środa, 28 września 2011

That's better. That's Tetley!

Jestem bardzo przyjemnie zaskoczony. Nie spodziewałem się tego, ale znalazłem świetną herbatę w sklepie w którym świetnych herbat zazwyczaj nie ma. Po skończonej nauce wybrałem się do biedronki po czekoladę i natknąłem się na stoisko tajsko-japońsko-chińsko jakieś tam azjatyckie.  Pomiędzy ostrymi sosami, prasowanymi algami i ryżem wszelkiej maści leżała sobie niepozorna zielona puszeczka, która przykuła moją uwagę. Napis dobrze znany, „Tetley”, nie przywodzi na myśl jakichś niesamowicie wystrzałowych produktów. Ot zwyczajne „śniadaniówki”…  No ale sprawdzam. Zachęcająco brzmiąca nazwa Green tea- zielona cytryna i jaśmin. „W sumie skończyła mi się moja ostatnia paczka Sechny i nie mam już nic cytrynowego, a herbaty torebkowej nie pakują do puszek.” Otworzyłem puszeczkę i zobaczyłem, że w środku jest porządnie zapakowana herbata niezgorszej jakości, o wzbudzającym zaufanie aromacie. To i fakt, że nie mam już zbyt wiele zielonej herbaty przesądziło o zakupie. Cena? Śmiesznie niska- 8zł, za 100g chińskiej zielonej herbaty i fajową puszeczkę.  Mieszanka jest dosyć satysfakcjonująca, bo nie jest to tylko sterta listków polana aromatem, ale pełnoprawne, duże listki z okolic czubka pędu, pomieszane ze skórką cytrynową, płatkami jaśminu i okazjonalnie skórką z pomarańczy. 



                Herbata ma bardzo przyjemny lekki smak, z wyczuwalną cytrusową nutą (jaśmin mi to trochę psuje, ale osobiście za nim jakoś specjalnie nie przepadam). Parzyłem ją 3 razy i cały czas była smaczna ( najlepsza za 2 razem).
                Kończąc, jestem bardzo mile zaskoczony jakością herbaty firmy, która budzi u mnie mieszane uczucia jeśli chodzi o jakość swoich wyrobów. Podwójnie cieszy mnie fakt, że kupiłem ją w biedronce (sklepie dla biednych studentów). Herbata jest dobrej jakości i ma satysfakcjonujący smak. Opakowanie jest ładne i porządne (listki były w woreczku, a wieczko było zaklejone). W skali od zera do pięciu, daję 4’o clock madness. Za miłe zaskoczenie i przyjemnie spędzony wieczór z filiżanką  całkiem niezłej zielonej herbaty.
Polecam






wtorek, 20 września 2011

Kopyto

 Pochorowałem się na ognisku. Teraz cały czas szprycuję się lekami, żeby na czwartek (wycieczka do Zakopanego) być już w pełni sił. Pogoda w końcu się zmieniła i jest taka jaka powinna być- jesienna. Na nic nie mam czasu. Wszystkie wolne chwile między nauką biologii i olimpiadą z polskiego spędzam śpiąc albo czytając lektury .  Za każdym razem jak wykrzesam trochę czasu dla siebie, piszę artykuły ( zacząłem 3 ) do The Fakto (start mam nadzieję niedługo).
  Ostatnie spotkanie Elizjum zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie. Przyszło 27 (!) osób,  co przebiło dotychczasowy rekord o 12 osób...  Jeśli taka frekfencja się utrzyma będziemy pełnoprawnym klubem ze wschodniej ściany Polski. Może nawet pokusimy się o konwent?
   Wszystkie wymagające myślenia czynności kończę po 22, potem zostaje trochę czasu na Lekko Stronniczego, poczytanie jakiegoś ciekawego artykułu. Nie mam niestety w tym wszystkim stałego czasu dla bloga, także notek zbyt często nie będzie, a jak będą to krótkie. I tak pewnie do połowy października.
Earl Green z miodem na gardło... c'ya!

niedziela, 11 września 2011

Kulturnie



Kulturalny weekend, nie ma co. Najpierw nocne teatralia. To już czwarty raz do Krosna zjechały teatry z całej polski. Przedstawienia były na naprawdę wysokim poziomie i poza czterdziestominutowym uślizgiem cały przegląd wypadł na prawdę świetnie. Ostatni spektakl teatru z Nowej Soli pozamiatał. Ludzie już przerzedzeni późną porą przyszli lekko zmizerowani i odrętwiali. Potem na scenie rozpętał się totalny chaos, który ubawił mnie do łez. Wyjście zdecydowanie udane.

Wczoraj byłem na kolejnej edycji festiwalu narodowego w Żarnowcu. Artyści z opery bytomskiej wystawiali "Księżniczkę czardasza", operetkę Imre Kálmána z 1915 roku. Jak zawsze pojawił się balet ( w tym roku nie miał niestety kiedy zabłysnąć, w przeciwieństwie do lat poprzednich).Aktorzy-śpiewacy operowi i orkiestra dali za to popis nieprzeciętny, tworząc widowisko przenoszące widza do epoki wspaniałych bali, kabaretów i szlacheckich mezaliansów. W tym roku pogoda dopisała (chyba pierwszy raz), a ma to znaczenie, ponieważ festiwal w Żarnowcu odbywa się pod gołym niebem.

Mnie bardziej podobała się operetka Kalmana, bardziej klasyczna, mniej chaotyczna. Bardziej bezpośrednia, kolorowa i niosące ze sobą więcej przeżyć artystycznych. Oczywiście zupełnie różni się odbiór teatrów biorących udział w STRACHach i opery bytomskiej. Nie musząc interpretować tego, co widziałem na scenie, cieszyłem się historią romantycznej miłości i słuchałem wykonań arii. Teatr współczesny także jest fajny, ale nie mogę nazwać go pięknym. Po prostu nie pozwalają mi na to moje upodobania estetyczne i staroświeckie, klasyczne podejście do sztuki. Mogę powiedzieć, że jest ciekawszy niż klasyczny. Stanowi wyzwanie intelektualne i potrzeba trochę wysiłku, żeby do końca pojąć, "co autor miał na myśli"

Kierując to pytanie czuje się trochę jakbym mówił do ściany( ze względu na śladowe ilości komentarzy) ale...

Czy wolicie teatr współczesny, czy klasyczny. Czy w ogóle lubicie teatr?

Na zakończenie klasycznie, filiżanka gunpowdera.

niedziela, 4 września 2011

Poza Horyzonty

  Dzisiejszy wieczór należał do muzyki, tak powinna zaczynać się recenzja szanującego się koncertu. Moja zacznie się raczej jakoś tak:
      Świetnie bawiłem się na próbie generalnej przed koncertem. Artyści pokazali klasę.  Czasem były to piosenki na prawdę trudne i byłem pod wrażeniem tego, że zaśpiewali je czysto (tyczy się to zwłaszcza dziewczyn). Brawa również należą się dziewczynom i chłopakom, którzy w tle sobie tańczyli. Fajna choreografia, czasem gubił się jakiś krok, a czasem rytm gdzieś ginął, ale ciężko byłoby to zauważyć komuś kto nie tańczył przez ponad 5 lat. Więc spore brawa za aranżację utworów za równo ze strony akustycznej jak i wizualnej. Najlepsze wrażenie zrobiła na mnie "Dumka na dwa serca", przy której włos jeżył się na ręce, co nie zdarzyło mi się nigdy przy oryginale.
    Tu ciepłe słowa się kończą i zaczynam pisać co było jak na próbie. Po pierwsze konferansjer o głosie nastolatki, który nie potrafił złożyć zdania po polsku. Sorry, ale dawać takiego kolesia, mając na zapleczu gościa z głosem (i urodą) radiowca jako konferansjera, to tak jak płynąć przez ocean za luksusowym liniowcem , mając pod czepkiem bilety pierwszej klasy na wyprzedzający nas statek. Kwestię techniczną przemilczę, bo było rzeczywiście jak na próbie. Pomylić filmiki zapowiadające piosenki, potem puścić nie tych artystów na scenę, to totalny brak profesjonalizmu, graniczący powiedziałbym z debilizmem. Dobór piosenek był tragicznie monotonny. Po jednym smucie następował kolejny. Świetne wykonania, ale przy dwudziestym utworze zasypiałem! Więcej energii, więcej życia! A nie, przepraszam, dostałem moją dawkę energii, kiedy Alan dochrapał się do mikrofonu. I tak słabowity konferansjer został zastąpiony przez najgorszego możliwego konferansjera. Alan śpiewa ładnie, ale jak zaczyna mówić, zachowuje się tak, jakby każda cząstka jego ciała mówiła osobno. I każda z tych cząstek mówi o czymś innym! Modliłem się tylko, żeby zostawił w końcu mikrofon i pozwolił orkiestrze zagrać ich finałowy numer (monotonny smut, zbierający smutactwo wszystkich poprzednich piosenek i tworzący wybitnie długie smutne dzieło z trzema zakończeniami).
     Ostatecznie wieczór mogę uznać za udany, ale nierówny. Teraz tylko sencha i mogę iść spać. Jutro pierwszy rzeczywisty dzień trzeciej klasy.

Five o'clock, good night!

Pora na wrzosy

    Mogę sobie tylko wyobrażać jak bardzo niesamowicie muszą teraz wyglądać szkockie wzgórza pokryte wrzosami, w zimny mglisty poranek. Kiedy pradawna celtycka magia jest niemal wyczuwalna  w powietrzu, a postacie z mitów i legend przemierzają tą gęstą mgłę na granicy marzeń i rzeczywistości.
    Ja jednak przemierzam rzeczywistość pewnym krokiem prąc ku nieuniknionemu- maturze. Nie obawiam się jednak tego momentu, będzie on raczej płynnym przejściem w kolejny etap mojego życia. Czasem pewność siebie jest zgubna, moja na szczęście wrosła we mnie tak, że przestała mi przeszkadzać i czasem ciężko mnie  wybić z przekonania o  mojej nieomylności i nieśmiertelności (dwie najczęstsze przyczyny wypadków).
    Wczorajsze piwo w zajebiście klimatycznym parku obok opuszczonego psychiatryka (tak tak wiem! to nie był psychiatryk, tylko jakieś budynki hutnicze, ale fasadę miał jak psychiatryk z XIX wieku) ogłosiło wszystkim przechodniom, że kopernik zaczął rok szkolny i imprezy. Cieszę się, że teraz spotkanie Mateusza, albo Franka nie będzie wymagało wcześniejszego umawiania, tylko po prostu wyjdę na korytarz i poszukam ich klasy.
     Oczywiście razem z początkiem roku szkolnego KKF Elizjum również ruszyło z kopyta, mamy nową lokalizację. Teraz spotkania będą się dobywały w salce przy bibliotece publicznej w Krośnie, przy ulicy Wojska Polskiego w piątki od 17 do 19. Zapraszam !
      Nie wiem czemu ostatnio nie opuszcza mnie świetny humor. Nie przeszkadza mi on. Ba! Wręcz cieszy, ale nie  znam jego źródła. Może te ogniska, które codziennie palą sąsiedzi  mają z tym jakiś pokrętny związek... Gęsty, siwy, pachnący  dym unosi się po całym osiedlu, a jak mam otwarte drzwi balkonowe to przedostaje się także do pokoju i wisi sobie pod sufitem pachnąc i siwiejąc. Jak można nie lubić zapachu dymu z ogniska? To jest typowy zapach złotej jesieni, typowy zapach września- miesiąca ognisk!
      Cały dzień wałkują jedną piosenkę "W dzikie wino zaplątani" w aranżacji Zakopower.  Góralskie granie wtłacza masę pozytywnej energii w ten utwór. Ich wersja jest niesamowita, mimo to nie szarpnąłbym  się na opinię, że jest lepsza od oryginału. Moim zdaniem  problem z Zakopower jest taki, że gdyby nie interesowały się nimi tak media, to byliby obowiązkową pozycją na liście zespołów każdego szanującego się hipstera. Jednak pop kultura wywiera na nich tak duży nacisk, że muszą brać jakoś udział w całym szołbiznesowym życiu i w tym całym zamieszaniu tracą dużo czasu, który powinni poświęcić na dopracowanie tekstów i muzyki.  Przykładowo ich kawałek "Boso" mógłby być uznany za serio dobry, gdyby nie był grany przez czołowe polskie rozgłośnie co 10 minut.

Notka wyszła trochę o wszystkim i o niczym, ale postaram się, żeby kolejne były bardziej poukładane, tematyczne i składne. Tą potraktuję jako rozgrzewkę przed częstym pisaniem. Teraz będę miał czas i chęci, żeby zaparzyć sobie mój nowy nabytek - [gunpowder] earl green (gunpowder o zapachu earl grey), zasiąść przed kompem i skrobnąć coś na blogu.

Link do Zakopower i ich aranżacji wina.

Earl Green, Syzmon & Five o'clock madness