranie otwieranych szuflad.
Po niemal czterech godzinach czytania sterty nudnych dokumentów z wykopalisk w północnej Afryce znalazł to czego szukał. Na jednym wykazie znajdował się szkic i dokładny opis złotego naszyjnika z doliny królów, na kolejnym wykazie przedmiotów, które trafiają do National Museum, nie było nawet wzmianki o tym znalezisku. Więc skarb musiał być gdzieś u młodzieńca, ewentualnie zachłanny studencina mógł go gdzieś schować.
- Douglas! Chodź no tu, chłopaku. Nie znalazłeś wczoraj takiego naszyjnika?- zapytał adiutanta pokazując szkic.
- Zameldowałbym to. Znalazłem tylko kilka funtów i kilka weksli.
- Może jakaś mapa?
- Nic.
- Czyli jednak kradzież!
- Tego przecież nie możemy być pewni.
- Założyć jednak taką opcję będzie bezpieczniej. Musimy to sprawdzić. Wydaje mi się, że mamy do czynienia z mordercą. Nazwijmy go, High, bo jego ofiary spadają z dużej wysokości.
- Jak pan chce…
* * *
Pukanie do drzwi powtórzyło się. Maryanna dobiegła do nich i otworzyła gościowi. Komisarz Therry Johnes był niewysoki, raczej krępy. Na okrągłej twarzy miał równiutko przycięty wąs. Krótkie czarne włosy siwiały już, tworząc szare zakola. Przyszedł w stroju cywilnym odwiedzić starego znajomego, o którego powrocie dowiedział się dopiero niedawno, a i praca nie pozwoliła mu na wcześniejsze spotkanie z druhem.
- Pan doktor w domu?
- Oczywiście! Jak dobrze, że przyszedł pan w gości. Doktor tylko całymi dniami siedzi u siebie w pracowni, zaharuje się na śmierć. Panie doktorze! – zawołała gospodarza.
Na piętrze skrzypnęły drzwi i na schodach pojawił się Allan.
- Co się dzieje? O, to przecież pan aspirant! Proś do salonu takich gości, a nie trzymasz ich w drzwiach.
- Już nie aspirant. Dostałem awans i przeniesienie.
- Gratuluję, mój drogi.
W salonie przywitali się serdecznie. Mary przyniosła herbatę, whisky i przekąski. Allan oczywiście musiał opowiedzieć o kliku swoich przygodach zanim mógł dowiedzieć się czegoś od starego znajomego.
- A więc awansowałeś?
- No tak, złapałem bandę młokosów jak usiłowali zgwałcić jakąś kobietę i tak ich urządziłem, że poszli do aresztu ze strachu przede mną. A ostatnio z terenu dostałem przeniesienie do wydziału zabójstw. Na razie jestem zielony i łażę za samobójcami, ale wydaje mi się, że wdepnąłem w coś większego.
- Tak? – zapytał zainteresowany.
- Tak, na razie to tylko domysły, ale wydaje mi się, że jest w tym mieście włamywacz i morderca. Wyjątkowo utalentowany, pozoruje bowiem doskonale samobójstwa i okrada domy z wszelkich kosztowności.
-Powodzenia w tym wypadku. I uważaj na siebie.
***
Październik okazał się zaledwie przedsmakiem paskudnego listopada. Codzienne ulewy, lodowaty wiatr i przygnębiająca aura nie wpływały pozytywnie na zszargane nerwy komisarza. Do końca października przeszukał mieszkania trzech kolejnych „samobójców”. Tylko w jednym z nich odkrył zniszczony sejf, co potwierdziło jego podejrzenia. Przez ostatnie dwa tygodnie wszelkie informacje o samobójcach skaczących z dachów i okien przycichły. Gazety rozpisywały się za to o wspaniałych skarbach przywiezionych przez profesora Nathana Longa z dalekiego wschodu. Ich wystawa miała być zorganizowana w budynku przy Trafalgar Square. Na poddaszu kamienicy należącej do towarzystwa przyjaciół archeologii. Sale były gustownie przygotowane pod wystawę złotych masek, koron, sporej ilości oręża z przed wieków i perełki całej wystawy, czyli kufra wypchanego po brzegi złotymi monetami. Nad całością wydarzenia opiekę sprawowały trzy oddziały policji, w tym grupa komisarza Therrego Jonesa.
Zwiedzający tłoczyli się, by móc nacieszyć oczy widokiem nieprzebranych skarbów z grobowca odnalezionego przypadkiem w zachodnich Indiach. Policjanci musieli wyprosić kilku nadgorliwych zwiedzających, którzy własnoręcznie chcieli sprawdzić jakość kruszywa. W końcu o godzinie ósmej wieczorem nadszedł czas, by zamknąć wystawę. Komisarz postanowił zostać na miejscu w postaci stróża nocnego. Brak doświadczenia w nocnym pilnowaniu nieruchomych przedmiotów sprawił, że komisarza szybko zmorzył sen.
Około godziny obudził go jakiś szelest niezbyt delikatnego stąpania po dachu.
- Ha! Złodziej pojawił się tak, jak się tego spodziewałem! – pomyślał i wyjął swój rewolwer.
Nagle rozległ się brzdęk tłuczonego szkła i ciche tąpnięcie, jakby bardzo duży kot zeskoczył na podłogę. High był w pomieszczeniu obok. Ostrożnie i powoli Therry podszedł do winkla i wychylił się. Światło księżyca padało przez rozbity świetlik na podłogę zasłaną kawałkami potłuczonego szkła. Zaraz za plamą światła znajdował się niewyraźni kształt. Wysoki na siedem stóp, poruszał się dziwnie kiwając głową. Miał na sobie długi płaszcz sięgający do ziemi. Powoli podszedł do kufra ze złotem. Odziana w szeroki rękaw dłoń sięgnęła po złoto i zabrała jego garść. To był ten moment!
- Stój! Ręce do góry!- komisarz wyskoczył zza ściany i celował do Higha z rewolweru. Miał świadomość, że znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Naprzeciwko niego stał groźny morderca.
Odwrócił się gwałtownie. Dostrzegł rewolwer w ręku policjanta, cisnął w niego garścią złotych monet i rzucił się przed siebie do ucieczki. Długimi susami przebiegł przez pomieszczenie wystawowe i dotarł do ślepego zaułka. Za nim było tylko małe okno. Therry dobiegł jako drugi.
- Nie masz gdzie uciec! Poddaj się.
High potężnym kopniakiem otworzył okno i stanął na parapecie. Przelotnie spojrzał na policjanta, po czym wyskoczył.
- Nie!
Komisarz podbiegł i spojrzał w dół w poszukiwaniu ciała. Z nieba lał ulewny deszcz, a na chodniku poza kałużami nie było niczego, żadnych zwłok.

środa, 20 lipca 2011

Lipton: łyk inspiracji.

Postanowiłem ostatnio kupić jedno słoneczno-żółte opakowanie herbaty sypanej Lipton, ponoć długoliściastej. Lipton yellow label tea, bo o nim mowa jest jedną z popularniejszych marek herbat występujących w naszych domach. Opakowanie Long Leaf wzbudziło we mnie największe zaufanie. Herbata nie jest pakowana do klaustrofobicznych woreczków, tylko jest zamknięta w postaci sypkiego suszu w kartonowym pudełeczku. Ta wersja wydała mi się też najbardziej ekonomiczna.Takie opakowanie zawiera w sobie 100 g suszu. Mnie jego wygląd się podoba, sprawia porządne wrażenie. Nie jest przesadnie przyozdobione. Jednym słowem, jest schludne.
Wnętrze kryje w sobie sreberkowaty woreczek, którego nie da się wyjąć- dobry pomysł żeby aromat herbaty się nie ulatniał. Właśnie ten aromat bardzo przypadł mi do gustu. Był mocny, przyjemny i wyrazisty. Jak na razie wrażenie bardzo pozytywne.

Listki są o dziwo dobrej jakości. Piszę o dziwo, bo nie spodziewałem się żeby herbata ekspresowa miała susz dobrej jakości. Jednak jak na produkt tworzony na skale masową są raczej porządne. O pochodzeniu tej herbaty powiedzieć wiele nie mogę. Lipton ma swoje plantacje na całym świecie. O pochodzeniu na opakowaniu słowa nie ma, strona producenta także jest dosyć enigmatyczna i pokazuje po prostu całą kulę ziemską z zaznaczonymi plantacjami Liptona. Wikipedia się zlitowała i z niej dowiedziałem się, że yellow label dostaje listki z Indii i Afryki. Niewiele to pomogło, a sama informacja może być deko przestarzała. Dlatego śmiało mogę stwierdzić, że jest to herbata świata (pewnie używają jakiejś mieszanki) . Jest to oczywiście herbata czarna bez żadnych urozmaiceń w stylu owoców, zapachów etc. Producent na opakowaniu podaje, że jest ręcznie zbierana, w co jestem skłonny uwierzyć.
Napar jest bursztynowy i ma przyjemny zapach. Smak intensywny nieco zbyt goryczkowaty. Można ją zaparzyć tylko raz. Za drugim podejściem nie da się tego pić, jest słabe i z herbatą, którą wypiliśmy przed chwilą wiele wspólnego nie ma.
Nie czarujmy się jednak. Nie jest to produkt, którym będziemy się delektować przy ciachu i dobrej książce, tylko herbata, którą popijemy kanapkę jedząc śniadanie. Ma mieć wyczuwalny, mocny smak i przyjemny kolor. Marka Lipton działa na polskim rynku od 18 lat. Cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem. Wśród ludu jest postrzegana jako produkt porządny z "wyższej półki". Odzwierciedlają to też ceny opakowań, które jak na herbatę "śniadaniową" niskie nie są. Herbata Lipton Yellow label tea: Long Leaf otrzymuje ocenę 4 o'clock Madness. Za niezgorszy smak, ładną prezentację i towarzyszenie mi przy śniadaniach. Herbata ekspresowa mogąca aspirować do miana uprzyjemniacza wieczorów przy filmie i ciachu.

piątek, 15 lipca 2011

Harry Potter i Przemoczony Syzmon

Byłem dzisiaj ogarnąć ostatni film o przygodach młodego czarodzieja. Nie zawiodłem się, seria trzymała poziom do ostatniego momentu. W tym momencie mogę więc uznać, że zakończyło się moje dzieciństwo. Wyszedł ostatni film o Harrym!
Sam film był naprawdę bardzo doby. Historię zna każdy, więc nie będę jej przybliżał. Generalnie ostateczna rozwałka pomiędzy tytułowym młodym magiem z dziwaczną blizną na czole, a jego odwiecznym prześladowcą - beznosym okrutnikiem, który rozmawia z wężami po Serbsku. Film był w 3D, co nie wyszło mu jakoś specjalnie na dobre. Równie dobry byłby jako "płaska" produkcja. Efekty specjalne jak zwykle wgniatały w fotel. Widowiskowe rezultaty czarów i nie mniej widowiskowe sceny zdobywania horkruksów. Nie spodziewałem się EPICKICH scen w filmie o Harrym, jednak bitwa o Hogwart przyniosła przyjemną niespodziankę. Była takim MOMENTEM. W końcu nie należy zapominać, że Hogwart, to zamek -budowla z założenia obronna. W zamku siedzą magowie, a jak powszechnie wiadomo magia ma wiele zastosowań bojowych. Oczywiście, zamku broniły głównie dzieci, używające magii rozzbrajająco- paraliżującej, więc bitwa nie mogła trwać zbyt długo, bo przemieniłaby się w epatującą okrucieństwem scenę mordu przeprowadzanego przez bezdusznych śmierciożerców na niemal bezbronnych dzieciach. A odbiorca docelowy nie lubi scen mordu dzieci.
Takich MOMENTÓW było w filmie kilka. Wyżej wymieniona bitwa o Hogwart, scena, jak na smoku uciekają z Gringotta, czy ostateczny pojedynek między Harrym, a jego arcywrogiem. Rzeczą która szczególnie rzuciła mi się w oczy, a właściwie w uszy była niesamowita muzyka. EPICKIE symfoniczne fragmenty z chórami i grzmiącymi trąbami. Śmiało mogę stwierdzić, że muzyka może równać się z tą gwiezdnowojenną.
Minusem może być 3D wciśnięte niepotrzebnie i za mało EPICKICH MOMENTÓW. Potencjał niewykorzystany do końca. Nie podobał mi się też motyw ze śmierciożerecami zmieniającymi się w ten dym.
Film zdecydowanie godny polecenia!

Oczywiście nie mogę przemilczeć najbardziej epickiego momentu. Voldemort po strzale w Harrego upada na ziemię. Leży trzyma się za głowę. Otwiera oczy ledwie zipie i wtedy Franek głosem voldemortowym: "ale melanż ja pierdole". Pdbiega do niego Bellatrix i go usiłuje podnieść. Bellatrix :"Panie" Franek: "odjeb się, bede rzygał" (w tym momenci nasz beznosy czarny charakter odpycha biedną kobiecinę i usiłuje wstać samodzielnie). W najbardziej rzewnym momencie filmu, kiedy patos leje się z ekranu, a trup ściele się gęsto , cała nasza paczka leżała pod fotelami ze śmiechu. Zepsuliśmy chwilę chyba połowie sali.

Teraz druga część tytułu. W momencie jak wracałem z przystanku niebo rozdarło się nad Jedlizem. Lało się nieprzerwanym strumieniem rozświetlanym częstymi błyskawicami. W swym geniuszu stwierdziłem po przebiegnięciu dziesięciu metrów, że bardziej mokry nie będę. Ciepło było, więc rozpiąłem przemoczoną koszulę i śpiewając "I'm singing in the rain" powolnym spacerkiem wróciłem do domu. Teraz skończyłem właśnie dosychać.

Poziomkowo-hibiskusowe cudo na pracowity wieczór z paragrafówkami.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Co miałem, a czego nie mam.

Miałem się rozpisać,o tym jak to po przebyciu całego Jedlicza i okolic trafiliśmy z Kubą nad rzekę, gdzie uwięziło nas bagno, przez które zbudowaliśmy sobie most. Miałem się rozpisywać jak przyjemnie było budować skomplikowaną konstrukcję z kijów, sitowia i liści łopianu przy pomocy tulipanów zrobionych z butelek po piwie. Miałem się rozpisać o tym jak super jest zmarnować ponad dwie godziny na coś, co jest zupełnie niepotrzebne i bezsensowne, bo mogliśmy się po prostu rozpędzić i bagno pokonać szybciej i zapewne efektywniej. Miałem napisać jak boli rozcięta ręka i jak zimna była woda w rzece, ale nie napiszę! Nie napiszę, bo kurwa w całym tym zamieszaniu gdzieś zgubiłem moją pieczęć ojca! Medalik, który był dla mnie bardzo ważny i który był moim stałym punktem we wszechświecie! Co by się nie działo, zawsze był sobie na szyi. Niestety albo pękł rzemyk, albo spadł mi jak budowaliśmy most.... Jutro muszę się wybrać go poszukać, a jak nie znajdę, to muszę ufundować sobie nowy. Bezsilna złość, to strasznie podłe uczucie.
Jestem relatywnie zadowolony, bo w końcu skleciłem niczego sobie opowiadanie. Jak je doszlifuję i wróci z korekty, to pewnie wrzucę.
Na wieczór earl grey.