sobota, 31 lipca 2010

Sierpniowo!

W końcu w końcu w końcu!
Przyszedł ukochany miesiąc. Koniec upałów, koniec ukropu, witaj rześki poranku i przyjemna nocko! Witajcie wyjazdy, namioty i co tylko!
Pogoda się poprawiła na taką jaka ma być. Jestem cały happy i wczoraj sobie pokorzystałem z okazji wyjazdu. 47 kuźwa kilometrów. Trasa szalona, turingowy(?) rower wygodny, sakwy cholernie ciężkie, podjazdy strome, Kuba marudny. Jedlicze-Zręcin-Hajdasz-Żeglce-Chorkówka-Kobylany-Sulistrowa- zmiana dętki-Sulistrowa rodzina i szynka z bułką-Kobylany-Chorkówka-Zręcin-Jedlicze. Widoki były zajebiste pogoda dopisała i warto było, każdy chętny na podobnie lub mniej makabryczne eskapady może walić jak w dym. Z nowości, to założyłem sobie Lasta. Mam go co prawda od ponad roku, ale leżał nieużywany nazywam sie jakże zadziwiająco BadRedDevil. No co? Pierwsze co mi wpadło do głowy oglądając Hellsinga i czytając że "Nick: Syzmon jest już zajęty".
Straciłem całą muzykę. Całą, nie dwie płyty, nie pięć. 13 kurwa giga. I tak z 19 płyt Kamelot zostało 19 piosenek, jedna płyta Systemu, na chomiku ostała się Dalriada, z 7 płyt ZZ top uzbierałem po komórkach i mp3 i 4 15 kawałków. Pogrom 1300coś piosenek poszło się srać. "Dlaczego" zapytacie. Już mówię, ojciec zainstalował Kiesa (program do obsługi dotykowego Samsunga) w c\docs and settings\moje dokumenty. Po czym odinstalował to cholerstwo z całą zawartością, czyli muzyką, książkami, opowiadaniami, obrazkami i sejvami gier.
Wpuścili mnie do samochodu! Jeździłem po rafineryjnym parkingu i zgadnijcie co! JEstem cały i zdrowy, Peżot nie zmienił sie w pędzącą kulę ognia i kilka razy mi zgasł, ale zabawa była przednia. Top Gear, strzeżcie się! Nadchodzi nowy Stig.
Oglądam nałogowo Top Gear, wszystkie serie, doszedłem do współcześnie emitowanej na BBC 15 serii. Jest boska! Przy okazji oglądam Doctor Who, najdoskonalszy serial wszech czasów. Niskobudżetowe efekty specjalne, niesamowita fabuła, doskonała gra aktorów i świetny świat przedstawiony. To wszystko plus wieloletni staż serialu (1966-2010 i dłużej) czynią z niego jeden z najlepszych tytułów, jakie widziałem ever!

Skrótowo przedstawiłem okres kiedy nic nie pisałem, obszerniejsza fotorelacja z 47 kilometrowej eskapady już wkrótce.


środa, 14 lipca 2010

Pod Lupą: Ani Mru Mru

Z racji faktu, że są wakacje postanowiłem coś napisać, a że nie mam za bardzo pomysłu na jakieś co bardziej ambitne opowiadanie zacznę recenzować coś na czym znam się chyba najlepiej... Kabarety. Dużo już w swoim życiu widziałem, wiele skeczy niemal na pamięć i pora podzielić się uwagami i spostrzeżeniami na temat tej akurat dziedziny kultury. Oceniał będę Imidż, sedno czyli rodzaj humoru, wykonanie, oraz inne elementy wpływające na odbiór kabaretu.

Moje recenzowanie postanowiłem zacząć od kabaretu, od którego moje zainteresowanie polską sceną kabaretową się zaczęło. Kabaret Ani Mru Mru, pochodzą z Lublina (mojego ulubionego miasta), a tworzą go Michał Wójcik, Marcin wójcik (to nie bracia!) i Waldemar Wilkołek. Grupa działa nieprzerwanie od roku 1999.

Imidż: Standardowe białe koszule i ciemne długie spodnie. W skeczach bardzo tematycznych zakładają bardziej tematyczne stroje, ale "na codzień" idealna prostota i charakterystyczny wygląd. Ich występy nie wymagają zwyczajnie niczego ponad to. Nawet przebierając się za króla albo alibabe zachowują koszulę i spodnie 9/10

Humor: Nie bez przyczyny są laureatami PaKi z 2001 i wielu innych prestiżowych nagród. Prezentują humor sytuacyjny, przedstawiający prosty komizm słowny, doprawiany znakomita pantomimą Michała. W skeczach bezbłędnie wykorzystują swój wygląd- śmieją się z nadwagi Waldka, komentują rurkowaty kształt Michała. W scenkach przedstawiają ludzi zwyczajnych, prostych i nie maja ulubionej grupy społecznej, którą chętnie parodiują. Można tam zaliczyć ewentualnie obcokrajowców, ale wymaga tego komizm słowa (nieporozumienia i niedomówienia) . Humor zdecydowanie lekki, serwowany widzowi w formie przystępnej, nad którą widz nie musi się zastanawiać. Brakuje jednak kochanego sarkazmu zastąpionego w grupie niezwykle przerysowanym suchym humorem sygnalizowanym nerwowym śmiechem. 13/15
Wykonanie: Panowie z Lublina w swoich skeczach są bezbłędni. Gdy trzeba improwizują, korzystają z muzyki, czasem z oświetlenia, ale pozostają przy nieskomplikowanej formie. Co cieszy, panowie mają w swym repertuarze świetne piosenki własnego autorstwa. 5/5

Inne: AMM często współpracują z innymi artystami kabaretowymi np. Robertem Górskim. Ciekawa jest sama nazwa wyróżniająca się prostotą ponad wymyślne i skomplikowane nieraz nazwy innych grup kabaretowych. Od ani mru mru dosłownie emanuje prosty i zabawny za razem humor.10/10

Ani Mru Mru są zdecydowanie jednym z najlepszych kabaretów naszej rodzimej sceny kabaretowej. Serwują lekki i przyjemny humor, bez potrzeby podawania go wymyślną scenografią czy nachalnym zachowaniem (włażeniem na widownię). Bezbłędne piosenki i trafne uwagi dotyczące zachować obcokrajowców, a do tego duży dystans do siebie samych. Moim zdaniem grupa za jakiś czas będzie legendarna a ich styl nie do podrobienia.
36/40



Polecam:
"Alibaba i 40 rozbójników" AMM+Górski
"Inwazja"
"Nurkowanie"
"Maciek i smok"
"Klinika uzależnień"

niedziela, 11 lipca 2010

I don't know how to say sorry, so I'll kill you

Przeprosiłem się z rybami. Pierwszy raz od ponad roku otworzyłem pradawny plecak zua i tajemnic, wydobyłem haczyki, żyłki, spławiki etc. Odkurzyłem wędki wiszące w garażu, naoliwiłem kołowrotek i przygotowałem całe to dziadostwo. Starszy przygotował ciasto, nakupił przynęt i zanęt .
Nad wodą było nieco chłodniej, więc pierwszy raz od dłuższego czasu założyłem bojówki, glaniacze i spadochroniarke. Jeszcze tylko arafatka i wyglądam jak jakiś pieprzony izraelski wojownik o wolność.
Zaczęło się około 8. Wędki zarzucone, siedzimy na "naszym miejscu". Obok rozłożyli swoje wędki strażnicy pilnujący całości zalewu i przestrzegania regulaminu. Nocne łowienie na zalewie wydaje się świętem okolicznych wędkarzy. Słońce powoli chyli się ku zachodowi, kiedy spławik nieruchomo wystający nad wodę dalej wystaje. W jednej chwili bombka wisząca pod wędką obok leci w górę, zaraz pod "kija". Ojciec niczym rewolwerowiec podnosi 4 metrowy kij pod same oczy i zawzięcie kręci kołowrotkiem. Po kilku minutach jest już po wszystkim. Karp (42cm) tkwi w klaustrofobicznej siatce przy brzegu. Nie mija dłuższa chwila i słońce chowa się za lasami a na niebie pojawiają się pierwsze gwiazdy. Pół godziny ciszy przerywają jedynie delikatne drgnięcia bombki pod wędką. Przychodzi jakiś stary znajomy ojca. Zasiada obok nas i przy przyjemnej przerywanej zerknięciami na spławik rozmowie mija nam czas.
"Karol spławik!" mówi koleś pokazując na nieruchomy dotąd kawałek plastiku wystający z wody. Ojciec akurat zakładał coś na drugą wędkę i tylko jedną ręką poderwał super-lekką i super-giętką węglówkę. W tym momencie wkroczyłem ja! Przejąłem wędkę i podholowałem rybę na brzeg. Wędka wygięła się w pałąk, kiedy Karp (58cm) odbił od brzegu i postanowił zostać w wodzie. Odrobina spokoju, chwila czekania i zmęczona ryba na drugim końcu żyłki uspokoiła się. Wyciągamy ją na brzeg i szukamy haczyka. Nie ma! "Co sama przypłynęła?" pyta koleś. Jest haczyk, mocno tkwi wbity w ... brzuch? Tak, karp sunąc po dnie musiał zahaczyć się i pociągnąć spławik. Pominę żenujący fragment kiedy to trzymana ryba nie wiem jakim cudem wyślizgnęła się nam do wody...
Na niebie pojawiły się już wszystkie gwiazdy, a jedynie migotliwe światełko świeczki oświetlającej bombkę było urozmaiceniem ciemności. Nad takimi właśnie świeczuszkami tkwiły nieruchome katatoniczne sylwetki wędkarzy wpatrujących się we wodę. Spławik wypełniła świecąca w ciemności pałeczka, która pokazywała gdzie jest. Taki świecący na zielono punkcik potrafi być naprawdę hipnotyzujący. Nagle światełko majaczące obok naszego znika, po czym następuje plusk i wściekły, połączony ze zdziwieniem i przekleństwem okrzyk jednego ze strażników, którzy swoją drogą urządzili sobie niezłą imprezę i ledwo trzymali się na nogach. Ryba porwała wędkę. Koleś poszedł koło 12, więc od godziny siedzieliśmy z tatą sami, a że Adamowi wpadła wędka, to poszedł pomóc. Zostałem z wędkami sam. I stało sie to co sie miało stać. Bombka poszła w górę i miałem rybę na końcu żyłki. Świetna zabawa, kiedy toczy się nierówną walkę z karpikiem błądzącym gdzieś po dnie. Po chwili leżał już na brzegu. Limit przewidywał co prawda tylko jednego karpia, ale ryby nie mają głosu, a ogłuszone glanem, włożone do worka po czym do sakwy przy rowerze, tym bardziej.
Następne branie i następny karp. Tym razem nieco mniejszy. "Masz Waldek, weź go sobie, bo widzę, ze nic nie nałowisz" "Dzięki Karol"
Ostatnie branie. Bombka aż zagrzechotała uderzając w kija. Ojciec ciągnął amura (69cm) pod sam brzeg, by wylądował w trzymanym przeze mnie podbieraku. Najwięksa ryba wieczoru trafiła do siatki, a po kilkuminutowej naradzie stwierdziliśmy, że z kompletem ryb można już wracać. Grzecznie się pożegnaliśmy i do domu.
Świetny wieczór, spędzony w czysto męskim gronie wypełniony lekkimi, niewyszukanymi żartami i skonsternowanym wgapianiem się w spławik. Świetna zabawa. natchniony tym wieczorem zaczynam mój sezon wędkarski.

piątek, 9 lipca 2010

RPG czyli ubijmy smoka!

Moja przygoda z grami fabularnymi zaczęła się stosunkowo niedawno , bo w listopadzie Anno Domini 2008 na Falkonie. Był to przy okazji mój pierwszy konwent. Z fantastyką bawię się już o wiele dłużej. Konwent jak to konwent bawi, uczy i natycha(?) do rozwijania swojej pasji. Poznałem świetnych ludzi i dobrze zachodzę się z nimi do dziś, ale nie o tym chciałem pisać.
Chodziło mi raczej o pokazanie fajności gier fabularnych. Zacznę jednak od początku. Gra fabularna, RPG (z angielskości role playing game) to gra towarzyska, nie komputerowa, więc obcuje się z ludźmi. Każda sesja RPG, czyli rozgrywka polega na odgrywaniu swojej postaci w jakimś uniwersuum. Spotyka się całe spektrum światów, poza oklepanymi Warhammerem, światem Wiedźmina, Śródziemiem, czyli światami czysto fantasy spotyka sie każdy w praktyce rodzaj świata. Mroczny świat plemion północy w "Poza Czasem", ryjący psychikę, arcyklimatyczny, skrajnie mroczny świat "Wampira Maskarady", Postapokaliptyczny świat "Neuroshimy" , Kosmos z perspektywy czterdziestego pierwszego stulecia w "Warhammerze 40 000", świat pary, pojedynków i skomplikowanych machin rodem z "Wojny światów" w polskim "Wolsungu" . Spotkałem się nawet z sesją, gdzie gracze wcielali się w gumisie, no ale... jak kto lubi.
Jednoznacznie obowiązkowym i nieodłącznym elementem każdej rozgrywanej sesji jest Mistrz Gry. Osoba opowiadająca historię, której gracze są integralną częścią mającą bezpośredni wpływ na wydarzenia. Jest oczami, uszami i wszystkimi zmysłami gracza. Odgrywa także postaci niezależne, czyli część świata, w którym toczy się akcja gry.Oraz oczywiście sami gracze, skrępowani jedynie swoją wyobraźnią, a ta (sam wiem z doświadczenia) potrafi zaskoczyć nawet najwytrawniejszego Mistrza Gry.
Rozgrywka polega na kolejnych akcjach wykonywanych przez graczy, mogą to być walki, gwałty, rozmowy, rozwiązywanie zagadek, eksploracja świata, oraz ogólne omijanie kłód rzucanych pod nogi przez MG.
Co najbardziej wciąga mnie w sesje RPG? Klimat. Klimat klimat i jeszcze raz klimat. Poprawnie zbudowany przez historię, muzykę sączącą się w tle z telefonu, oraz ogólny wygląd miejsca gry ( wszędobylska ciemność, świece) daje większe wrażenia niż najlepszy film. Dobry MG potrafi na swojej sesji przerazić graczy, zaintrygować ich , albo rozbawić w odpowiednim momencie. Oczywiście jak w każdej grze towarzyskiej nie obejdzie się bez masy śmiechu.

Reasumując kocham RPG za to że:
-pozwala wcielić się w bohatera z każdego wymarzonego świata jaki tylko jesteśmy w stanie sobie wyobrazić
-daje radość tworzenia historii własnej postaci, rozwijania jej i kierowania jej poczynaniami
-daje możliwość RPG (rąbania, palenia, gwałcenia)
-świetnie zbliża do siebie graczy
-daje okazje do wysilenia szarych komórek
-dzięki swojemu klimatowi tworzy świetną atmosferę do wspólnej zabawy
-jest po prostu świetną zabawą dla każdego kto lubi fantastykę i nie tylko

Nie jest to rozrywka skierowana do każdego, ma swoje spore grono odbiorców. Wymaga jednak sporej dawki logicznego myślenia, czasu i oczywiście jakichkolwiek chęci do zabawy.
Jeśli macie jakiekolwiek pytania, postaram sie na nie odpowiedzieć i nie pozostaje mi nic innego jak tylko zaprosić do gry.

Syzmon i wielki kubek mrożonej earl grey.