Herbaciarnia przy Oxford street była pusta. W kącie siedział tylko jeden człowiek. Ubrany we frak dżentelmen dopijał herbatę. Na stole obok filiżanki doskonałej Earl Grey leżała „Boska Komedia”, założona na pięćdziesiątej stronie listem z pałacu Buckingham.
Zegar w rogu zadzwonił dwanaście razy. Była północ.
Drzwi otworzyły się powoli. Do środka wszedł jegomość ubrany w przetarty surdut.
Dżentelmen zabity ponad rok temu nie mógł oprzeć się pokusie pojawiania się w herbaciarni. Jego duch coraz częściej tu bywał. Szulera denerwowało to coraz bardziej , bo o ile jemu duch nie przeszkadzał tak długo jak nie rozlewał herbaty po dębowej podłodze, to straszył gości i nie dawał spokojnie grać w pokera.
Mgła, która nad portowymi dzielnicami pojawiała się niezawodnie, wlała się za upiorem przez uchylone drzwi do pomieszczenia i zasłała podłogę fantazyjnym całunem, oświetlonym mdłym światłem gazowych lamp z ulicy.
-Znowu ty?
-Pamiętasz mnie?
-Tak, pojedynkowałem się z tobą ponad rok temu. Okazało się, że twój poker ma dwa asy. Źle podmieniłeś tamtą dziewiątkę kier.
-Masz niesamowitą pamięć do szczegółów.
-Nie bez powodu nazywają mnie mistrzem gildii szulerów. Muszę mieć oko do takich rzeczy.
Duch uśmiechnął się nieznacznie. Był bardzo blady, lekko przezroczysty, a z jego wnętrza sączyło się dziwaczne światło. Rana postrzałowa na lewej piersi wyglądała tak samo jak Szuler ją zapamiętał.
-Nie ma żadnych gościa, a nie czekam na ciebie, więc gdybyś mógł sobie teraz pójść.
-Niestety, nie mogę.
-Proszę, nie mam ochoty się ciebie pozbywać. Nie przyniesie mi to ani satysfakcji, ani zysku.
-Mam ci coś do pokazania.
Duch chwycił Szulera za przegub ręki, ten próbował się wyrwać, zjawa trzymała jednak bardzo mocno. Pociągnęła go za sobą w lodowatą mgłę, która zgęstniała i pochłonęła ich.
Nagle pojawił się przed drzwiami prowadzącymi do herbaciarni.
-Ta, straszne, wyciągnął mnie na zewnątrz...- mruknął do siebie Szuler, szarpiąc za klamkę.
We wnętrzu herbaciarni, na dębowym postumencie znajdował się ametystowy tron, a siedział na nim bardzo stary człowiek. Jego głowa w lekkiej drzemce opadała na ramiona. Ubrany był w identyczny jak Szuler frak, tyle że przetarty i połatany nieudolnie. Duch podszedł do jegomościa, który drgnął, a gdy chciał postawić krok na pierwszym stopniu dębowego postumentu, postać obudziła się i wyprostowała na swoim tronie. Jegomość stanął za staruszkiem, oparł ręce na wezgłowiu fotela i uśmiechnął się perfidnie.
-No i co to ma być?
-Ty.
-Nie, ja stoję tutaj. To jest za to jakiś obdarty dziad, który siedzi w doskonałej replice mojej herbaciarni.
-To ty za lat pięćdziesiąt. Nas, duchy, nie obowiązuje czas, dlatego sprowadziłem tutaj ciebie i jego. Porozmawiajcie sobie. To duch twojej przyszłości, pokaże ci twój smutny koniec. Podejdź, dziadzio Szuler ma słaby słuch.
Szuler drgnął. Powoli podszedł do postumentu, wszedł na pierwszy stopień i uśmiechnął się do siebie, siedzącego na tronie. Postawił drugi krok nieco pewniejszy, trzeci krok był szybki i zdecydowany, tak jak ruch ręki sięgającej pod marynarkę, w poszukiwaniu Colta Navy 1851 kalibru ’45 z sześcioma srebrnymi pociskami w bębenku. Równocześnie starzec złapał skonsternowanego ducha za głowę i trzymał mocno.
-Co.. Co to ma znaczyć!
-Myślałeś, że nie będę współpracował sam ze sobą? Doprawdy, jeśli za życia byłeś pan takim głupcem jak teraz, to cieszę się, że cię zabiłem. Przysłużyłem się rodzinie ludzkiej eliminując wybitnie impertynenckiego i lekkomyślnego przedstawiciela gatunku Homo Sapiens.
Jegomość szarpnął się, starzec trzymał mocno, nie mówiąc nawet słowa.
-Chociaż w sumie nie jesteś aż taki głupi. Hipnotyzer, pobawił się tajemnymi księgami znalezionymi w uniwersyteckiej bibliotece i został po śmierci na tym świecie. Hipnotyczne umiejętności pozostały, więc jesteś potencjalnie wyjątkowo groźnym kawałkiem ektoplazmy. Niestety, postanowiłeś nękać nie tę osobę, co trzeba. Wystarczy już tej nędznej imitacji Opowieści Wigilijnej- dodał odciągając kurek.
Huk wystrzału wstrząsnął całym pomieszczeniem. Huk był ogłuszający, tak jakby ktoś wystrzelił w mózgu Szulera. Bolała go głowa i ten ból głowy obudził go z hipnozy. Duch dalej stał naprzeciwko niego w herbaciarni przy Oxford Street , trzymał go za przegub ręki i usiłował znowu wciągnąć w jakieś ponadzmysłowe wizje. Szuler powtórnie sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i ponownie wyjął tego samego Colta. Czterdziestka piątka zalśniła, odbijając światło gazowej latarni z ulicy. Teraz to on trzymał ducha za przegub ręki i celował mu w głowę z bardzo bliska. Z paskudnym uśmiechem nacisnął lekko spust. Wystrzał urwał głowę zjawie i upiór rozpłynął się w powietrzu, zmieniając w srebrzystą mgłę, która opadła na podłogę.
Spojrzał na zegarek. Nie było za późno, mała wskazówka dochodziła już do trójki, a duża była na jedenastce.
-Jeszcze nie jest za późno. Idę po ciebie, Kubuś.
* * *
-Więc komisja królewska oczekuje ode mnie pozbawienia życia niejakiego Kuby Rozpruwacza?- Zapytał Szuler rozkładając się w fotelu.
Pozostali goście królewskiego salonu siedzieli wyciągnięci jak struny. Oficerowie i urzędnicy Imperialnej Komisji Ochrony Bezpieczeństwa Wewnętrznego spoglądali po sobie oczekując odpowiedzi gościa na ich prośbę.
-Tak, ten maniak to zagrożenie dla porządku publicznego. Kilka morderstw udało się nam zatuszować, by nie wybuchła panika, ale kilka nakryli reporterzy i pozostałe działania wzięły w łeb. Nie ma wątpliwości, ta persona zasiała panikę w całym Londynie.
-Prawda, sam słyszałem co nieco.
-Zajmie się pan tym osobnikiem?
-Oczywiście, tylko co ja będę z tego miał.
-Sto tysięcy funtów w złocie, amnestię wszystkich poprzednich pana występków. Wiemy, że jest pan zapalonym graczem pokerowym i pojedynkowiczem. Ma pan ponoć silne powiązania z tajemniczą organizacją, tak zwaną Gildią Szulerów. Nieznane jest też pana źródło niebotycznych dochodów, jednak komisja przymknie oko na wszystkie te procedery.
-A skąd wiecie o moim zawodzie?
-Biskup Canterbury wspominał o świeckim łowcy duchów i najlepszym płatnym mordercy w całym imperium. W duchy komisja oczywiście nie wierzy, ale zainteresowała nas pańska kariera mściciela. Na nią także oczywiście przymkniemy oko, jeśli zgodzi się pan pracować dla korony.
-W takim razie jestem usatysfakcjonowany. Tutaj są wszystkie niezbędne wam dane-powiedział kładąc kopertę na stoliku.- Dziękuję panom- Szuler wstał i wyszedł na zatłoczone ulice Londynu.
Dżentelmeni, którzy pozostali w pomieszczeniu, odetchnęli głęboko.
-Niesamowity człowiek. Kiedy tylko jest w pomieszczeniu, czuje się jego energię. Dobrze, że mamy go po swojej stronie.
-On nie jest po niczyjej stronie- powiedział ponuro wąsaty oficer Scotland Yardu.
-Ale przecież się zgodził- zainteresował się urzędnik w zielonym surducie.
-To nic nie zmienia. Ludzi takich jak on interesują tylko pieniądze. Nasze społeczeństwo niestety stacza się ku takiemu ideałowi. Wzbogacić się za wszelką cenę, lub zginąć próbując. Ten człowiek wybrał najohydniejszą metodę zarabiania. Pozbawia ludzi życia- skrzywił się.
-Swoją drogą, to morderca doskonały. Nikt nie wie, jak się nazywa, gdzie mieszka, skąd jest, a pieniądze kazał wpłacić do kilku różnych banków rozrzuconych po całym Londynie- powiedział urzędnik przeglądając kartkę pozostawioną przez najemnika.
-W takim razie to będzie wyrównany pojedynek.
-Jak to?
-Tyle samo wiemy o Kubie Rozpruwaczu.
* * *
Szedł sprężystym krokiem przez pogrążony we śnie Londyn. Nie zwykł biegać. Ulic, całkowicie puste, zasłane mgłą i smogiem, rozświetlały nieśmiało gazowe latarnie. Skręcił obok podejrzanej speluny, przeszedł przez bramę do biednej, przemysłowej dzielnicy gigantycznego miasta. Obskurna, brudna i śmierdząca dzielnica kominów. Tutaj ludzie, którzy masowo napływali, by zatrudnić się w kolejnych powstających fabrykach, szukając ucieczki od nędzy prowincji stworzyli komunę londyńskiej nędzy. Nocą te ulice były najniebezpieczniejszym miejscem Londynu. Cuchnące ścieki płynęły środkiem ulicy. Szuler znał tą dzielnicę dobrze. Jego „klienci” często się tu ukrywali, więc odrażający śmierdzący potok nie robił na nim wrażenia.
Doszedł do zazwyczaj ruchliwej, teraz zupełnie pustej Henry’s Avenue. Pustej i całkowicie ciemnej. Wzdłuż drogi nie płonęła ani jedna gazowa latarnia. Wysokie kamienice skrywały w swych krużgankach miejsca doskonałe dla rabusiów i bandziorów wszelkiej kategorii, mimo to Szuler pewnie wszedł na wąski chodnik ciągnący się pomiędzy rzędami budynków. Zwolnił kroku i nasłuchiwał. Starał się kroczyć możliwie najciszej, jednak każdy kolejny ruch wydawał mu się głośny jak rozbicie srebrnej zastawy o gong. W końcu przystanął i wpatrując się w ciemność przed sobą nasłuchiwał. Zrobił jeszcze kilka kroków i przykleił się plecami do jednego z budynków, był pewny. W ślepym zaułku za jego plecami był Kuba.
Rozpracowanie sposobu działania Rozpruwacza i przewidzenie kolejnego miejsca ataku nie było trudne. Posiadał dane policyjne na temat ataków, tych o których wiedziała opinia publiczna, oraz tych zatuszowanych przez rząd. Wszystkich zbrodni dokonano na nieoświetlonych ulicach, w bezksiężycowe noce, w podejrzanych dzielnicach. Wszystkie morderstwa były między trzecią, a czwartą w nocy. Ofiarami były przypadkowo spotkanie kobiety. Henry’s Avenue było ostatnią nieoświetloną ulicą w tej części miasta. Była to ostatnia bezksiężycowa noc. Kuba musi tam być.
Wyskoczył błyskawicznie, z wyciągniętymi rewolwerami. Obydwa Colty były gotowe do strzelaniny.
* * *
-Jestem kontent, żeście przyszli panowie. Moje badania doprowadziły do kilku wniosków, z którymi chciałbym panów zapoznać. Sala konferencyjna komisariatu policji południowego Londynu była wypełniona szczelnie przez dżentelmenów, którzy w najgłębszej konspiracji przyszli wysłuchać raportu specjalnej grupy badającej serię tajemniczych mordów w dzielnicach na południu miasta. Byli tam naczelnik i kilku oficerów Scotland Yardu, jakiś naukowiec, kliku policjantów w cywilu i Szuler.
Siedział w kącie i sączył herbatę.
-Kuba rozpruwacz, to nie jest jedna osoba. To zorganizowana banda, której członkowie wyspecjalizowali się w wabieniu, mordowaniu, preparowaniu zwłok i zacieraniu śladów. Nie znam ich motywów, ale podejrzewam, ze to banda chorych psychicznie szaleńców, którzy za dnia mogą prowadzić normalne życie. Być może mają kogoś w policji, kto jest tutaj teraz i będzie mylił tropy i podsuwał spreparowane dane.
Wywód doktora Waltera wprowadził konsternacje na sali. Ludzie patrzyli po sobie jakby szukając wtyczki Kuby.
-Muszę się z panem nie zgodzić.
Wszystkie spojrzenia powędrowały ku jegomościowi w ciemnym surducie, który dopijał właśnie herbatę. Szuler, odłożył filiżankę, wstał i z wolna ruszył ku mówcy. Wszedł na środek dusznej salki, gdzie wszyscy go widzieli.
-Kuba rozpruwacz, to rzeczywiście nie jest jeden człowiek. Nie jest to też grupa ludzi. Kuba rozpruwacz to nawet nie człowiek. To wampir. Potwór, który grasuje po ulicach i szuka kolejnych ofiar. Atakuje w bezksiężycowe noce, kiedy może ukryć się w najgłębszym cieniu. Jest wybredny. Działa jednak w pojedynkę. Na nieoświetlonych ulicach, nocą jest mu łatwiej ujść policyjnej uwadze.
-Skąd takie absurdalne wnioski. Mogę poznać pańską godność?
-Komisja królewska upoważniła mnie do uczestniczenia w tej konferencji incognito. Tutaj są wasze dokumenty- powiedział wyjmując plik papierów z wewnętrznej kieszeni marynarki.
Konsternacja, jaką wywołał, była o niebo większa od tej, którą wywołały wyniki badań Waltera.
-Nie zależy mi, byście uwierzyli. Chciałem was po prostu wyprowadzić z błędu.
Ubrał się i wyszedł .
* * *
Na chodniku, w ślepym zaułku Henry’s Avenue leżało rozpostarte ciało kobiety. Nad nim pochylona była postać w kapeluszu z szerokim rondem, odziana w długi płaszcz. Od razu zauważyła Szulera. Wstała i odwróciła się wyjątkowo szybko. Była bardzo wysoka, przewyższała Szulera, który nie należał do osób niskich, niemal o głowę. Kapelusz zasłaniał twarz. Wampir sięgnął do kieszeni płaszcza, Szuler był szybki, niestety było całkowicie ciemno. Strzelił celując w ramię, jednak spudłował .Postać wyjęła brzytwę i szybkimi krokami zbliżała się do Szulera. Stał celując to w rękę to w głowę zbliżającego się kształtu, gdy wampir był wystarczająco blisko, by ciąć Szulera, ten wystrzelił. Tym razem nie chybił. Trafił wampira prosto w szponiastą dłoń, wybijając brzytwę.
-Tu cię mam- syknął pod nosem.
Postać złapała się za rozszarpaną rękę i staranowała Szulera. Zaparł się o mur, dzięki czemu nie upadł. Wampir był piekielnie szybki. Wybiegł na jezdnię i błyskawicznie oddalał się z miejsca, gdzie został przyłapany. Szuler nie zwykł biegać, jednak w zaistniałej sytuacji spacer wydał mu się nierozsądnym rozwiązaniem. Wybiegł za przeciwnikiem.
Pościg nie trwał długo. Wampir skręcał w kolejne uliczki. Chciał zmylić Szulera, albo gdzieś go zaciągnąć. W pewnym momencie cień majaczący cały czas gdzieś przed nim zniknął. Zatrzymał się i zaczął rozglądać gorączkowo w poszukiwaniu potencjalnej kryjówki uciekiniera. Nie mógł go teraz zgubić.
Po prawej stronie wznosił się budynek spalonego, opuszczonego sierocińca. Z braku jakichkolwiek innych możliwości postanowił poszukać Kuby w ruinach.
Wszedł do ogrodu przed budynkiem. Podszedł na ganek, drzwi były uchylone. Wampir musi być w środku. Teraz będzie miał wyborną okazję, by zabić Szulera.
Zbliżył twarz i nasłuchiwał oddechu, ruchu, czegokolwiek, co zdradziłoby obecność Kuby ukrytego za drzwiami. Nie usłyszał nic. Pchnął je pistoletem i odsunął się. Skrzypiąc przeraźliwie, drzwi zaprezentowały ciemne wnętrze. Nie czuł niczyjej obecności. Wiedział, że budynek nie ma drugiego wyjścia. Zresztą wampir nie będzie chciał go wypuścić z ruin żywego. Wszedł powoli, rozglądając się i nasłuchując. Podłoga skrzypiała niemiłosiernie. Po prawej stronie stało zakurzone lustro dla gości. Spojrzał w nie. Stał tam wysoki mężczyzna ubrany w szarawy płaszcz, z cylindrem w pasującym kolorze, na głowie. W wyciągniętych dłoniach miał dwa długie niemal na stopę rewolwery z polerowanej stali. Pociągła twarz wyrażała pełne skupienie, wodniste błękitne oczy lustrowały całe pomieszczenie odbijające się w gładkiej tafli. Przez całkowitą ciemność widział tylko niewyraźne kształty. Coś przykuło jego uwagę. Przybliżył twarz do lustra, za nim był również jakiś niewyraźny kształt. Przypominał… kapelusz z szerokim rondem.
-Jesteś skrajnie nieodpowiedzialny, szukając mnie w lustrze. Nie wiesz, że starsze upiory nie odbijają się w polerowanym szkle? -miał głęboki niski głos. Stał bardzo blisko Szulera, niemal mówił mu do ucha.
- Skąd wiedziałeś, że wiem, że jesteś wampirem?- odpowiedział nie odwracając się i opuszczając rewolwery.
-Bo cię śledziłem. Znam każdy twój ruch, herbaciarzu.
-Jakim cudem mnie śledziłeś, skoro poruszałem się zawsze w samo południe, a noce spędzałem w herbaciarni. Tam tacy jak ty nie maja wstępu.
-Przyznaję, nie było to łatwe zadanie, ale zabawa w kotka i myszkę urozmaicała mi czas w oczekiwaniu między jednym a drugim nowiem. Do teraz mam poparzoną dłoń, którą niechcący wystawiłem na światło słoneczne. A twoja herbaciarnia nie jest dostatecznie chroniona przed duchami, chociaż istoty cielesne rzeczywiście zatrzymasz na zewnątrz. Gratuluję sprytu.
Mówił spokojnie, z akcentem, którego Szuler nigdy wcześniej nie słyszał. Nie pochodził z Brytanii.
-Czyli ten kiepski hipnotyzer, to też twoja sprawka?
-Był najlepszym z najlepszych, miałem nadzieję, że się ciebie pozbędzie, albo chociaż zatrzyma na dłuższą chwilę.
-Nie miał na mnie pomysłu, poza tym już raz go zabiłem, więc bał się mnie tylko trochę mniej niż ciebie.
-Widać stara zasada „chcesz coś zrobić dobrze, to zrób to sam”, nadal działa.
-Nie inaczej.
Szuler intensywnie myślał. Specjalnie zaczął przeglądać się w lustrze, odsłonił plecy i czekał, aż wampir się pojawi. Nie musi chodzić za nim po całych ruinach. Pierwsza część planu była wykonana. Wampir pojawił się tak szybko, że drugiej części nie zdążył ułożyć
-Dlaczego polujesz po ulicach, zamiast jak na wampira przystało zapraszać ofiary do siebie?
-Nie ma już prawdziwych wampirów. Dawniej ofiary same do nas przychodziły. Byliśmy elitą, idolami, władcami. A teraz gdzie oni wszyscy się podziali? Od kiedy ten cały Van Helsing przeszedł po Europie, zniknęły wszystkie wielkie wampirze rody. Gdzie Tepesowie, gdzie rodzina Batorych, gdzie Byronowie? Z wielkich rodów pozostały tylko niedobitki.Wszyscy oni odeszli, zniknęli, zginęli. Świat ludzi dziczeje. Bez wampirów pozabijacie się nawzajem. I teraz pojawiłeś się jeszcze ty! Wszystkie wampiry Brytanii od jakiegoś czasu mówiły o niejakim herbaciarzu, najpodlejszym i najsprytniejszym z ludzi. Szumnie okrzyknięto cię następnym Van Helsingiem, ale dzisiaj twój terror się kończy. I zakończę go ja! Peter Plogojowitz, twórca nowego Wielkiego Rodu!
Szulerowi nie zostało nic. Zrobił najbardziej nieodpowiedzialną rzecz, jaka przyszła mu do głowy. Najbardziej nieodpowiedzialną i jedyną.
Odwrócił się na pięcie i chciał uderzyć Petera z całej siły w twarz. Wampir oczywiście uchylił się i z połów płaszcza wydobył skalpel. Szulerowi o to chodziło, drugim pistoletem strzelił w brzuch wampira. Pocisk trafił i raził potwora, który jednak obnażył kły i desperacko rzucił się próbując rozedrzeć szyję Szulerowi. Nie trafił, człowiek szczęśliwie uchylił się przed ciosem. Wampir upadł na podłogę, Szuler wystrzelił ponownie, jednak piekielnie szybki potwór zdążył uskoczyć. Stał teraz naprzeciwko łowcy i patrzył na niego z nienawiścią. Dyszał ciężko trzymając się na brzuch. Kapelusz spadł mu z głowy, skalpel leżał na podłodze. Teraz Szuler mógł dokładnie przyjrzeć się jego fizjonomii.
Miał głowę łysą jak kolano, słowiańskie rysy, ciemne oczy, szpiczaste uszy i haczykowaty nos. Obnażone kły sięgały do połowy brody. Skóra była blada i cienka jak papier. Jednym słowem, Peter wyglądał strasznie.
-Czym ty strzelasz, że nie mogę się zregenerować, a i boli jak cholera.
-Przetopione srebrne krzyżyki pierwszokomunijne dzieci z diecezji Canterbury. Nie ma istoty, która przetrzymałaby trafienie czymś takim bez szwanku. Tego samego używał Van Helsing.
Wampir ponownie rzucił się na człowieka i złapał go za kołnierz. Cisnął nim przez całe pomieszczenie. Szuler grzmotnął o poręcz krętych schodów prowadzących na wyższe piętra. Uderzenie wybiło mu powietrze z płuc. Wampir momentalnie był przy nim. Strzelił na oślep, trafił w sufit, kula zrykoszetowała, a przeciwnik, nie chcąc ponownie zostać trafionym mocarnym pociskiem, odsunął się gwałtownie. Człowiek wstał, bestia była już przy nim, i kiedy ten podniósł dłoń, by wystrzelić mu z głowę, rzuciła się i wgryzła głęboko w lewą rękę.
Szuler wrzasnął i drugim pistoletem strzelił w szyję przeciwnika, co odrzuciło go kawałek. Stracił czucie w dłoni, po której płynęła krew z rozszarpanej żyły. Mocno krwawił. Przeciwnik leżał na posadzce bez życia.
Szuler usiłował zatamować jakoś krwotok. Wampira miał w prawdzie z głowy, jednak szybko tracił krew i może stracić rękę, o ile już jej nie stracił. Zdjął krawat i zawiązał na ranie. Schował pistolet, drugi trzymał cały czas w pogotowiu. Teraz najtrudniejsze. Pogrzebał w kieszeniach marynarki i wydobył osikowy kołek i żelazny gwóźdź . Powoli podszedł do ciała opartego o ścianę. Po prawej stronie szyi ział otwór, w który można by było zmieścić pięść. Niezgrabnie przytknął gwóźdź do czoła Petera i zamierzył się, by wbić go pistoletem, który trzymał za lufę.
Wampir otworzył szeroko oczy i złapał za rewolwer. Poparzył się dotkliwie srebrnym okuciem kolby, ale pociągnął za spust. Kula trafiła Szulera w nogę. Wampir zakrztusił się własną krwią i odrzucił pistolet. Oparł się ponownie o ścianę i dyszał.
-Udało ci się. Wygrałeś- wycharczał ostatkiem sił.
Szuler dostał w udo. Krwawił mocno. Obawiał się postrzału w tętnicę. Odsunął się od potwora i oparł o poręcz schodów. Siedzieli naprzeciwko siebie. Rozdarł marynarkę, którą zawiązał nad raną na udzie i poprawił krawat na ręce.
Wampir ponownie uniósł głowę.
-Jeszcze nadejdą takie czasy, że ludzie znów pokochają wampiry. Muszą zdać sobie najpierw sprawę, że nas potrzebują. O ile nie wybiją się wcześniej między sobą. Ludzkość zawsze potrzebowała krwiopijców nad sobą. Samo sobie nie poradzą… Wampiry powrócą- majaczył uśmiechnięty, kiedy Szuler przewracał go na plecy i wbijał osikowy kołek w serce.
-Powrócą… pokochacie… nigdy nie będą takie same… Zginał ostatni prawdziwy…
Szuler skończył wbijać kołek i jednym uderzeniem wbił gwóźdź w czaszkę Petera.
Podniósł się ciężko, stękając. Otarł zakrwawionym rękawem pot z czoła.
-Byłeś godnym przeciwnikiem, żegnaj wampirze.
Schował pistolet do marynarki.
Zaczynało świtać, ludzie idący do fabryk na pierwszą zmianę budzili się w domach. Opierając się o mury kamienic, Szuler człapał ku herbaciarni.