środa, 25 lipca 2012

hejt

     Jestem student psychologii na UMCSie w Lublinie. Wczoraj znalazłem mieszkanie, z którego jestem dumny.


      Stwierdzam, że  polski internet nie dorósł jeszcze do pełnej wolności słowa, wyznania i wypowiedzi, za którą przeciwnicy ACTA jeszcze kilka miesięcy temu daliby się zabić. Dla niezorientowanych mówię o akcji "Gr@żyna". Cała sprawa rozgrywała się raczej pomiędzy vlogerami. Któryś ze sławnych vlogerów powiedział, że jednym z pierwszych symptomów stawania się popularnym (poczytnym dla blogów), jest pojawienie się hejterów. I to jest fakt... niestety

Dzisiaj krótko, ale będzie dłużej.

wtorek, 10 lipca 2012

3...2...1... 3 w 1!

    3 rzeczy do opisania w 1 notce! Aż 3! w ciągu 2 dni. Zaczynamy!


     

    Jakieś 60 kilometrów pieszej wycieczki zakończone na jednej z podręcznych  prawie-połonin za Nowym Żmigrodem. Wymarsz po 5 rano, plecaki wydają się tylko wypełnionym namiotem i kilkoma innymi stuffami bagażem podręcznym, ale już pierwsze lesiste wzniesienie uświadomiło nam, że wspinaczka po prawie pionowym zboczu jest sporym wyzwaniem, kiedy targa się te 15 kilo sprzętów wszelakich. Mapa i kompas były najlepszymi przyjaciółmi, a bąki, komary i kleszcze śmiertelnymi wrogami i mimo, że od wyjścia minęły już 2 dni, to nadal mam odruch uderzania miejsca, gdzie mnie coś swędzi albo łaskocze. Po godzinie 10:30 słoneczko dawało już się we znaki, innymi słowy było gorąco jak w piekle. Idąc rozmawialiśmy niewiele, większość czasu nuciłem sobie coś pod nosem i tylko jak na naszych oczach miał miejsce jakiś totalny absurd, komentowaliśmy go czymś więcej niż tylko krótkim i treściwym "o ja jebe...", które wydobywało się z naszych ust raz po raz, kiedy szliśmy lasem, rzeką, miedzą, albo poboczem. Samej trasy nie ma za wiele co opisywać, ot wsie, lasy, kilka pól, mniejsze i większe wzniesienia. Uwielbiam mój region, bo wystarczy wejść z pierwszy z brzegu szczyt (a tych jest na pęczki) i zawsze rozciąga się stamtąd spektakularny widok.
     Kilka rzeczy rzuciło mi się wybitnie w oczy w czasie  przechodzenia przez niektóre wsie usytuowane na szczycie, bądź w dolinie pomniejszej górki. Enklawy, w których czas płynie inaczej i ludzie też wydają się jacyś inni. Z kilometra wszyscy wiedzą, że w okolicy jest ktoś obcy.  W jednej ze wsi dzieci jeździły na rowerach z siekierami, w innej natomiast kilkuletnie brzdące osiodłały kozę i używały jej jako wierzchowca w hałaśliwej zabawie. Przed każdym domem stoi kapliczka, która często wygląda porządniej niż samo miejsce zamieszkania. Przełom nastąpił już na miejscu przeznaczonym na nocleg. Góra miała jakieś 400 metrów wysokości, a my rozbiliśmy się na jednej z wykoszonych łąk. I dzięki mojemu poganianiu udało nam się rozbić namiot zaraz przed pierwszą błyskawicą.
     Przygotowywaliśmy się akurat do jedzenia, kiedy pierwszy piorun uderzył jakieś 100 metrów od nas i lunął deszcz  tak rzęsisty, że najlepszym określeniem będzie "pranie żabami z nieba". Potem doszedł jeszcze grad, który zrobił kilka dziur w poszyciu namiotu. A to wszystko przy akompaniamencie piorunów, uderzających kilkadziesiąt- kilkaset metrów od nas. Byliśmy zbyt zmęczeni, żeby zbiegać do podnóży zbocza, więc zadowoliliśmy się wyłączeniem telefonów i narzekaniem na pogodę. Mogę śmiało powiedzieć, że przetrwałem mini armageddon. Po półgodzinnej burzy stanęło przede mną kolejne wyzwanie-rozpalenie ogniska z doszczętnie przemoczonego drewna i trawy, którą można było wyciskać. W pobliskim lesie nie znalazłem żadnej brzozy i jako rozpałką zmuszony byłem posłużyć się świerkiem. Tylko dzięki znalezieniu w kieszeni kurtki pakieciku prochu strzelniczego z napisem "na czarną godzinę"  udało mi się najpierw rozpalić igliwie, potem pomniejsze gałązki, aż w końcu przed moim zadymionym obliczem pojawił się płomień. Tak, to była własnie ta czarna godzina...Ciepło ogniska polepszyło nastroje, a świerkowo-lipowa herbatka (wrzątek z gałęziami jak powiedział kompan) rozgrzała nas wystarczająco, by podjąć akcje tak skomplikowane jak suszenie przemoczonych ubrać (zwłaszcza butów) i ratowanie czyjejś łąki przed pójściem z dymem. To było moje najbardziej karkołomne rozpalania ognia. Poza tym spoczywała na mnie spora presja ze strony współtowarzyszy wędrówki. Dopiero porywisty wiatr przypominający halny i wizja kolejnej burzy zagoniła nas do namiotu po 3 godzinach suszenia i odpoczynku przy ogniu. 
     Następnego dnia poranek powitał nas tym samym porywistym wiatrem, przez co składanie namiotu przypominało trochę paralotniarstwo niskobudżetowe. Po szybkim śniadaniu zeszliśmy w dolinę i dotarliśmy na szlak prowadzący na górę Grzywacką. Droga mimo, że ucywilizowana (oznaczona) i nie tak karkołomna jak kilka wspinaczek z dnia poprzedniego, dała nam ostro w kość. Byliśmy zmęczeni, a zapasy wody przygotowane na takie upały kończyły się trochę zbyt szybko. Po drodze na górę rozmawialiśmy jeszcze rzadziej niż w trasie . Byłem strasznie rozdrażniony i obolały, przez chwileczkę nawet złamany. Chciałem się poddać. Usiąść i odpocząć. Tępo mieliśmy zabójcze. Ja miałem, bo je narzucałem i czasem zmuszony byłem czekać na chłopaków. W trakcie jednego z takich postojów, wziąłem dwa potężne wdechy, krzyknąłem sobie "Odynie!" i pomaszerowałem z zupełnie odnowioną ilością siły. Ze zdwojoną energią szarżowałem pod górę, kawałek nawet biegłem. Wcześniejsze rozdrażnienie minęło i zachęcałem chłopaków żeby przyśpieszyli, że na szczycie sobie odpoczniemy! Nie wiem jak to zadziałało, ale motywacja czyni cuda.
     Zawsze zdobycie jakiegoś szczytu cieszy niezmiernie. Tam po krótkiej debacie obraliśmy dalszą trasę i ruszyliśmy ku łysej górze. Miałem nadzieję w trakcie schodzenia znaleźć ukrytą gdzieś w lesie "wilczą kapliczkę". Nie mam pojęcia co to jest, ale jeszcze tam wrócę z większym zapasem siły i mniejszym plecakiem i choćbym miał przeczesać zbocza Łysej Góry metr po metrze znajdę tą kapliczkę! Schodząc zeszliśmy ze szlaku, żeby szybciej dotrzeć do szeroko pojętej cywilizacji. Koledze nogi odmówiły posłuszeństwa i musieliśmy jak najkrótsza trasą zejść do drogi. 
    Do domu wróciłem śmierdząc dalej dymem z mojego mokrego ogniska, potwornie zmęczony i obolały. Ale byłem strasznie zadowolony. 




      2! 
  Następnego dnia, trzeci dzień z rzędu pobudka przed 5 rano. Przed upałem. Zapakować krzesełka, piwo i wędki do samochodu i jazda nad pobliski staw. Jeśli  ktoś zapytałby mnie, jakie są najnudniejsze zawody, do tej pory odpowiedziałbym, żę coś pomiędzy golfem, a szachami. NIE, najnudniejsze są zawody wędkarskie. A dokładniej najnudniejsze były te, na których brałem udział. Potworny poślizg sprawił, że haczyki wylądowały w wodzie za późno, kiedy było już gorąco, a ryby przestały żerować. Kpina trochę, bo wygrywał ten, kto cokolwiek złowił... Ja nie złowiłem niestety niczego poza zaglonioną gałęzią. Zasady rozgrywania zawodów były dosyć kuriozalne, tak jakby zarząd łowiska bał się, że im ryby z wody wybiorą. Poza tym cały czas wiało nudą, ze względu na brak jakiegokolwiek zainteresowania wokół mojego spławika. Nie było nawet na co popatrzeć bo  u innych było to samo. Dopiero 15 minut przed końcem zawodów jakiś chłopaczek wydarł z wody ładnego karpia. Poza tym nic... A szkoda, bo miałem nadzieję na fajnie spędzony czas, a tak to tylko przesiedziałem 5 godzin słuchając radia i od czasu do czasu gadając ze współwędkującym ojcem.


3!


     Po powrocie do domu szybki prysznic, kilka godzinek odsypiania wyprawy, szybki skok po piwo i  oglądanie finału. Razem z ojcem jesteśmy dosyć zapalonymi fanami siatkówki, toteż wczoraj mieliśmy swoje święto. Wszyscy sąsiedzi słyszeli nasze "kurwy" po każdym straconym punkcie i okrzyki radości po każdym zdobytym. Aż do prawdziwej erupcji euforii po zwycięstwie biało-czerwonych. Teraz czekam na złoto olimpijskie, jak ten zespół go nie zdobędzie, to nie wiem, kto miałby to zrobić. To dlaczego jaram się siatkówką, a nie pociąga mnie piłka nożna to temat na osobną notkę.




       Po takim maratonie, jestem wypompowany, pozytywnie zmęczony i znoszę jajo przed ogłoszeniem list na uczelniach. Strasznie jaram się Aloszą Awdiejewem i mrożoną zieloną herbatą. Może zrobię kolejny tutorial herbaciany. nie wiem, zobaczy się. Ja już wiem jaka herbata jest najlepsza na mrożoną, Wy się może dowiecie....

Pozdrawiam ja, pozdrawia moja herbata.