poniedziałek, 28 marca 2011

Rhapsody

Rekolekcje, czas, w którym po prostu się nie uczę. Mam kolejna płytę Rhapsody of Fire, ulubionego obok Kamelot zespołu. Połączenie power metalu, z orkiestrą symfoniczną, chórami, solówkami Luci Trulliego i teksty o świecie fantasy, o epickiej historii walki dobra i zła, to to połączenie. Nie potrzebuję górnolotnych tekstów, których przesłanie posiada podtekst zawierający głębsze przesłanie. Utwór ma być ciekawy, wpadać w ucho i zawierać raczej historie niż przesłanie.
W sobotę topienie Marzanny i zachlanie się niemal w trupa przyniosło efekt. Zima się skończyła i robi się cieplej i cieplej. W końcu miałem okazje pomachać trochę szablą na świeżym powietrzu , a nie tylko w sali. Teraz siedzę, poleruję wszystkie bronie jakie zalegają w pokoju, piszę prezent na 18 koleżanki i robię sobie kolejne filiżanki earl grey.
I łykiem earl grey kończę tą notkę, dobranoc.

czwartek, 17 marca 2011

O demokracji

Moje podejście do polityki jest skrajnie negatywne. Nasila się wraz z nauką wosu i w końcu skłania do podzielenia się kilkoma spostrzeżeniami.
Po pierwsze podejście to nie dotyczy jedynie systemu występującego w Polsce. Drażni mnie sama umowa społeczna aprobująca coś tak nienaturalnego i sztucznego jak ustrój demokratyczny.

Pierwszą rzeczą jest zwierzchnictwo narodu. Od kiedy naród jako taki można nazywać zwierzchnikiem władzy w kraju?
Wybory odbywają się co kilka lat, następują kolejne przetasowania, a mimo to w moim mniemaniu nie mamy najmniejszego nawet wpływu na politykę kraju. Przy wyborach utarł się schemat potężnej kampanii. Nie ma ona jednak najmniejszego sensu, bo każdy może obiecać wszystko. Po całym szumie nie robi się jednak niczego w kierunku realizacji zamierzeń przedstawionych wcześniej , albo je się po prostu zmienia. No to po cholerę na Ciebie głosuję, żebyś Ty na jak dochrapiesz się stołka zmieniał plany "ze względu na sytuacje polityczno-gospodarczo- ekonomiczną"?

Na mój rozum panoćku władza niewielu, na których nikt poza rewolucją nie ma wpływu, to się oligarchia nazywa, a nie demokracja. To nazywajmy rzeczy po imieniu. Tak więc ustaliliśmy już, że nasz ustrój jest ustrojem oligarchicznym, na którego kierunek nie mamy realnego wpływu.

Jak naród może sprawować władzę, skoro w wyborach frekwencja rzadko kiedy przekroczy próg 55% . I z tej połowy połowa wybierze jedno, połowa drugie. Realnie więc rządzi się z ramienia nie ponad połowy, a ponad ćwierci społeczeństwa. Najczęstsze tłumaczenie. "Nie mam swojego kandydata". To lepiej jest iść i oddać głos nieważny, co suma sumarum bardziej udupi tego, kogo nie lubisz niż nie branie udziału. Po to wybory są tajne, żeby przy urnie nie było owczego pędu i jeśli piętnastu wybrało stronnictwo A, to i szesnasty i pięćdziesiąty wybiorą to samo. Jeśli dają wybór, to lepiej go dokonać.

Współczesne partie polityczne, zwłaszcza te większe nie różnią się dla mnie niczym od sarmackich stronnictw Czartoryskich albo Poniatowskich. Inna nazwa i tyle. Jeden mocny lider, który wokół swoją charyzmą bardziej niż programem zbiera wokół siebie ludzi .

Wolnych mediów poza internetem nie ma. A jak są, to ich redaktorzy są zbyt głupi, żeby to wykorzystać. Nie ma cenzury, ale jest PR.

W teorii brzmi i wygląda to wszystko świetnie, ale kiedy doda się czynnik ludzki, to wtedy można mówić o praktyce, która niestety z teorią ma wspólne tylko ustalony porządek i prawo, nagminnie naginane i pomijane.

Tak po przekształceniu jednej tylko notatki z mojego zeszytu mogłem napisać alternatywne zasady prawa działającego w Polsce i krajach "demokratycznych". Boję się brnąć dalej, bo nawet nie wiem co by z tego wyszło. Ile z tego prawdy a ile tylko szoku poedukacyjnego , nie wiem.
Ale kiedy podsumuje się to wychodzi nam wybuchowa mieszanka, znana tylko z lekcji historii i książek science-fiction.
Jedyne co zostaje mi na podsumowanie to cytat, z którym nie sposób jest się nie zgodzić

"Dajcie Polakom rządzić, a sami się wykończą."

niedziela, 13 marca 2011

Odkrycie Ameryki

Spora część pochodzącej z US of A kultury to zwykła papka, i mało ciekawa propozycja dla Europejczyka, mimo to czasem pojawi się prawdziwy Amerykanin, który będzie potrafił wzbudzić mój podziw. Zwłaszcza w sprawie muzyki. Tym razem jest nieco inaczej
oto Seasick Steve!

Koleś jest niesamowity. Sam robi sobie gitary, albo używa zepsutych. Specjalizuje się w bluesowym szarpaniu druta, ma fajny głos i wygląda jak podrzędny żul. Brawo brawo i jeszcze raz brawo.

środa, 2 marca 2011

Metro 2033





Skończyłem czytać Metro i pora na małe podsumowanie tego sześćset stronnego tomiszcza.
"Metro 2033" to pierwszy tom opowieści o młodym Artemie, chłopaku, który przeżył koniec świata i z resztą ludzi zszedł do moskiewskiego metra. Właściwie został tam wniesiony bo miał zaledwie dwa lata. Akcja toczy się więc w ciemnych tunelach, korytarzach i na stacjach, które także są ciemne. Akcja przenosi się także na powierzchnię, do zniszczonej trzecią wojną światową Moskwy. Bohater dostaje tam misję, którą będzie wykonywał przez resztę fabuły. Jego rodzina stacja WOGN ma spory problem pochodzący z powierzchni i oczywiście to ON musi to jakoś rozwiązać. Początek moim zdaniem jest bzdurny. Stary znajomy ojczyma tak po prostu daje misję młodemu, którego nawet nie zna. Ech...
Fabuła ma swoje wzloty i upadki. Ma kilka dobrych momentów, kilka słabszych. Jest tam całkiem sporo oczekiwanych zwrotów akcji i kilka całkiem zaskakujących. Akcja toczy się wyłącznie wokół Artema, któremu co jakiś czas zmienia się towarzystwo. Koleś jest irytujący, z jednej strony wydaje się całkiem w porządku, chodzi po tunelach, zabija tych złych, ze wszystkich sił próbuje ocalić WOGN, a potem nagle coś mu odbija i zaczynają się przemyślenia. Całe kilometry przeżyć wewnętrznych. Bzdurnych, zawiłych, czasem rzeczywiście ciekawych ale zazwyczaj nic nie wnoszących. No cóż, może tak miało być, czytelnik wariuje powoli razem z Artemem, z samotności, w ciemnościach i zatęchłym powiewie tuneli.
Głównym motywem jest oczywiście podróż. Podróż przez metro. Podróż przez jedyny znany Artemowi świat. O tym starym czytał tylko w podręcznikach przyniesionych z powierzchni przez dzielnych stalkerów. Podczas podróży poznaje kolejne powstałe po apokalipsie prądy filozoficzne. I tak poznamy walniętych nazistów czwartej rzeszy, rewolucjonistów im. Che Guevary, komunistów z linii czerwonej, świadków Jehowy, wschodniego mędrca-wizjonera-nauczyciela-filozofa-jasnowidza, satanistów, ateistów, i pokręconych kanibali- Czcicieli Wielkiego Czerwia!
Nikt nie powinien czytać tej książki dla samej tylko fabuły. Nie czarujmy się, najważniejszy w tej książce jest

KLIMAT!
To jak autor opisuje ciemność tuneli, raz głuchą ciszę, a raz przerażający huk, ich ciężkie powietrze, atramentową ciemność i ruchliwe cienie jest mistrzowskie. Ani nawet przez sekundę nie zapominamy o tym gdzie dzieje się akcja. Cały czas ma się to uczucie przytłoczenia. Każdy ruch w tunelu wydaje się być podejrzany. W tym świecie to nie człowiek jest na szczycie łańcucha pokarmowego, o nie. Tutaj żyją istoty tak przerażające swoją zmutowaną dziwacznością że na samą myśl człowiek spogląda nerwowo przez ramię.
Ciężką atmosferę zniszczonego świata przerywają tylko jeszcze cięższe elementy horroru. Kiedy Artem ma do czynienia z mutantami mają swoje apogeum.
Książka jest ładnie wydana, ma w środku mapę, która jest bardzo przydatna. Metro 2033 to książka, którą czyta się z mapą, buduje to klimat, a i nazwy stacji pojawiają się tak często, że czytelnik chcący wiedzieć gdzie co ma/ miało miejsce musi co chwile zaglądać do mapy. Jest ona umieszczona w bzdurnym miejscu, nie uzasadnionym fabularnie. Chcąc czytać z mapą, radzę raczej wydrukować mapę na własną rękę, bo ta w książce ładnie wygląda ale jest niewygodna.
Metro 2033 czyta się w nocy i tylko w nocy. Czytanie tej książki w pełnym świetle powinno być zabronione. Buduje to napięcie i poprawia oczywiście klimat.

Najlepszy w "Metrze" okazał się klimat, co zdarza się rzadko we współczesnych tytułach. Fabuła jest raczej mało skomplikowana i satysfakcjonująca. Jeśli miałbym określić tę książkę jednym słowem byłoby to nierówna albo klimatyczna. Prosty pomysł umieszczenia postapokaliptycznego świata w podziemiach największego na świecie metra okazał się genialny. Poznajemy świat, który przeżył własny koniec i teraz tylko wije się w agonii. Nie jest to świat z nadzieją. Jest skazany na zagładę.
Czuję lekki niedosyt z powodu małej ilości wydarzeń na powierzchni, jednak ma to sens, w końcu Artem to nie stalker. Zakończenie okazało się paskudnym cliffhanderem zapowiadającym następne części.
Nie jest to książka dla każdego. Nie każdy lubi postapo, nie każdemu przypadnie do gustu miałki bohater, jednak jeśli nie zrazi się człowiek na pierwszych rozdziałach to dalej będzie tylko fajniej.