W końcu mam czas wyspać się, poobijać, wypić na spokojnie herbatę i poczytać moje książki. Nie dotykam lektur, nie dotykam podręczników, tylko stare dobre opowiadania H. G. Wellsa. Kocham jego prozę. Nie ma tam opisów, zero zbędnych szczegółów, wszystko toczy się wokół akcji, przemyśleń głównego bohatera (narracja pierwszoosobowa) i wprowadzanych z umiarem anegdotek. O ile nie lubię hard SF, to snute z dozą pesymizmu wizje przyszłości Wellsa bardzo przypadają mi do gustu. I są to utwory prawdziwie steampunkowe, bo w końcu Wells nie mógł wpaść na pomysł umieszczenia komputera i tego typu wynalazków w swoich wizjach. Nawet elektryczność pojawia się sporadycznie. Aż mnie czasem korci napisać coś po Wellsowemu, ale twardo postanowiłem nie marnować czasu na pisanie i poświęcać go biologii albo angielskiemu.
Bo w gruncie rzeczy pisanie prozy to zajęcie dużo bardziej czasochłonne, energochłonne i myślochłonne niż takie na przykład pisanie wierszy. W tym miejscu chciałbym podzielić się moją daleko idącą niechęcią, graniczącą niemal z pogardą do poezji i poetów. Choruję na przykrą przypadłość niemożności czytania tekstów kogoś kogo nie lubię, albo nie szanuję. Czy to za poglądy, czy to za sposób wyrażania się. Przepraszam, że nie lubię "Wiedźmina", ale pan Sapkowski jest dla mnie totalnym zaprzeczeniem humanisty-twórcy. I pan Cejrowski może pisać najlepsze książki podróżnicze, ale nie zmuszę się do przeczytania choćby rozdziału bez wytknięcia serii nieścisłości, błędów i ogólnego czepialstwa o wszystko. Moja niechęć zbiera największy plon wśród poetów, zwłaszcza romantycznych.
Moja niechęć do poezji samej w sobie nie jest bezpodstawna. Chodzi o interpretowanie. Jak kiedyś powiedziała moja polonistka, "Po publikacji to już poniekąd nie jest Twoje. Jak sobie ktoś to odczyta to jest jego sprawa. Co sam zauważy, jak zinterpretuje." To bardzo szerokie i nieprecyzyjne przedstawienie problemu interpretacji utworu. Można napisać cokolwiek, nazwać to wierszem i rzucić do interpretacji. Przykładowo:
Samotność
Niebo
Wtedy on
Nigdy już
prawą ręką nie zachowywał...
Mój wiersz "Samotność" powstał w 30 sekund z przypadkowych słów z pierwszej lepszej książki, która leżała mi pod ręką. Zapraszam do interpretacji.
Żaden utwór prozatorski nie mógłby powstać w ten sposób, bez jakiegokolwiek nakładu pracy, pomysłu i energii. Już samo skomplikowanie stawia w moim przekonaniu prozę nad poezję. Po drugie ta nieszczęsna interpretacja, w utworze prozatorskim jeśli ktoś jedzie samochodem do pracy, to znaczy, że jedzie samochodem do pracy. W poezji można to zinterpretować jako pogoń człowieka za pieniądzem, wyścig szczurów, albo bóg-wie-co innego. Trzecim powodem są oczywiście poeci, ale tego wątku nie będę rozwijał.
Oczywiście po stronie poezji istnieją plusy, a proza posiada swoje minusy, jednak w moim rozrachunku poezja spada do poziomu drugorzędnego pisania o byle czym w sposób zawiły i bezsensowny. Zwyczajnie niepotrzebny.
Pewnie moimi wywodami naraziłem się sporej ilości ludzi, no nic zapraszam do konstruktywnej krytyki i owocnej dyskusji. Jestem otwarty na argumenty broniące poetów. Zapraszam też do interpretacji "Samotności", im głębsza i dokładniejsza tym lepiej. Może jeszcze zostanę rozchwytywanym i cytowanym poetą! To by dopiero była kpina losu...
W końcu zima dopisała i jest tak jak nazwa wskazuje... zimno.
na koniec jeszcze łyk Senchy.
wtorek, 31 stycznia 2012
niedziela, 22 stycznia 2012
Łyk endu
Ilością wydarzeń z wczoraj mógłbym obdarzyć kilka dni. Dojazd, mecz, szwędanie się po Rzeszowie, powrót na urodziny, impreza, wycieczka przez Krosno do Rancza i powrót do domu. Zaskakujący może być brak jakichkolwiek oznak skacowania i zmęczenia, ale z drugiej strony nie miałem wczoraj nastroju do przesadnego picia. Półfinały pucharu Polski w siatce w Rzeszowie, to zbyt kusząca propozycja, żeby nie pojechać. Tak chujowe miejsca jak nam się dostały, ciężko sobie wyobrazić. Sam kąt sali, pierwszy rząd, a przed nami rozłożyło się studio polsatu sport tak, że zasłaniało szczelnie cały widok na boisko. W związku z sytuacją jaką zastaliśmy, postanowiliśmy oglądać mecz z poziomu balkonów. W ten sposób przestaliśmy 5 setów za zorganizowana grupa kibiców Jastrzębskiego węgla. Przezabawny widok, w porównaniu do szalikowców piłki kopanej, siatkarski "młyn" ma średnią wieku 40 lat i wykazuje się aktywnością niemieckiej wycieczki na plażę nudystów.Tolerują wszystko, pokrzyczą, pośpiewają ale są ubrani i nikomu nie przeszkadzają. Wolę mecze reprezentacji, bardziej się człowiek zaangażuje emocjonalnie i ma poczucie więzi z całą salą, a nie jednym sektorem. Wyjazd udany.
Rok działalności KKFu został uczczony hucznie, wieloma brawami, masą toastów i laurką w antyramie, która się rozbiła. Fajnie jest widzieć coś co się samemu stworzyło i rozwinęło.Wieczór zdecydowanie udany.
Dzisiaj na dzień dobry poczytałem sobie o sytuacji geopolitycznej na świecie i dochodzę do wniosku że jeszcze w tym półroczu może wybuchnąć trzecia wojna światowa. Początkowo myślałem, że USA i NATO sobie z Iranem poradzą i będzie kilka lat względnego spokoju. Ale dzisiaj dowiedziałem się, że Chiny i Rosja zapowiedziały pomoc Irańczykom w razie napaści zachodu. Znaczy to tyle, że USA może nie podołać i skrzyknie koalicję pod hasłem "z nami albo przeciwko nam".
Muszę przestać osądzać herbatę po opakowaniu, bo już drugi raz się na tym przejechałem.
Łyk Darjeeling i do nauk.
Rok działalności KKFu został uczczony hucznie, wieloma brawami, masą toastów i laurką w antyramie, która się rozbiła. Fajnie jest widzieć coś co się samemu stworzyło i rozwinęło.Wieczór zdecydowanie udany.
Dzisiaj na dzień dobry poczytałem sobie o sytuacji geopolitycznej na świecie i dochodzę do wniosku że jeszcze w tym półroczu może wybuchnąć trzecia wojna światowa. Początkowo myślałem, że USA i NATO sobie z Iranem poradzą i będzie kilka lat względnego spokoju. Ale dzisiaj dowiedziałem się, że Chiny i Rosja zapowiedziały pomoc Irańczykom w razie napaści zachodu. Znaczy to tyle, że USA może nie podołać i skrzyknie koalicję pod hasłem "z nami albo przeciwko nam".
Muszę przestać osądzać herbatę po opakowaniu, bo już drugi raz się na tym przejechałem.
Łyk Darjeeling i do nauk.
niedziela, 8 stycznia 2012
"trudniej, twardziej, ale jednak jakoś bardziej".
Imprezy rodzinno-towarzyskie w moim domu to zdecydowanie nie moje klimaty. Zwykle nie mam z tym problemu, głównie ze względu na to, że moja rodzina jest jakoś niespecjalnie rozrywkowa i nie sprasza ludzi, co skutkuje względnym spokojem. Niestety ostanie kilka dni to zupełnie inne klimaty. Alkohol i ciastka praktycznie nie opuszczają stolika w salonie, a w barku pojawiają się prezenty w postaci win, czekoladek i likierów. Oczywiście nie są to przesadnie epickie wybryki,(no może poza kilkoma odpałami w wykonaniu mojego ojca i jego znajomych) ale mi przeszkadzają.
Przy okazji takich właśnie imprez, na których spotyka się więcej niż 5 dorosłych, statystycznych Polaków, śledzie, sałatki, ciastka i alkohol, króluje kilka tematów, o które osobiście nie lubię się nawet ocierać. Są to: polityka, lekarze, kler, przyszłość (malująca się oczywiście w czarnych barwach) i oczywiście wspominki pod tytułem "za naszych czasów było lepiej, a teraz to jest bród, bylejakość i partactwo". Ręce mi opadają, kiedy słyszę jakiegoś byłego robotnika po zawodówce, nazywającego lekarzy niedoukami. Usiłuję się nie odzywać i nie roześmiać w twarz, kiedy ktoś chodzi do kościoła tylko po to, żeby narzekać, że księża biorą w łapę, a co drugi ma dziecko i żonę na utrzymaniu. Że mszę odprawia nie tak i wogle co to za ksiądz! Nieważna która partia by rządziła, zawsze rządzi nie ta. Narzekanie ma chwilową pauzę, kiedy można powspominać. Bo w końcu dawniej było "trudniej, twardziej, ale jednak jakoś bardziej".
Te kilka chwil, kiedy przychodzę sobie nałożyć na talerz wszelakich dóbr zalegających na stole, wystarczy, żeby mnie zagadać i rozmową zmusić do pozostania na dłużej niż bym sobie tego życzył. W myśl zasady, że inteligentny człowiek potrafi (i powinien) rozmawiać z każdym, zostaję i słucham tych bzdur.
TheFakto chyba zdechło, nikt nie znajduje na tyle czasu, żeby wyrabiać się w szkole i jeszcze napisać coś tam. Albo po prostu nikomu się nie chce. Ja mam przynajmniej dobre alibi w postaci ostatniego wpisu mojego autorstwa. Idea była dobra, tylko nie zdaliśmy sobie sprawy, ile pracy kosztuje utrzymanie takiego cudactwa na takim poziomie, jaki był zakładany.
Wracam do Iwaszkiewicza i Czechowa.
Łyk gunpowdera i do czytania.
Przy okazji takich właśnie imprez, na których spotyka się więcej niż 5 dorosłych, statystycznych Polaków, śledzie, sałatki, ciastka i alkohol, króluje kilka tematów, o które osobiście nie lubię się nawet ocierać. Są to: polityka, lekarze, kler, przyszłość (malująca się oczywiście w czarnych barwach) i oczywiście wspominki pod tytułem "za naszych czasów było lepiej, a teraz to jest bród, bylejakość i partactwo". Ręce mi opadają, kiedy słyszę jakiegoś byłego robotnika po zawodówce, nazywającego lekarzy niedoukami. Usiłuję się nie odzywać i nie roześmiać w twarz, kiedy ktoś chodzi do kościoła tylko po to, żeby narzekać, że księża biorą w łapę, a co drugi ma dziecko i żonę na utrzymaniu. Że mszę odprawia nie tak i wogle co to za ksiądz! Nieważna która partia by rządziła, zawsze rządzi nie ta. Narzekanie ma chwilową pauzę, kiedy można powspominać. Bo w końcu dawniej było "trudniej, twardziej, ale jednak jakoś bardziej".
Te kilka chwil, kiedy przychodzę sobie nałożyć na talerz wszelakich dóbr zalegających na stole, wystarczy, żeby mnie zagadać i rozmową zmusić do pozostania na dłużej niż bym sobie tego życzył. W myśl zasady, że inteligentny człowiek potrafi (i powinien) rozmawiać z każdym, zostaję i słucham tych bzdur.
TheFakto chyba zdechło, nikt nie znajduje na tyle czasu, żeby wyrabiać się w szkole i jeszcze napisać coś tam. Albo po prostu nikomu się nie chce. Ja mam przynajmniej dobre alibi w postaci ostatniego wpisu mojego autorstwa. Idea była dobra, tylko nie zdaliśmy sobie sprawy, ile pracy kosztuje utrzymanie takiego cudactwa na takim poziomie, jaki był zakładany.
Wracam do Iwaszkiewicza i Czechowa.
Łyk gunpowdera i do czytania.
niedziela, 1 stycznia 2012
Happy new year... 2012?
I stało się! Kolejny rok minął. Dobry dla mnie rok 2011 się skończył, zaczyna się zagadkowy 2012. Dobry, bo rok osiemnastek, epickich imprez, nowego Elizjum, rok nowych znajomości, nowych pomysłów, opowiadań, przedsięwzięć. Kolejny rok blogowania!
Sylwester miałem przeudany, świetna zabawa, pozytywna atmosfera, pamiętam wszystko, więc jest dobrze. Kac nawet tak nie męczył, a w sprzątaniu pomagałem, jasne?
A wszystkim, którzy trafili na moje herbaciane myśli, znad filiżanki Earl Grey, życzę szczęśliwego nowego roku... 2012.
Happy new year!
Sylwester miałem przeudany, świetna zabawa, pozytywna atmosfera, pamiętam wszystko, więc jest dobrze. Kac nawet tak nie męczył, a w sprzątaniu pomagałem, jasne?
A wszystkim, którzy trafili na moje herbaciane myśli, znad filiżanki Earl Grey, życzę szczęśliwego nowego roku... 2012.
Happy new year!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
