Dziedziniec jednej z krośnieńskich kamienic rozświetliły reflektory; światło padało na drzwi klatki schodowej numer trzy. Po chwili na placu pojawiła się odpowiedzialna za zmącenie sennej ciszy, bucząca basowo niebieska wołga, do której należały światła
Z klatki schodowej wychyliła się głowa mężczyzny o pociągłej twarzy i przestraszonym pojrzeniu. Z samochodu wysiadło dwóch mężczyzn w garniturach, jak przystało na ochroniarzy, o wymiarach standardowo 2x2. Jeden z nich otworzył drzwi trzeciemu delikwentowi. Ubrany w długi płaszcz jegomość wygramolił się z samochodu. Gospodarz gestem zaprosił pozostałych do środka.
- Dobry wieczór panowie - powiedział zdartym, przepitym głosem.
- Dobry, dobry…
Jeden z ochroniarzy szychy stanął przed drzwiami do kamienicy i zapalił papierosa.
-Pan nie idzie? – zapytał zdumiony gospodarz.
-Nie, nie idzie – odpowiedział szybko dziany właściciel Wołgi.
Biznesmen zmierzył spojrzeniem chudzielca. Ubrany był w wysłużony dres i stare skórzane buty. Drżącą dłonią sięgnął po klucz do kieszeni bluzy. Do zamka kłódki przy drzwiach od piwnicy trafił dopiero za trzecim razem, po czym chwilę zajęło mu przekręcenie kluczyka tak, by nie złamać go, a przy okazji i kłódka została w całości. Ciche szczęknięcie i jako pierwszy wkroczył do piwnicy, zapraszając gestem pozostałych.
W środku było dosyć chłodno, wszędzie unosił się zapach zaczynów, alkoholu, smaru oraz starych warzyw i owoców. Musieli kilka razy skręcać, by dotrzeć do odpowiedniego pomieszczenia i o ile mężczyzna w dresie szedł bez problemów w egipskich ciemnościach, to ochroniarz przyświecał sobie i szefowi latarką rodzimej produkcji, która albo dawała tyle światła co przygaszona świeca, albo wręcz oślepiała idącego przed nimi człowieczka w dresie, bo wszystko zależało od ustawienia styków i żarówki względem siebie.
* * *
Jakub Trzaskalski jechał swoim BMW r24, rocznik 1950 . Doskonale zachowana maszyna niosła płatnego mordercę przez śpiące ulice Krosna. Minął już budynek szkoły nr1 i wybierał się w kierunku rynku, gdy zobaczył niebieską wołgę skręcającą do bramy jednej z kamienic. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w tej samej kamienicy mieszkał szmugler o wątpliwej reputacji, za to świetnych osiągnięciach.
Osiągnięcia wymagały co prawda dopingu w formie lufy pistoletu przyłożonego do skroni, ale liczą się efekty. Szmugler leżał teraz ponoć w szpitalu pod Kaliszem, do domu wracał za jakiś tydzień.
Po drugie co tak luksusowa limuzyna mogła robić w takiej dziurze o drugiej w nocy.
Przyśpieszył by załatwić swoje sprawy na rynku, ale postanowił wrócić potem i sprawdzić tą wołgę. Coś tu śmierdziało.
***
Stanęli przed odpowiednim pomieszczeniem. Szczurkowaty tym razem bez problemów przekręcił klucz w kłódce i odciągnął zasuwę .Jeszcze tylko lekkie szarpnięcie i drzwi otworzyły się. Zmyślny mechanizm równocześnie z otwarciem drzwi zaświecił migotliwe światło i włączył dychawiczne czechosłowackie radio, z którego wydobywały się dźwięki ostatnich opolskich szlagierów.
- Zapomniałem spytać o nazwisko.
- Korczyk, Jan
- Miło mi, Iglicki Stanisław- odpowiedział szczurkowaty w dresie, energicznie potrząsając prawicą gościa. Sięgnął do ściany i odsunął obluzowaną cegłę, zza której wyjął pół litry.
- No. To tak na zapoznanie - oznajmił nalewając sobie i Korczykowi - A pan pije?
- Nie - powiedział szybko Jan – pan prowadzi.
Ochroniarz odetchnął tylko i szepnął coś pod nosem, po czym zajął miejsce przed wejściem do chłodnej piwnicy.
Na pierwszy rzut oka piwnica podobna do każdej innej, zawalone różnymi rupieciami przykrytymi prześcieradłami pomieszczenie. Dosyć spore, jak na zwykłą piwniczkę w starej kamienicy.
Wypili po jednym.
- No to panie Janku, przejdźmy może do interesów.
Szybkim ruchem zdjął prześcieradło z najbliżej stojącego pudła. Zrobił to tak sprawnie, że musztardówki i butelka stojące na nim stały niewzruszone. Dziwny człowiek. Na pierwszy rzut oka menel najgorszej kategorii, a po kielichu sztukmistrz rodem z moskiewskiego cyrku. To mogłoby tłumaczyć ślady butów na suficie.
- Nowiutka, prosto z Czechosłowacji.
Pod zręcznie zdjętym prześcieradłem znajdowało się nigdy nie otwierane kartonowe opakowanie czechosłowackiej pralki Tamat 500.
***
Jakub zajechał bez świateł na dziedziniec. W oczy rzucił mu się kafar w skrojonym doskonale garniturze stojący pod drzwiami. „No zabije szczurowatego!”, przemknęło mu tylko przez myśl. Powoli podjechał pod jeden z garaży . Łyknął sobie dla odrobiny animuszu; jak przed każdą akcją jugosłowiański samogon grzał bebechy aż miło. Przetarł usta wierzchem rękawa i ruszył ku ochroniarzowi Jana.
- Szuka pan czegoś? - zagadnął kafar.
- Powiedzmy - odpowiedział Jakub i błyskawicznie uderzył w splot słoneczny.
Trafiony padł na ziemie krztusząc się powietrzem, równocześnie kolbą wyjętego pistoletu trafił w drzwi dając sygnał drugiemu gorylowi. Oberwawszy tą sama kolbą padł ogłuszony, a Jakub zapalając papierosa, wszedł powoli do ciemnych piwnic krośnieńskiej kamienicy.
***
Głuche łupnięcie za drzwiami oderwało Korczyka od przeglądania instrukcji. Iglicki szybko zasłonił pralkę, po uprzednim uniesieniu butelki i szklanek. Zrobił to równocześnie pokazując Janowi wysłużoną kanapę w rogu. Szmugler nie przestanie go zadziwiać.
Usiedli pośpiesznie, kiedy zza drzwi z hukiem wpadł ledwo stojący na nogach ochroniarz Jana.
- Stuk puk!-krzyknał ktoś zza wyłamanych drzwi.
Do pomieszczenia wszedł wysoki mężczyzna. Wokół jego twarzy unosiły się kłęby dymu pochodzącego z papierosa wetkniętego w kącik ust. Papieros tlił się ledwie, nie posiłkowany żadnymi akcjami ze strony właściciela. Błękitne wodniste oczy zlustrowały piwnicę. Gość ubrany był w przetartą skórzaną kurtkę i równie przetarte Texasy z pod których wystawały ciężkie motocyklowe buty rodem z amerykańskich filmów.
- Dobry wieczór.
Siedzący skłonili się lekko. Jan nie znał przybysza. Stanisław wręcz przeciwnie .
- Przechodziłem obok i postanowiłem wpaść. Nalej mi też.
Igliczki pośpiesznie podał mu swój kieliszek.
- Przechodziłeś o 3 w nocy?
Spojrzenie przybysza kazało się zamknąć Janowi.
- Lubię nocne przejażdżki. Słyszałem że ostatnio cienko ci idzie, Stasiu. Ten potworny wypadek pod Kaliszem jak wracałeś z Czechosłowacji. Nic ci nie jest?
- Nie, nie jak widać - spuścił oczy.
- To świetnie, ale samochód nadawał się tylko do kasacji jak spadł z tej skarpy pod Kaliszem, nie Stasiu?
- No, tylko do kasacji.
- A tu co masz?- zapytał wskazując na masę pudeł zakrytych prześcieradłami.
- Aaa, takie tam graty.
Gość uchylił lekko najbliższe prześcieradło.
- Marnujesz nowiutką czechosłowacką pralkę w piwnicy?
Wstał i podszedł do dalszych pudeł. Przeszedł się po piwnicy zaglądając pod prześcieradła.
- Stasiu. Nie wiem komu wszedłeś w dupę, ale tyle sprzętu to w jednym miesiącu w fabryce nie wyprodukują. Suszarki, pralki, farelki, telewizory. Gdyby to trafiło na targowicę to zostałbyś okrzyknięty bohaterem, dostałbyś medal, ba nawet dwa! Chodziłbyś jak paw, albo ci tam ze wschodu.
- Kim pan w ogóle jest? -nie wytrzymał Jan.
- Czy mi się wydaje, czy z tobą nie rozmawiam? - krzyknął rozzłoszczony Jakub.
Korczyk postanowił więc kontemplować czubki swoich butów.
- Stasiu. Mam dla ciebie złą wiadomość - wrócił do swojego normalnego spokojnego i opanowanego tonu- jest tak: pan Wojarski nie lubi, kiedy ktoś nie dotrzymuje umowy. Ale widzisz Stasiu, pan Wojarski rozumie takie sprawy jak wypadki, współczuje. Mam dla ciebie nawet czekoladę jakbym znalazł cię w łóżku. Ale nie! Nie, ty nie potrafisz docenić jego dobroci. Nie dość, że go okłamujesz i każesz się zamartwiać, to jeszcze bezczelnie handlujesz jego lewym towarem na lewo. A jest jedna rzecz, jakiej pan Wojarski nie lubi bardziej od kradzieży. Kłamstwa.
Przybysz podszedł do kanapy i spojrzał na Staszka głębokim męskim spojrzeniem, takim jakim koledzy obdarowują się kiedy mówią sobie, jacy to są z nich dobrzy przyjaciele.
To przyjacielskie spojrzenie to ostatnie, co zapamiętał Stanisław.
* * *
Ocknął się bardzo mocno związany, siedząc na wygodnym fotelu kierowcy niebieskiej wołgi. Obok niego na miejscu pasażera leżał związany i zakneblowany Jan. Na tylnich siedzeniach leżeli jeszcze nieprzytomni leżeli ochroniarze Jana. Na desce rozdzielczej zieloną farbą było napisane:
Kochany Stasiu i wy panowie kontrahenci. Jako, że nie potraficie się nauczyć, że najlepiej jest nie gryźć ręki, która was karmi, bo tą ręką możecie dostać w pysk. W sumie, możecie się
udławić tymi waszymi pralkami
Po jakimś czasie klamka zatrzeszczała i w drzwiach pojawił się porywacz, ten sam co poprzedniego wieczora.
- Witam panów! Piękny mamy dziś poranek. Jako że widzimy się po raz ostatni przedstawię się. Nazywam się Jakub Trzaskalski. Pa!
Zatrzasnął drzwi. Po chwili zza samochodu usłyszeli tylko „Łapcie pralkę!”
40 metrowy żuraw spuścił na samochód paletę czterech najprzedniejszych czechosłowackich wyrobów. Z samochodu nie zostało zbyt wiele.
Z Trybuny Ludu
„W wyniku straszliwego wypadku w podkaliskich Łubnikach w trakcie rozładunku samochodu ciężarowego jelcz na zaparkowany na pobliskim parkingu samochód spadła paleta czechosłowackich pralek. Cztery osoby zginęły na miejscu.”
Korekta: Pilot
6 komentarzy:
to było świetne!
świetne pod każdym względem
i moim zdaniem lepsze od Szulera
Super super - ale: jak oni mogli wracać z Czechosłowacji do Krosna przez Kalisz?!
kanał przerzutowy. Mówi Ci to coś?
W sumie to fajnie się czyta, lekko, przyjemnie, fabuła też nie jest nudna, zachęca do zagłębienia się. Porównując twoje wojskowe opowiadanka z gimnazjum w ślicznym różowym kajeciku - jest progres duży ; >
Jedyne co mnie raziło;
- 'handlujesz jego lewym towarem na lewo' - zdanie w stylu Jasia. Chociaż nie - on powiedziałby 'jego towarem handlujesz lewo lewo na'.
- Fajnie zbudowany opis uliczek, które mijał i nagle wyskakujesz ze szkołą nr 1. To tak jakby powiedzieć, że miał spędzić resztę życia w raju ze setką dziewic i jednym gejem.
- Szczurkowaty - ksywa za długa i głupio brzmiąca w odmianach (Szczurkowatego?)
Ale ogólnie fajnie ;]
dobreńkie.
Spieprzaj Janas (czyt. Shepp)! ;p
Prześlij komentarz