Długo, oj długo już nic tu nie pisałem, a bo i w sumie nie było za bardzo o czym. Jakakolwiek systematyczność w pisaniu notek (jeśli takowa istniała) umarła rozleniwiona słonecznymi dniami i nadwyżką wolnego czasu. Cóż wolny czas to duże słowa, bo właściwie ciągle jestem czymś zajęty. Jak nie szermierka to siatka, jak nie siatka to szermierka, jak nie szermierka to sesje RPG, a między to wszystko wpakowuje się jeszcze kurs na prawo jazdy. Brzmi odprężająco? Bardzo! Mam wakacje, wolno mi.
Trzęsę portkami przed piątkiem. Jestem raczej umiarkowanym optymistą. Wyniki matur zadecydują o moich dalszych losach. Mam nadzieję, że bez przeszkód wyląduję w Lublinie.
Co prawda mam jedno opowiadanie, które leży i czeka na zbawienie ( dalsza część "Ludojada z Warri" ), nieprawdopodobnie nie chce mi się jednak do niego zasiadać, dopisać zakończenie i zrobić korektę. Nie wiem, może na weekendzie do tego się zabiorę. Przynajmniej ten cykl chciałbym zakończyć, zanim napiszę sakramentalny "Epilog" tego bloga.
Wakacyjnie rozleniwiony, pozytywnie nastawiony, słodzący dwie łyżeczki kapelusznik pozdrawia popijając łyk orzeźwiającej senchy.
poniedziałek, 25 czerwca 2012
czwartek, 7 czerwca 2012
God save the queen
W zeszły weekend były huczne obchody diamentowego jubileuszu panowania królowej Elżbiety II. Zaparzyłem sobie więc British Breakfast i odpaliłem BBC, żeby oglądać paradę statków na Tamizie.
Szczerze mówiąc spodziewałem się czegoś prawdziwie spektakularnego, fakt, było dużo, ładnie, głośno i kilka pamiątkowych perełek. Wszystko dla uczczenia obchodów rocznicy panowania królowej. Ale po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że narody zachodnie nie potrafią robić prawdziwie spektakularnych i widowiskowych parad. Po prostu dla człowieka wschodu Europy wszystko wyglądało trochę partacko, niedokładnie i bez tego czegoś. Media mówiły, że to ma być wspomnienie starych dobrych, imperialnych czasów, nawiązanie do tamtej potęgi. A co ja widziałem? Dwa nawiązania, pierwsze w postaci monarchini, a drugie w postaci jej łodzi, która była jedyną prawdziwie piękną konstrukcją płynącą po Tamizie. Wielkim rozczarowaniem była łódź-dzwonnica, która miała mieć osiem dzwonów, a miała żałosne dzwonki, których powstydziłby się proboszcz na parafii w jakiejś Koziej Wólce...
Nie krytykuję, bo rzeczywiście było na co popatrzeć, tysiące łodzi, wiosłowych, żaglowych i silnikowych w długaśnej paradzie, płynących środkiem Londynu. Wiwatujące tłumy, saluty z armat. Wszystko było na swoim miejscu, ale pozostał niedosyt. To monarchia, brytyjska monarchia! Miałem ochotę zobaczyć złote łodzie, atłasowe wykończenia, łódź pełną szkockich gwardzistów, łódź Jamesa Bonda, może nawet repliki żaglowców z epoki wiktoriańskiej, albo i parowce. Na pewno miałem ochotę na jakikolwiek okręt brytyjskiej marynarki wojennej. Cokolwiek co nawiązywałoby do wspaniałej tradycji.
Nauczyłem się w ten sposób, że jeśli chcę zobaczyć przepych w swojej najprzedniejszej formie, czystej krwi manifestację potęgi i bogactwa, muszę oglądać wszystkie uroczystości z ... Moskwy. Tak, Putin i jego świta wie jak manifestować swoja potęgę.
Wracając jednak do Elżbiety II, uważam, że jest potrzebna światu. Świat potrzebuje czegoś stabilnego tak jak brytyjska monarchia. Może mam idylliczno-romantyczne wyobrażenie monarchii i Brytanii jako takiej, ale w sumie dobrze mi z tym. Królowa symbolizuje dla mnie wartości, które cenię, stabilność, dozę konserwatyzmu i takie nostalgiczne nawiązanie do czasów potęgi imperium brytyjskiego. Mi Wielka Brytania nie kojarzy się z footballem, street artem i szalonymi klubami. Dla mnie to raczej ojczyzna herbaty i Monty Pythona trącąca dawną potęgą, ostoja tweedu, ciemnego piwa i świetnego poczucia humoru. Dlatego wszystkie niemal moje opowiadania staram się umieścić w Brytanii, lub w brytyjskim klimacie.
W związku z moimi wyidealizowanymi wyobrażeniami nie chcę tam jechać. Mogę odwiedzić Szkocję, Irlandię, tamtejsze dzikie tereny, ale nie duże brytyjskie miasta. I to tylko dlatego, że nie chcę sobie zepsuć tego mojego wiktoriańsko-konserwatywnego wyobrażenia.
Szczerze mówiąc spodziewałem się czegoś prawdziwie spektakularnego, fakt, było dużo, ładnie, głośno i kilka pamiątkowych perełek. Wszystko dla uczczenia obchodów rocznicy panowania królowej. Ale po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że narody zachodnie nie potrafią robić prawdziwie spektakularnych i widowiskowych parad. Po prostu dla człowieka wschodu Europy wszystko wyglądało trochę partacko, niedokładnie i bez tego czegoś. Media mówiły, że to ma być wspomnienie starych dobrych, imperialnych czasów, nawiązanie do tamtej potęgi. A co ja widziałem? Dwa nawiązania, pierwsze w postaci monarchini, a drugie w postaci jej łodzi, która była jedyną prawdziwie piękną konstrukcją płynącą po Tamizie. Wielkim rozczarowaniem była łódź-dzwonnica, która miała mieć osiem dzwonów, a miała żałosne dzwonki, których powstydziłby się proboszcz na parafii w jakiejś Koziej Wólce...
Nie krytykuję, bo rzeczywiście było na co popatrzeć, tysiące łodzi, wiosłowych, żaglowych i silnikowych w długaśnej paradzie, płynących środkiem Londynu. Wiwatujące tłumy, saluty z armat. Wszystko było na swoim miejscu, ale pozostał niedosyt. To monarchia, brytyjska monarchia! Miałem ochotę zobaczyć złote łodzie, atłasowe wykończenia, łódź pełną szkockich gwardzistów, łódź Jamesa Bonda, może nawet repliki żaglowców z epoki wiktoriańskiej, albo i parowce. Na pewno miałem ochotę na jakikolwiek okręt brytyjskiej marynarki wojennej. Cokolwiek co nawiązywałoby do wspaniałej tradycji.
Nauczyłem się w ten sposób, że jeśli chcę zobaczyć przepych w swojej najprzedniejszej formie, czystej krwi manifestację potęgi i bogactwa, muszę oglądać wszystkie uroczystości z ... Moskwy. Tak, Putin i jego świta wie jak manifestować swoja potęgę.
Wracając jednak do Elżbiety II, uważam, że jest potrzebna światu. Świat potrzebuje czegoś stabilnego tak jak brytyjska monarchia. Może mam idylliczno-romantyczne wyobrażenie monarchii i Brytanii jako takiej, ale w sumie dobrze mi z tym. Królowa symbolizuje dla mnie wartości, które cenię, stabilność, dozę konserwatyzmu i takie nostalgiczne nawiązanie do czasów potęgi imperium brytyjskiego. Mi Wielka Brytania nie kojarzy się z footballem, street artem i szalonymi klubami. Dla mnie to raczej ojczyzna herbaty i Monty Pythona trącąca dawną potęgą, ostoja tweedu, ciemnego piwa i świetnego poczucia humoru. Dlatego wszystkie niemal moje opowiadania staram się umieścić w Brytanii, lub w brytyjskim klimacie.
W związku z moimi wyidealizowanymi wyobrażeniami nie chcę tam jechać. Mogę odwiedzić Szkocję, Irlandię, tamtejsze dzikie tereny, ale nie duże brytyjskie miasta. I to tylko dlatego, że nie chcę sobie zepsuć tego mojego wiktoriańsko-konserwatywnego wyobrażenia.
Nigdy chyba jednak nie przekonam się do herbaty z mlekiem... To mnie przerasta. British Breakfast, tylko z firmy Ahmad Tea, żadna inna .
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
