niedziela, 16 października 2011

Nawikon

       Nawi, Nawi i po Nawi. Pierwszy w pełni klubowy wyjazd na konwent dzisiaj się skończył. Co prawda do samego końca zostało nas 7 osób, ale generalnie wszyscy dali radę. Sam konwent nie najgorszy, zorganizowany poprawnie, ale nic ponad to. Nie było rozmachu, pisarzy, fajnych pokazów i niesamowitych prelekcji. Były dobre prelekcje na nierównym poziomie ciekawości, blok Mangi i Anime, który sprawił, że po szkole biegali na praawde dziwni ludzie. Seriously, oni są pojebani... Ogólnie z przykrością jednak muszę stwierdzić przykry fakt... regres.
       Generalnie konwencja post apokalipsy została zachowana porządnie i momentami rzeczywiście można się było poczuć jak w schronie po atomowym holokauście rodem z sesji Neuroshimy, zwłaszcza jak chodzili ci ludzie w strojach (maski gazowe, cały sprzęt taktyczny, karabiny asg z dziwacznymi przystawkami, licznika geigera etc etc...) Nie wiem skąd mam jeszcze energię, żeby wegetować, dwa dni pod rząd kładłem sie spac po godzinie 5, a wstawałem o 8 i byłem na nogach non stop. Aż do teraz. Śęczę nad zeszytem do matmy, smętnie przeglądając definicje coto jutro na sprawdzianie będą, usiłuję się skupić na pisaniu wstępu do pracy na olimpiadę z polskiego i ogarniam słówka na angielski. Słowem miszmasz, a jedynym paliwem jest zielona herbata, która nie mniej smętnie leży obok na biurku. Podejrzewam, że notka nie przedstawia żadnych, nawet najmniejszych, wartości merytorycznych, o estetycznych i literackich już nie mówiąc, ale nie mam siły czytać tego jeszcze raz i przeredagowywać, żeby lepiej oddać co działo się  w trakcie tego długiego, szalonego weekendu. Podtrzymam za to ciągłość blogowania, bo w sumie nic dawno nie napisałem. To tak dosyć pozytywnie.
           A co! walne se akapit następny i przejdę do kolejnej myśli. Oto myśl: Jeśli jutro nie stanie mi się jakaś krzywda z ręki nauczyciela, albo ostrej jak brzytwa kartki sprawdzianu z matmy, to uznam dzień za udany, a siebie za szczęściarza, który cudem uniknął przykrych konsekwencji lekkomyślnego podejścia do nauki. Przy moim jutrzejszym hipotetycznym osiągnięciu, przeżycie wojny atomowej, a potem funkcjonowanie w poatomowym świecie, wydaje się być proste jak budowa czołgu t34.
          Akapit? a co mi tam... No to pora kończyć. Niemoc ogarnia moje oczęta, które same zamykają się na piękno otaczającej mnie rzeczywistości. Moje kończyny przestają zgrabnie poruszać się po klawiaturze, przez co coraz częściej jestem zmuszony do używania przycisku "backspace", co jest wysoce irytujące i daje niezawodny sygnał, że pora sobie iść od kompa.
         Lekko cytrynowe przywitanie z Yunnanem w moim kubku i lekko wymuszone przez niemoc zakończenie notki.
                                           
                                                                  Yunnan Green z cytryną i czymśtam jest super!

3 komentarze:

Franek pisze...

nie napisałeś nic o Demie ;<

Anonimowy pisze...

Jakoś tak empatycznie straciłem siłę w kończynach i mam ochotę na zieloną ...

Anonimowy pisze...

Syzmon nie wie co to empatia. Chyba że z opowiadań.