I nic do dodania. Ta animacja miażdży po całości.
niedziela, 28 listopada 2010
sobota, 27 listopada 2010
H.P. Lovecraft
Każdy, kto lubi dobry horror powinien sięgnąć po "Opowieści o makabrze i koszmarze" H.P. Lovecrafta. Książka ta, to bardzo ładnie wydany zbiór opowiadań tego mistrza horroru. Jest to horror specyficzny obfitujący w słowa takie jak koszmar, zapomnienie, niewyobrażalne zło, makabra. Uderza raczej w podświadome instynkty czytelnika, a nie w jego wynaturzoną, przerysowaną wyobraźnię. Sam średnio lubię horrory, ale te czytam z najwyższą przyjemnością i wymaganym w tym gatunku dreszczem i swego rodzaju dyskomfortem.
Nie jest to oczywiście literatura dla każdego, ciężko się to czyta, akcja opiera się raczej na pierwszoosobowej narracji, przywodzącej na myśl straszną opowieść przy ognisku opowiadaną przez Larę Croft po habilitacji. Dialogów jest mało zdrowego rozsądku jeszcze mniej. Konstrukcja jest ciekawa i wymaga wejścia w gęstą atmosferę psychodelicznego horroru. To nie jest książka do poczytania przy kominku w jesienne popołudnie przy dobrej herbatce. Ten zbiór opowiadań powinno się czytać w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym, w środku nocy w trakcie burzy, tylko przy zapalonej świecy, a w tle powinna się sączyć ambientowa muzyka chóralna przetykana taśmami z egzorcyzmów Emily Rose i odgłosami lasu w Nowej Anglii. Takie otoczenie wprowadziłoby czytelnika w pełnię klimatu.
Miłej lektury.
czwartek, 18 listopada 2010
Czendżys
Jak widać Blog się zmienił. Postanowiłem pisać więcej, dużo dużo więcej. Kończy się najbardziej obładowany sprawdzianami okres. Lista książek do poczytania wydłuża się nr.1 wypożyczony dzisiaj rano- Jacek Piekara "Charakternik"
Umęczyłem w końcu te "galeony wojny", obydwa tomy. Świetna powieść, z zakończeniem dopisanym chyba w drodze do wydawnictwa, ale tak zaskakującym, przewrotnym i doskonałym, że dla samego tylko rozwiązania gęstej fabuły warto przeczytać obydwa tomy. Nie wolno pominąć oczywiście nieziemskiego opisu bitwy pod Oliwą, który jest wspaniałą nagrodą przedzierania się przez morską terminologię i zawiłe czasami dziwaczne zwroty akcji. Jednym słowem książka świetna i godna polecenia.
niedziela, 14 listopada 2010
Nie pora na Węgrzyna
Wstawał
świt, pierwsze promienie marcowego słońca sączyły się przez szczeliny zawartych
okiennic. Spał jeszcze, kiedy sługa wpadł do sypialni.
-Panie! Czekają was na
parterze. Nalegają, byś zszedł.
-Kto u licha?
-Rajcy!
-Znowu? Same z nimi
problemy. Powiedz im, że za moment zejdę. Nalej im wina i każ czekać.
Po kwadransie zeszedł do
Swoich gości. Andrzej Gierlicki i Tomasz Teterlik kręcili się niespokojnie.
-Nareszcie jesteście!
Posłańcy przynoszą straszne nowiny! W mieście panika. Przepraszam, że pana
budzimy panie komendancie, ale musisz wiedzieć.
-Co się dzieje?- zapytał
Wojciech zdezorientowany porannym zamieszaniem.
Gierlicki swoim zwyczajem
postąpił krok do przodu, podkręcił wąsa, odchrząknął i niemal krzyknął,
łamiącym się głosem, choć starał się opanować.
-Rakoczy nadchodzi! Za sobą
ma niemal pięć tysięcy zbrojnych i kilka armat. Idzie do nas z zemsta za
zuchwalstwo mieszczan. Pali wszystko na swojej drodze. Najpóźniej za tydzień
będzie już w Potoku!
Portius pobladł i aż
usiadł. Sługa nalał mu pełną szkalnicę wina, którą pan wypił duszkiem.
Odchrząknął i siląc się na spokój zapytał.
-Dlaczego dowiadujemy się
o tym tak późno?
-Donieśli nam, że pułki
Rakoczego przedzierały się przez Bieszczad, toteż nikt nie spodziewał się
takiej ich liczby.
-Należy w takim wypadku
sposobić się do obrony miasta.
Wstał z ławy, czym dał
znać swoim gościom o końcu rozmowy.
W kuźniach od świtu do późnej nocy wykuwano szable, miecze i topory. Rozesłano posłańców do króla i okolicznych osad z prośbą o pomoc. Na gwałt wzmacniano baszty
i blanki na murach oraz pogłębiano fosę.
Wojciech Portius wszedł do
garnizonu i spojrzał po ogorzałych twarzach chłopów, którzy przyszli zapisać
się na pobór.
-Tylko tylu? -zapytał
dyżurnego.
-Tak, panie komendancie. W
sumie tysiąc sześciuset zdolnych nosić broń-dodał zaglądając do rejestrów.-Nie
mamy co liczyć na armię koronną, hetmani odpierają Szwedów i Kozaków na
północy. Król modli się za nas na Jasnej Górze. To jedyna pomoc, jakiej możemy
od niego oczekiwać.
Zdyszany posłaniec wbiegł
na dziedziniec i podbiegł do komendanta.
-Od strony bramy
węgierskiej idzie kolumna. Powiewa nad nimi sztandar z orłem. Posiłki przybyły.
Wojciech pobiegł do bram i
kazał natychmiast otworzyć wrota i wpuścić pomoc. To przybył ksiądz Mikołaj
Farnca i jego piechota chłopska. Ich czyny zdołały obrosnąć legendą po
szalonych rajdach na oddziały tureckie i węgierskie pod Sanokiem i Leskiem.
O bruk zadudnił równy
marszowy krok ludzi księdza Mikołaja. Widząc tych zaprawionych żołnierzy w
Portiusie ożyła nadzieja na zwycięstwo.
-Wszelki duch Pana Boga
chwali! Księże Mikołaju kochany, jaka szkoda, że nasze spotkanie przyśpieszyły
takie smutne okoliczności.
-Pochwalony niech będzie,
na wieki wieków. Witaj Wojciechu. Mnie również smucą zaistniałe okoliczności a
i wieści mam nie lepsze. Jerzy Rakoczy nie dalej jak dwa dni temu splądrował i
spalił Duklę. Najpóźniej jutro będzie u bram Krosna.
-Na Boga! Wiesz coś o jego
sile? Liczbie wojska?
-Idzie na czele najwyżej
trzech i pół tysiąca. Ciągnie za sobą kilka armat. Ludzie jego zmęczeni i
znużeni długim marszem. Hospodar jednak zdeterminowany złupić miasto.
Przedmieścia
zostały spalone do gołej ziemi. W murach ziało kilka wyłomów bronionych
zaciekle przed węgierskim naporem. W dachach kamienic bomby zrobiły kilka
dziur, wywołały nawet mały pożar, ugaszony jednak sprawnie. Sytuacja była
krytyczna. Wojciech zbiegł na rynek i rozkazał odwodom księdza sposobić się do
bitwy. Sam pobiegł do swojej kamienicy. Tam nakazał sługom wyjąć stary kufer,
należący jeszcze do jego dziadka. Założył czarne szarawary i koszulę. Na to
założył ozdobny rodzinny kil. Kraciasty pas należący do jego rodu od pokoleń.
Wyjął dobry szkocki pałasz i wykonał nim kilka szybkich cięć. W statecznym
kupcu obudził się szkocki góral. Wojownik i dzielny obrońca.
Wybiegł
do Polaków, którzy powitali kapitana gromkimi okrzykami.
-Księże Mikołaju! Idź do
kościoła i odpraw za nas mszę z procesją na mury. Proś Matkę naszego Pana o
zwycięstwo. A wy żołnierze -zwrócił się do ludzi księdza- walczcie zaciekle!
Nie dajcie się zastraszyć i pamiętajcie, że sprzyja nam Bóg!
Wyjął pałasz i zakręcił
nim młyńca nad głową, czym dał znak do wymarszu.
Wyszli Bramą Węgierską, po
potrzaskanym zwodzonym moście. Węgrzy nie spodziewali się wydania im bitwy pod
murami, przerzucili jednak sporo wojska naprzeciw Portiusowi i jego ludziom.
Dali ognia w Polaków i rzucili się do ataku. Portius nie pozostał dłużny
Madziarom i dał dwie salwy w nacierających, którzy stracili nieco animuszu.
Wpadli
na siebie. Pierwszego przeciwnika Wojciech pchnął pod żebrami, drugiemu wybił
szablę i ciął na odlew przez ramię. Nad miastem rozbrzmiewały dzwony. To
procesja wyszła z kościoła. Tego potrzebowali walczący. Ze zdwojoną furią
uderzyli na wrogów, odpychając ich nieco. Wojciech dał znak do następnej salwy
z muszkietów, po czym poprowadził swoich ludzi na przegrupowujących się
żołnierzy. W tłumie mignęła mu znajoma twarz. To był Jarko Firlej! Brat
wojewody lubelskiego procesujący się z Krosnem od pięćdziesięciu lat. Psi syn
sprzymierzył się z Turkami i zaatakował znienawidzony gród nad Wisłokiem.
Wojciech przedarł się między walczącymi i dopadł Jarosława, tego zmroził widok
Szkota brudnego od potu, kurzu i posoki. Portius zbił cięcie na głowę i
zripostował celując w zęby przeciwnika, ten zasłonił się i zbił uderzenie.
Komendant szarpnął się w bok, unikając ciosu jakiegoś Madziara. Upadł na
ziemię, Jarek zamachnął się, by przyszpilić Portiusa do ziemi, kiedy ten wyjął
pistolet i pociągnął za spust. Bitwa na chwilę zamarła. Wszyscy zdawali patrzeć
się na postrzelonego dowódcę węgierskiego natarcia, powoli osuwającego się na
ziemię. Wojciech dźwignął się i zobaczył księdza i Matkę Boską z Krosna na
murach. Widok ten dodał otuchy nie tylko jemu, ale także pozostałym krośnianom,
którzy bez rozkazu ruszyli ku rozbitemu przeciwnikowi. Kula jednej z armat
trafiła prostu w dzwon kościelny, który zadźwięczał nieczysto i odpadł. Dźwięk
ten oznajmił ostateczne zwycięstwo i odparcie Węgrów spod Krosna.
i ciągnąc za sobą dwie armaty. Wojciech Portius wjeżdżał na zdobycznym rumaku, za nim obładowani łupami wracali chłopi i mieszczanie z oddziałów broniących miasto. Po zwycięstwie na koszt Szkota urządzono na rynku biesiadę. Zdani na siebie, z pomocą Bożą dali radę odeprzeć wroga. Jedną z armat Portius kazał przetopić na nowy dzwon, który do teraz można usłyszeć w trakcie spaceru po rynku.
poniedziałek, 8 listopada 2010
Historia jak żywa
Zaczynam zabawę z rekonstruktorką. Będę odtwarzał okres XVII wieku. Kompletuję dwa stroje: kozacki i mieszczański. O ile kozacki nie pozostawia wielu pytań, to mieszczańsko-szlachecki strój to już coś! Co więcej, będę rekonstruował nie kogo innego jak Wojciecha Portiusa. Tak tego Szkota od win. Szabla już się kuje, a pozostałe elementy stroju są skrupulatnie kompletowane. Nie mogę się doczekać momentu, kiedy zaciąży przyjemnie w dłoni i kiedy stanę oko w oko z przeciwnikiem.
Niedługo wrzucę opowiadanie z Portiusem w roli głównej.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)