środa, 26 października 2011

Matóra

          Właściwie temat na notkę mi jakoś umyka i nie wiem o czym mam właściwie napisać. Ilość mojej nauki określiłbym jako przeciętną, momentami jest tego sporo ale jakoś wyrabiam. Matura w tym roku, trzeba zapierdalać, nie ma co! Do zdania biologia rozszerzona (systematyczna nauka i powtarzanie dają efekty, więc nie mam się czym martwić), angielski podstawa i rozszerzenie ( jak na podstawie nie przekombinuję, a na rozszerzeniu nie zapomnę słówka tak banalnego jak "devices", to powinno być dobrze, mierzę w około 90%) matma podstawa (nie wiem po co, no ale jak mus to mus, 30% to tylko formalność) no i polski... O ile poziom podstawowy jakoś niespecjalnie mnie to martwi, to na rozszerzeniu mogę polec. Dlaczego? A to przez mój styl wypowiedzi, chaotyczny i nieszablonowy. Jak ja kuźwa z moimi neologizmami, szykami przestawnymi i zdaniami złożonymi szesnastokrotnie mam wstrzelić się w jakikolwiek klucz. W ogóle klucz jest rzeczą skrajnie krzywdzącą i niepotrzebną. Nie wiem co taka matura pisana pod klucz ma sprawdzić? Wiedzę? nie bardzo mi się to widzi. Sprawność literacką? Chyba niepełnosprawność. Generalnie matura z polskiego jest pracą strasznie odtwórczą i nie sprawdzającą niczego poza szczęściem. Analiza i interpretacja tekstu (czyli praktycznie zawsze zadanie maturalne na rozszerzeniu) z założenia jest pracą, w której autor ma zauważyć pewne tendencje, motywy i odnieść się do nich. Na egzaminie dojrzałości po prostu trzeba napisać co jest w tekście. I wszystko co się zauważyło, a nie zauważyła tego osoba układająca klucz, jest traktowane jako błąd. Gdzie tu logika? bo ja jej nie dostrzegam. Powinny wrócić egzaminy na studia o!

Pigwa jest. Można jej dodać do herbaty i  wychodzi smaczniejsza herbata. Szczególnie polecam z jakimkolwiek Yunnanem, bo same z siebie są raczej bezpłciowe,a tak to dostają jadu.

Nie mam czasu kończyć zaczętych opowiadań przez zasraną olimpiadę.

poniedziałek, 17 października 2011

PostNawikon

Weryfikacja wczorajszych przemyśleń przebiegła korzystnie dla mnie. Obeszło się bez wpadki, tylko kimałem sobie na historiach. Chyba pierdolę olimpiadę i wracam do beletrystyki i felietonów. Polecam bardzo tą tetleykę recenzowana poniżej, bo cały czas jest bardzo smaczna, pomimo, że pije ja non-stop.

Teraz uwaga, będzie reklama.

Herbata Mieszczańska z Krakowskiego Kredensu, to mega syf, niewarty swojej ceny i tego, żeby stać obok innych  herbat, (dlatego leży obok minutki którą musiałem kiedyś kupić i wypić, bo przegrałem zakład.)

Koniec reklamy... No ok, to była antyreklama, no ale, skądś trzeba wiedzieć, żeby się nie naciąć.
Mam jeszcze Earl Grey z Krakowskiego, ale ona jest nawet niezła. Chyba mieszczańska jest tylko taka...

No to Yunnan i do "Chłopów tom 1" !

niedziela, 16 października 2011

Nawikon

       Nawi, Nawi i po Nawi. Pierwszy w pełni klubowy wyjazd na konwent dzisiaj się skończył. Co prawda do samego końca zostało nas 7 osób, ale generalnie wszyscy dali radę. Sam konwent nie najgorszy, zorganizowany poprawnie, ale nic ponad to. Nie było rozmachu, pisarzy, fajnych pokazów i niesamowitych prelekcji. Były dobre prelekcje na nierównym poziomie ciekawości, blok Mangi i Anime, który sprawił, że po szkole biegali na praawde dziwni ludzie. Seriously, oni są pojebani... Ogólnie z przykrością jednak muszę stwierdzić przykry fakt... regres.
       Generalnie konwencja post apokalipsy została zachowana porządnie i momentami rzeczywiście można się było poczuć jak w schronie po atomowym holokauście rodem z sesji Neuroshimy, zwłaszcza jak chodzili ci ludzie w strojach (maski gazowe, cały sprzęt taktyczny, karabiny asg z dziwacznymi przystawkami, licznika geigera etc etc...) Nie wiem skąd mam jeszcze energię, żeby wegetować, dwa dni pod rząd kładłem sie spac po godzinie 5, a wstawałem o 8 i byłem na nogach non stop. Aż do teraz. Śęczę nad zeszytem do matmy, smętnie przeglądając definicje coto jutro na sprawdzianie będą, usiłuję się skupić na pisaniu wstępu do pracy na olimpiadę z polskiego i ogarniam słówka na angielski. Słowem miszmasz, a jedynym paliwem jest zielona herbata, która nie mniej smętnie leży obok na biurku. Podejrzewam, że notka nie przedstawia żadnych, nawet najmniejszych, wartości merytorycznych, o estetycznych i literackich już nie mówiąc, ale nie mam siły czytać tego jeszcze raz i przeredagowywać, żeby lepiej oddać co działo się  w trakcie tego długiego, szalonego weekendu. Podtrzymam za to ciągłość blogowania, bo w sumie nic dawno nie napisałem. To tak dosyć pozytywnie.
           A co! walne se akapit następny i przejdę do kolejnej myśli. Oto myśl: Jeśli jutro nie stanie mi się jakaś krzywda z ręki nauczyciela, albo ostrej jak brzytwa kartki sprawdzianu z matmy, to uznam dzień za udany, a siebie za szczęściarza, który cudem uniknął przykrych konsekwencji lekkomyślnego podejścia do nauki. Przy moim jutrzejszym hipotetycznym osiągnięciu, przeżycie wojny atomowej, a potem funkcjonowanie w poatomowym świecie, wydaje się być proste jak budowa czołgu t34.
          Akapit? a co mi tam... No to pora kończyć. Niemoc ogarnia moje oczęta, które same zamykają się na piękno otaczającej mnie rzeczywistości. Moje kończyny przestają zgrabnie poruszać się po klawiaturze, przez co coraz częściej jestem zmuszony do używania przycisku "backspace", co jest wysoce irytujące i daje niezawodny sygnał, że pora sobie iść od kompa.
         Lekko cytrynowe przywitanie z Yunnanem w moim kubku i lekko wymuszone przez niemoc zakończenie notki.
                                           
                                                                  Yunnan Green z cytryną i czymśtam jest super!