środa, 23 listopada 2011

Bieszczadzka opowieść



Przy okazji moich badań nad historią handlu bieszczadzkiego natknąłem się na liczne listy 
z przemyskiego biskupstwa do niejakiego Macieja Wolmirskiego. Pisma pochodzą z wieku XVII, toteż nadgryzione były zębem czasu i nie dotyczyły ochrony moralności, bądź nawet dusz mieszkańców Bieszczadu, a raczej zawierały instrukcje dla konwojentów kupieckich karawan na tym niebezpiecznym obszarze. Niestety korespondencja urywa się około roku 1632 i moje liczne pytania, które narodziły się podczas studiowania niektórych listów nie doczekały się odpowiedzi. Wrodzona ciekawość oraz tajemniczość zapisków, które znalazłem w Przemyślu, zachęciły mnie do bliższego poznania tajemniczego wysłannika biskupa. Zmuszony byłem więc wyjechać w Bieszczady, by tam 
w okolicach Wetliny zasięgnąć języka w parafialnych zapiskach.
Na moje szczęście XVII wieczne notatki o dziwo się zachowały, a księgi parafialne okazały się ciekawą lektura za sprawą wylewnego i utalentowanego kronikarza. Z niespotykaną skrupulatnością nie tylko prowadził księgę pogrzebów i chrztów, ale w wyjątkowy sposób 
z dzienników parafialnych stworzył swego rodzaju pamiętnik, w którym spisywał okoliczne wydarzenia, oraz zawierał własne przemyślenia. Co jednak najważniejsze, w notatkach często przewijają się nie jedno, lecz dwa nazwiska przemyskich wysłanników. Był to nie tylko już przeze mnie wspomniany Maciej Wolmirski, ale także jego kompan, Janko Zawilski. W okolicy mieli opinie opojów i watażków, jednak jak się okazuje nie przybyli na pogranicze na własną rękę. W aktach muzeum bieszczadzkiego udało mi się dokopać do ich rodowodów i notatek o nich traktujących. 
A zebrało się tego całkiem sporo za sprawą niezwykłej profesji Wolmirskiego i Zawilskiego. Byli oni najemnikami, byłymi lisowczykami i zabijakami znanymi w całej okolicy. Nie było chyba bieszczadzkiej karczmy, czy oberży, gdzie tych dwóch nie rozbiłoby paru łbów, nie rozgoniłoby szablami towarzystwa, czy nie wyrzuciło jakiegoś szaraka przez okno.
Dzięki tymże notatkom rozwiała się część tajemnicy związanej z bieszczadzkimi najmitami. Około listopada 1631 roku dotarli oni do Wetliny, do której posyłały ich biskupie listy. W niewielkiej parafii urząd proboszcza sprawował wówczas ksiądz Jerzy Starczyszko. Zajmował się on swoją trzódką dobrze, jednak zupełnie nie z jego winy była ona ustawicznie dziesiątkowana. Zaczęło się kwietniową powodzią, następnie przywleczoną przez powódź zarazą, a w końcu napadem zbójeckiej bandy. Gdyby nie szybka odsiecz stacjonujących niedaleko oddziałów, to zapewne wieś zostałaby spalona do gołej ziemi, a ludzie wywiezieni do Siedmiogrodu, bądź też zabici. Jedyny dochód osadzie przynosił biegnący nieopodal trakt, na którym wieśniacy sprzedawali podróżnym wyroby przydatne 
w długiej podróży do Krosna i dalej, na północ.
Wybór padł na byłych lisowczyków, ponieważ mieli u biskupa dług do spłacenia. Zadaniem ich była ochrona szlaku, będącego źródłem dochodu dla całej archidiecezji przez dwa lata. Przybyli więc do Wetliny, w której z powodu braku rąk do pracy nie sposób było urządzić poboru na strażników broniących traktu. Po przybyciu do Wetliny zaprowadzili oni tam swoje chaotyczne rządy, rozstawiając lokalną władzę po kątach, a u proboszcza na plebanii urządzając swoją główną siedzibę. Starczyszko został sterroryzowany i musiał wysyłać do biskupa sfingowane listy chwalące parę zabijaków, które potem znalazłem w Przemyślu. W prywatnych notatkach kronikarz parafialny rozwodził się jednak nad niegodziwościami i niesprawiedliwością rządów, które bądź co bądź przyniosły całej osadzie spore zyski, ponieważ Wolmirski podstępem lub siłą egzekwował od karawan przywilej drogowy i prawo składu, według których kupcy musieli zatrzymać się we wsi i po obniżonej cenie wystawić swoje towary. Większość węgierskich, polskich i litewskich karawan było zbyt zmęczonych ciężką podróżą, by podejmować polemikę i pozostawali w Wetlinie na noc lub dwie. Generowało to spore zyski w karczmach i zajazdach. Tak dwóch zawadiaków bogaciło się, przysparzając kłopotu kupcom, zmniejszając dochody miast i archidiecezji.
Cały proceder trwałby zapewne dłużej, o ile nie przynosiłby tak dużych strat kupcom, którzy skarżyli się samemu wojewodzie, wypominając drakońskie cła i kuriozalną lokalizację uprzywilejowanej osady rozciągającej się pomiędzy leśną głuszą, a górskim ostępem. Oczywiście wojewoda nic o cłach i przywilejach nie wiedział, więc postanowił zwalczyć oszustwo przy pomocy wszystkich dostępnych środków. Los kupców nie obchodził go zanadto, jednak spadek dochodów w miastach, powodowany małymi dostawami, uderzał też w jego kiesę.
Wolmirski i Zawilski niczego nieświadomi łupili każdą karawanę, korzystając z biskupiego błogosławieństwa. Całą zimę i wiosnę nie przepuszczali żadnej okazji by się wzbogacić, jednak wraz z wiosennym natężeniem ruchu na granicy, wybierali tylko co smaczniejsze kąski. W całej tej sytuacji nie zapomnieli jednak o swoim zadaniu i żadna karawana nie została zaatakowana na chronionym przez nich obszarze. Niezwykle skrupulatnie para najemników wytępiła wszystkie zbójeckie bandy w okolicznych lasach.
Wetlina bogaciła się aż do momentu, kiedy ksiądz proboszcz, nie spodziewając się skutków swojego zachowania, wysłał list, w którym opisał cały proceder biskupowi. Lisowczycy dowiedzieli się o tym i nie mogąc zawrócić pisma postanowili skończyć proceder. Niepokorny proboszcz zadyndał na gałęzi, a lisowczycy zebrali swawolną kompanię po okolicy, z którą pewnej nocy zajechali Wetlinę, której dynamiczny rozwój sami sponsorowali. Wieś spalili, mieszkańców rozpędzili na cztery wiatry, a sami zaczaili się, by obrabować gigantyczną karawanę ciągnącą na jeden z krośnieńskich jarmarków.
     Na spaleniu Wetliny kończy się rozdział pisany przez mojego kronikarza, który zapewne nie przeżył zemsty Wolmirskiego i jego druha, bo dalej notatki parafialne traktują tylko o ślubach, chrzcinach i pogrzebach. Oczywiście rozwój wypadków jeszcze bardziej rozbudził moją ciekawość, bo na dwa dni przed spaleniem Wetliny z Krakowa w Bieszczady wyruszyła grupa wojewodzińskich żołnierzy, których zadaniem było ukrócenie procederu prowadzonego na szkodę skarbu.


Po długich i żmudnych przeszukiwaniach okolicznych zapisów z tego okresu znalazłem tylko jedną krótką notatkę sędziego ziemskiego spod Sanoka, w której pojawia się określenie „bitwa pod Wetliną”. Data tejże bitwy wypadała na tydzień przed krośnieńskim jarmarkiem. Zapewne porzuciłbym moje poszukiwania dalszych danych na temat niezwykłej dwójki rozrabiaków, gdyby nie zupełnie przypadkowa wizyta w bibliotece historycznej uniwersytetu w Preszowie na Słowacji. Tam poza odpisem kroniki wetlińskiej znalazłem kilka zbiorów notatek, listów czy diariuszy z okolicznych dworów i klasztorów. Jeden ze szlachciców w swoim diariuszu opisywał wydarzenia z maja 1632 roku. Grupa wolmirczyków, czyli jakichś trzydziestu byłych żołnierzy, czekało ukrytych w lesie gdy Zawilski i dwóch wojaków zatrzymało cały konwój. Razem piętnaście wozów wina, przypraw, tkanin i soli! Cała grupa ubezpieczana była przez dziesięciu kozaków o „smolonych, sumiastych wąsiskach, wygolonych łbach i pooranych bliznami obliczach”. Kiedy przewodnik karawany poprosił o okazanie książęcych pieczęci, lisowczyk rozwalił mu głowę szablą. Momentalnie z lasu wypadli pozostali zbójcy i na polanie wywiązała się walka z kozakami i węgierskimi kupcami. Byli żołnierze bili się tęgo i pomimo niewielkiej ilości walczących, doświadczenie obu stron spowodowało przedłużenie się bitwy. Tracąc siedmiu ludzi, podwładni Wolmirskiego po niemal godzinnym boju w końcu zdobyli wozy i rozgonili pozostałych przy życiu Kozaków. Wszystkie bogactwa wpadły w ręce bandy, która zaczęła dzielić łupy. Wolmirski i Zawilski postanowili uciekać z wozem pełnym kosztowności, wina i tkanin, na południe, do Siedmiogrodu. Po udanym napadzie grupa rozdzieliła się i jej przywódcy odeszli, natomiast pozostała kompania udała się w kierunku Krakowa. Nie trudno się domyślić, że zostali wysieczeni przez żołnierzy wojewody, którzy w ten sposób wpadli na trop prawdziwych zbójów - pary najemników, o których było już głośno w całym powiecie.         
Pech chciał, że jako punkt ukrycia skarbów wybrali Czerwony Klasztor w okolicach Preszowa, tam trafili na gagatków równych sobie. Na co dzień spokojni zakonnicy nocami przywdziewali kirysy, przytraczali szable i samopały, był łupić, palić i rabować w blasku księżyca. W praktyce niczym nie różnili się od byłych lisowczyków. Kiedy więc klasztorny patrol wypatrzył samotny wóz, rozpętała się walka. Pierwszych czterech braciszków Wolmirski rozgonił osobiście, potem jedno koło od wozu odpadło i uciekinierzy musieli się bronić na ziemi. W następnym ataku we dwóch odparli kolejnych pięciu „zakonników”. Broniliby się tak do rana, gdyby nie muszkiety, które dotarły do braci po kolejnej nieudanej próbie odbicia wozu. Po kilku wystrzałach i szaleńczej walce na szable, w której padł kolejny braciszek, Wolmirski i Zawilski leżeli martwi.
Świtało już, kiedy bracia naprawili wóz i zagrzebali ciała lisowczyków. Z łupami wracali do klasztoru, kiedy drogę zastąpił im zły, zmęczony pościg wojsk wojewodzińskich. Jakże zdziwił się biskup, gdy pokazano mu zakonserwowane w miodzie głowy, rzekomo należące do Zawilskiego i Wolmirskiego, a tak naprawdę należące do mnichów z Czerwonego Klasztoru. Całą sprawę postanowił więc przemilczeć i dlatego nagle urywa się korespondencja Przemyśla z Bieszczadami. Wojewoda dopiął jednak swego, ponieważ handel bieszczadzki powrócił do normy, a jego kiesa znów była pełna. 
            

niedziela, 20 listopada 2011

The Fakto

    Ruszył nowy blog, na którego będą wrzucane nasze (moje, Kamila i Mateusza, których blogi mam w polecanych) teksty. Tematyka wszelaka i dowolna, będę tam pisał też ja, więc będzie i o herbacie.
Zapraszam do lektury, mam nadzieję, że wypali ten nasz pomysł.
Genmaicha

wtorek, 15 listopada 2011

Przyjąłem wyzwanie

Przyjąłem wyzwanie i pojechałem na Falkon, czterodniowy lubelski konwent. Zabawa była przednia, prelekcje ciekawe, konkursy chujowe, a ludzie różni. Teraz cierpię na gruźlicę pokonwentową, objawiającą się kaszlem, katarem, osłabieniem organizmu i brakiem chęci do robienia czegokolwiek. Siedzę więc w domu, piję herbaty, zagryzam to wszystko lekami. Ostatni konwent przed maturą, sprawił że jestem magicznie usadzony w pokoju.
Ech, nie znoszę być usadzony w pokoju, zwłaszcza chory.
Pozdrowienia z nad kubka senchy

sobota, 5 listopada 2011

Chłopcy z Botany Bay




Już nad Hornem zapada noc
wiatr na żaglach położył się
a tam jeszcze korsarze na Botany Bay
upychają zdobycze swe

            Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy piracki bryg wpływał do zatoki. Ostatnie krwawe promienie oświetlały ogorzałe twarze, szerokie bary i ponure miny marynarzy uwijających się na pokładzie. Bryza pchała okręt ku białym klifom skalistego brzegu, które teraz skąpane były w świetle zachodzącego słońca. Znużona załoga nosiła zdobycze zabrane z włoskiego statku handlowego, upychając je w ciasnej ładowni pod  głównym pokładem. Wory wyładowane cynamonem, pieprzem i goździkami były nie lada fortuną i trzeba było je chronić. Kufer pełen guldenów kapitan zabrał do swojej kajuty, by tam bezpiecznie przeczekał powrót załogi do portu. Howard Morgan za wszelką cenę nie chciał dopuścić, by jego okręt Little Rose zmienił się w statek widmo, ogarnięty gorączką złota.

Jolly Roger na maszcie już śpi
jutro przyjdzie z Hiszpanem się bić
a korsarze znudzeni na Botany Bay
za zwycięstwo dziś będą swe pić

Okręt zacumował pośród skał. Nawigator doskonale przeprowadził go pomiędzy rafami i kiedy na pokładzie był już klar, bosman stanął na mostku i krzyknął.
-Dobrze chłopcy! Świetnie się dzisiaj sprawiliście! Możecie iść do kubryku. Dzisiaj pijemy za zwycięstwo! Na pohybel !
-Na pohybel!- zakrzyknęła załoga i dopadła beczułek rumu, na polecenie bosmana wytoczonych z ładowni przez dwóch młodych majtków .
            Wiara wpadła do kubryku i porwała za kielichy, kufle, kubki i puchary, by napełnić je rumem. Odszpuntowana beczka leżała oparta o grubą belkę grotmasztu. Lano tęgo, nikomu nie żałując, wszak wszyscy zasłużyli sobie na nagrodę za dzisiejszą bitwę.
-Za starego, co ma nos na takie okazje jak dzisiejsza! –zakrzyknął któryś.
-Za starego!- zawtórowała gromada zdartych, przepitych głosów, wznosząc pierwszy toast.
Załoga Little Rose stoczyła wspólnie niejedną bitwę, walcząc zaciekle ramię w ramię pod dowództwem kapitana Howarda Morgana i jego pierwszego oficera , pana Colinsa. Niejeden bój o beczkę śledzi przypłacili krwią, ranami i stratą towarzyszy. Za to dzisiaj sprawili się wyśmienicie. Najpierw sternik Henry przy pomocy nawigatora wymanewrował włoski szkuner, tak że zapłynęli mu drogę i wypalili z armat wprost na uwijającą się na pokładzie załogę, która usiłowała zrobić zwrot. Potem wszyscy razem dopadli wroga na jego pokładzie i stoczyli śmiertelny bój. Jak się okazało, po przeszukaniu ładowni, załoga handlowca była wyposzczona, a woda w cysternie śmierdziała niemiłosiernie, jakby  była czymś zatruta. Za to ładunek i skarb przewożony przez Włocha kapitan ocenił na kilkanaście tysięcy funtów.
Wszyscy śpiewali i wiwatowali, bawiąc się w ciasnej kabinie. Jednooki Oliver wyjął swój flet i umilał biesiadę, grając skoczną melodię.

Śniady Clark puchar wznosi do ust
bracia niech toast idzie na dno
tylko Johnny nie pije bo kilka mil stąd
otuliło złe morze go


            Clark wzniósł kolejny toast, zamyślił się chwilę, po czym uciszając ręką Olivera i całą rozhukana załogę powiedział grobowym głosem:
-Za tych kompanów, co już ich z nami nie ma. Teraz pływają z Neptunem, taki już nasz piracki los…
-Taki piracki los…- powtórzyli wszyscy, ulewając trochę rumu na deski, jako znak pamięci dla tych co odeszli, patrząc  ze smutkiem na pusty hamak w rogu kajuty, na którym zawsze spał Johny,  jeden z ich kompanów, którego dzisiaj musieli pożegnać.

Nie podnosi kielicha do ust
zawsze on tu najgłośniej się śmiał
mistrz fechtunku z Florencji ugodził go
już nie będzie za szoty się brał

***
            Zawiało im z zachodu, Włosi jeszcze nie zauważyli zbliżającego się do nich pirackiego okrętu. Czarne żagle nie były zbyt dobrze widoczne na tle szarego morza. Kapitan spoglądając przez perspektywę zagryzł wargi, atmosfera na decku była wyjątkowo napięta. Wszyscy marynarze uwijali się po pokładzie, podciągając niektóre liny, by płynąć z pełna prędkością, wychylali się przez wanty, by lepiej zobaczyć cel. Na pokładzie prochowym było niewiele luźniej. Strzelcy uchylali ukradkiem ambrazury, by zerknąć na sylwetkę włoskiego szkunera, wybierając miejsca najdogodniejsze do ataku. Henry przyłożył lunetę po raz kolejny do oka, zrobił to również pierwszy oficer.
-Jaki diabeł? Ślepe są, czy co? Żeby nie zauważyć brygu z  mili trza być ślepcem, albo  głupcem, co panie Colins?
-Aye, uwijają się po pokładzie jak w ukropie,  nie ma który nawet czasu zerknąć przez ramię.
            Na pokładzie włoskiego handlowca Paola układano na nowo cały ładunek, bo podczas ostatniego sztormu pozrywały się liny trzymające fracht na miejscu. Cały dobytek wyniesiono z ładowni, przeglądano, czy nie zamókł i wyrzucano to co nie nadawało się już do niczego. Pozostały fracht chowano z powrotem.  W końcu jeden z majtków przeciągając się spojrzał za siebie, ponad głowami pracującej załogi. Nie był pewien tego, co zobaczył, podszedł więc do burty i przyłożywszy rękę do czoła przyglądał się kształtowi majaczącemu przy linii wody, gdzieś na zachodzie. To, co zobaczył, zmroziło go. Podbiegł do dzwonu na mostku, zabił w niego i zawył z całych sił.
-Piraaaci! Zbliżają się od zachodu!
           
            -Widzi pan, panie Colins, już nas widzą- powiedział kapitan odkładając lunetę od oka.
-Aye, na pokładzie zrobiło się niezgorsze zamieszanie. W tym chaosie pewnie nie będą w stanie przygotować się do walki. A może uda nam się zdobyć fracht bez przelania kropli krwi, tak jak robił to Czarnobrody?
-Wątpiłbym w to. Przygotować się do walki!
-Aye panie kapitanie.
Piraci zgodnie z rozkazami bosmana Sama wciągnęli na maszt Jolly Rogera, wesołą czaszkę, patronującą im w każdej bitwie. Kiedy zbliżyli się do Włocha na tyle, że widać było pojedyncze sylwetki ludzkie, załoga przywitała swoich wrogów przekleństwami, dzikim krzykiem i niewybrednymi gestami.  Po krótkim pościgu, Little Rose płynęła już za Paolą.
-Zwrot przez sztag!- Zawył pierwszy oficer.
Załoga porwała się do lin, sternik szarpnął za koło i statki ustawiły się burta w burtę. W tym momencie  na pokładzie prochowym zawrzało. Stary Leo, dowódca kanonierów  wykrzykiwał rozkazy.
-Otwierać ambrazury, ładować działa, cel…- poczekał, aż okręt uniesie się na fali, a osłupiała włoska załoga spojrzy w ciemne gardziele pirackich dział- ognia!
Huknęła salwa, wokół okrętów pojawiła się szara chmura kwaśnego, prochowego dymu. Słychać trzask łamanych belek poszycia, może złamany maszt. Słychać jęk i krzyki ranionych odłamkami. Wiatr rozwiał chmurę dymu i piraci momentalnie zaczęli rzucać w stronę wroga  kotwice, wbijające się w pokład, burty i maszt. Silne dłonie ciągnęły liny i dwa okręty zaczęły się do siebie zbliżać. Włosi usunęli jęczących rannych i ustawiali się tak, by przyjąć pierwsze uderzenie piratów.  Wystrzeliło kilka muszkietów, jeden z majtków ciągnących liny na Little Rose dostał w ramię i upadł, zastąpił go inny chłopak. Na Paoli nie nadążali z rąbaniem lin, które coraz bliżej przyciągały do siebie obydwie jednostki. W końcu głucho łupnęły zderzające się burty. Piraci z dzikim rykiem rzucili się na Włochów. Szczęk broni, wystrzały z pistoletów, jęki rannych i złorzeczenia walczących mieszały się w ponurej symfonii morskiej bitwy.
            Johny doskoczył do jednego z przeciwników, który ranił dwóch jego kamratów i śmiało podążał, by dopaść kapitana walczącego pod grotmasztem.
-Stój pludraku, gdzie leziesz, ze mną się jeszcze musisz porachować!- krzyknął wywijając nad głową kordelasem. Włoch, odwrócił się i robiąc wypad chciał dopaść Johnego. Pirat sparował cios w ostatniej chwili i próbował wyprowadzić kontrę, jednak zachwiał się i nie trafił. W tym momencie Włoch swoim rapierem chciał ugodzić Johnego w głowę , ten jednak odskoczył do tyłu popychając inną dwójkę walczących tak, że wpadli na siebie, upadli na dek i zaczęli śmiertelne zapasy. Nie oglądając się, korsarz chciał wykonać zuchwały atak pod żebro Włocha, jednak ten wiedział jak zablokować podstępne cięcie. Jednym ruchem wybił broń z ręki Johnego, po czym z całej siły pchnął go w krtań. Ostrze przeszło na wylot, a Johny runął jak długi na śliski od krwi pokład. Florentczyk nie zdążył się nawet odwrócić, bo zbłąkana kula wystrzelona przez jednego z jego ziomków ugodziła go w płuco. Legł obok swojego rywala i razem z nim odszedł w objęcia Neptuna.
***

Tak niewielu zostało dziś ich
resztę zabrał Neptun pod dach
choć na ustach wciąż uśmiech to w sercach lód
w kuflu miesza się rum i strach

            Na wspomnienie o okrutnych morskich bitwach, dalekim domu i straceńczym losie pirata wszyscy sposępnieli. Spoglądali w ciszy w głąb swoich kufli, kielichów i kubków z rumem, przypominając sobie ciepły głos dziewczyny, kochanki, może matki, zostawionej gdzieś za siedmioma morzami. Niejeden z tych twardych jak grenlandzki lód lub wulkaniczna skała chłopów gdzieś w głębi duszy otarł łzę, po czym zapił gorzki smak życia na morzu, mocnym rumem.  Po chwili milczenia        i wspomnieniu brawurowego towarzysza, powrócili do gwarnego rozprawiania, śmiechów i muzyki.
            Pijatyka skończyła się po północy, kiedy skończył się rum, a bosman kazał iść spać. Nazajutrz czekała ich prawdziwa przeprawa. Mieli przeciąć hiszpański szlak handlowy, na którym liczyli na znalezienie okrętu wyładowanego po brzegi złotem i przyprawami.

To ostatni chyba już rejs
cios sztyletem lub kula w pierś
Bóg na szkuner w niebiosach zabierze ich
wszystkich chłopców z Botany Bay
            Wypłynęli o świcie razem z porannym odpływem. Little Rose obrała kurs na północny zachód, którędy przebiegał szlak. Wiatr im sprzyjał, a załoga pomimo powszechnego kaca-mordercy, sprawnie radziła sobie z wykonywaniem poleceń bosmana. Nikt nie śmiał kwestionować jego zaleceń, bo nieraz jego ciężka ręka i żelazna dyscyplina uratowały nie tylko życie załogi, ale i okręt. W końcu kapitan przez perspektywę dostrzegł przysadzisty, szeroki kształt Hiszpana. Po przebrasowaniu żagli i szybkim zwrocie Little Rose pędziła za wrogiem. Sprzyjający wiatr sprawiał, że doganiali go z każdą chwilą.
-To nie handlowiec, ani transportowiec! To galeon wojenny do stu piorunów. Zwrot przez rufę i uciekać. Może nas nie zauważyli- krzyknął przerażony kapitan odejmując perspektywę od oka.
Załoga błyskawicznie wykonała polecenie kapitana, jednak galeon Santa Veronica dostrzegł bryg już dawno temu i szykował się do walki, specjalnie dając się doganiać.

Bóg na szkuner w niebiosach zabierze ich
wszystkich chłopców z Botany Bay