3:35. Co może zmusić człowieka do wstania o porze tak nieludzkiej? Hałas za oknem? Pełny pęcherz? Nauka na maturę? No nie, mnie wystarczyła chęć przygody i fakt, że jeszcze nigdy nie byłem na moich okolicznych bagnach przed wschodem słońca. W związku z powyższym postanowiłem wybrać się na kolejną wycieczkę krajoznawczą.
4:00. Jeśli ktoś miałby tworzyć definicję ciszy, powinien ją oprzeć o świat o godzinie 4 rano. Wszystko śpi, nawet wiatr, który nieprzerwanie wiał przez cały dzień, a wieczorem, kiedy wracałem do domu jeszcze o 23 zwiał mi kapelusz z głowy, umilkł. Czasem tylko jakiś kot bezszelestnie przemykał pomiędzy domami, a zdradzały go świecące oczy, na które padło światło latarki. Księżyc jest jeszcze wysoko, ale widocznie przemieszcza się po upstrzonym gwiazdami niebie. Jakby szedł razem z nami.
4:30. Po przejściu nad spiętrzoną rzeką, po zamkniętym moście pełnym dziur w przegniłych deskach, z oczu znikają ostatnie zabudowania. Kawałek dalej latarka odmawia współpracy. Księżyc wciąż jest wysoko, ale jest tak mały, że jego światło nie pomaga w jakiejkolwiek orientacji w przestrzeni. Przechodząc obok wierzbowego zagajnika przycupniętego nad brzegiem jednego z bajor, nieopatrznie obudziliśmy śpiące niespokojnie stadko ptaków, które zaczęły przeraźliwie hałasować, wypełniając jazgotem i trzepotaniem skrzydeł atramentową ciszę. Po chwili zdając sobie sprawę z naszego odejścia umilkły gdzieś za naszymi plecami. Pośród gęstych, pożółkłych po zimie traw, okazjonalnych bagienek i zarośniętych sitowiem bajor, wyraźnie odcinają się ciemniejsze zagajniki. Trzeba do takiego wejść żeby zobaczyć,że z oddali czarny kształt, z bliska jest plątaniną gałęzi, krzewów, żywych i złamanych drzew, splątanych, zaschniętych pnączy i innego badziewia. W takim zagajniku widać najwyżej na dwa-trzy metry, dalej tajemnica. Nogą wyczuwa się, gdzie się akurat wlazło. Grząskie- błoto, miękkie-mech, twarde i szeleszczące- ubita trawa. Każdy trzask łamanej, uschniętej gałęzi wystarczy, żeby obudzić calutkie stado ptaków z pobliskiego drzewa.
4:50. Księżyc zdecydowanie chyli się już ku zachodowi. Jest jeszcze ciemno. Na niebie jest jeszcze więcej gwiazd niż przedtem. Nie przeszkadza im łuna małego miasteczka. Oświetlenie chluby gminy- hali sportowej, dramatyczne oświetlenie neogotyckiego kościoła, ani serca i chluby całej okolicy, jasne, białe lampy rafinerii. Nic nie zakłóca światła gwiazd na atramentowym, bezchmurnym niebie.
Nie ma niczego bardziej dziwacznego i przerażającego niż odgłosy, które wydają bobry. Idziemy w ciszy, niemal zupełnie po ciemku, odtwarzając trasę ( przebytą już setki razy) w pamięci, tak żeby nie wpaść w jakieś bagno i możliwie szybko dotrzeć na najwyższy punkt w okolicy, z którego zobaczymy majestatyczny wschód. Nagle zza zarośli słyszymy szelest, rytmiczne plaski wody, chlupot błota. Zatrzymujemy się i nasłuchujemy, może coś ciekawego usłyszymy. I usłyszeliśmy, bobry. Dla niewtajemniczonych, bóbr wydaje odgłos podobny do płaczącego dziecka. Kiedy człowiek spodziewa się usłyszeć kaczki, albo gęś a słyszy zarzynane dziecko, na plecach może się zrobić gęsia skórka. Po błyskawicznej rewizji wiedzy z zakresu zoologii, przypominam sobie, że to tylko bobry. Pośpiesznie ruszamy dalej, opuszczając koncertujące bobry.
5:10. Wyszliśmy z bagien, przez kolejny rozklekotany most, nad brunatną, rwącą rzeką. Na wschodzie wyraźna jest już łuna, a my pniemy się poprzez zaorane pola, na szczyt wzgórza. Nad nami skowronek obudzony pierwszymi promieniami słońca daje koncert. Lata wysoko, a słychać go tak, jakby siedział człowiekowi na głowie. Jest już całkiem widno. Na skraju lasu przemykają ukradkiem, ostrożnie nasłuchując, cztery sarny. Przez zaorane pola, przed nami biegnie bażant wydając ten swój irytujący odgłos ( nie wiem dlaczego mnie tak drażni).
5:20. Jesteśmy już na szczycie. Zaczęło znowu wiać, a nam zrobiło się przez to zimno. Niedaleko nas rytmicznie, mozolnie z cichym szczękiem, kiwa się szyb naftowy. Dalej świeci się i szumi jednostajnie stacja z kilkoma cysternami i skomplikowanym orurowaniem. Nad nami, stacją, szybem, sarnami bażantem góruje metalowa konstrukcja, zwieńczona iglicą i kilkunastoma antenami. Wyżej tylko skowronek. Widać całą okolicę. Rafineria po lewej, dalej kościół, hala, mały ryneczek, szkoła. To chyba wszystkie większe budynki. Między nimi kilka bloków. Rzut okiem na wschód, dalej nic, tylko różowa łuna, trochę chmur. Dalej za Jedliczem widać ościenne wioski, dalej wiatraki w Wietrznie, obracają się dosyć szybko i rytmicznie migają światełkami, coby jakiś samolot się w nie nie wrył. Dalej widać górę Cergową. Bardziej na prawo świeci się Jasło. Widać kilka dróg, po jednej pnie się PKS z zepsutym prawym przednim reflektorem. Śledzimy ten autobus jak jedzie sobie po pełnej zakrętów drodze. Na wschodzie łuna robi się bardziej różowa, rozwiewają się chmury. Widać wielką wieżę przekaźnikową w Odrzykoniu (nasz kolejny cel). Siedzimy tak bezwiednie i gapimy się to na ten nieszczęsny PKS, to na szyb naftowy, to na okolicę.Wiatr robi się upierdliwy, a nam robi się zimno. Trzeba się trochę poruszać, decydujemy się wyciąć kilka gałęzi z rosnącego obok świerka, oprzeć je o krzak, za którym się chowamy przed wiatrem i w ten sposób otrzymać nieco szczelniejszy przeciwwiatrowy parawan.
5:46. Wstajemy powoli i ociężale, ja mam twarz szczelnie owiniętą chustą, a Kuba wstaje tyłem do wiatru. Przeciągamy się, ja ruszam z nożem w garści w kierunku świerka, Kuba ustawia coś w aparacie. Odwracam się, żeby zobaczyć czy idzie za mną i zatrzymuję się wpół kroku.
Czerwony okrąg wyłania się ponad horyzont, powoli i mozolnie, jak ten szyb naftowy obok. Nie mogliśmy się doczekać tego widoku. Czerwony okrąg rośnie z każdą chwilą, ani nie razi, ani nie grzeje. Wiatr nie daje za wygraną, a my siedzimy i patrzymy się, tak jak gdybyśmy nie oglądali Słońca codziennie, jakby to było coś niezwykłego. Nie rozmawiamy, tylko ten skowronek i szyb zaburzają ciszę i harmonię wschodu słońca. Warto było wstać
Po chwili jest już całe, żaden fragment nie dotyka widnokręgu, zaczyna razić, nabiera bladożółtej barwy, robi się cieplej. Ruszamy w dół naszego pagórka, przez jego zaorane zbocza, mijamy kolejne sarny przebiegające pola i drogę.Kiedy schodzimy z góry, wiatr już tak nie przeszkadza. Dalej już nie zwracamy uwagi na to codzienne słońce, w którego stronę idziemy.
niedziela, 18 marca 2012
czwartek, 1 marca 2012
Tym czasem
Dni mijają w atmosferze naukowej. Zaskakując samego siebie zebrałem się w sobie i się rzeczywiście uczę. Komputer staram się sprawdzać dosyć sporadycznie, a czas na granie ustanowiłem sobie na weekendowe wieczory. Dostałem wezwanie na komisję, 12 marca. Można się spodziewać relacji, bo z tego co słyszałem rozmowy z panem komendantem to niezła szopka w moim okręgu. Literatura obozowa i okupacyjna jest dla mnie nudna. Nie trafia do mnie, nie rusza mnie, nie podoba mi się. Biologia na ostatniej prostej. Notka nie ma ładu i składu, ale piszę, żeby podtrzymać ciągłość blogowania. Po maturach zasypię bloga najróżniejszymi tekstami, na które tematy i materiały składają się w obszernym folderze.
Tym czasem adieu z nad francuskiej herbaty perfumowanej. Co to jest ? Nie wiem, ale smakuje cudnie.
Tym czasem adieu z nad francuskiej herbaty perfumowanej. Co to jest ? Nie wiem, ale smakuje cudnie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
