wtorek, 25 maja 2010

White power czyli o nietolerancji.

"Co zrobić gdy po podwórku biega murzyn bez połowy twarzy? Przestać się śmiać i przeładować"


Jeden z przykładów rasistowskich kawałów. Świetny czarny humor. Jednak gdzie tu jakikolwiek sens, czy logika.
Nie jestem uprzedzony do ludzi czarnych, żółtych, czerwonych czy kolorowych. Kolor skóry nie jest żadnym determinantem bycia dobrym, czy złym. Fajnym czy niefajnym. Kolor skóry nie oznacza nigdy przekonań, czyli właściwej osobowości człowieka. Można nie lubić pewnych typów osobowości, jak pyszałki, typy "po trupach do celu" i ludzie jotpe! Nie można,generalizować "każdy czarny to brudas", "każdy Korczyniak to złodziej" itp.

"Czym różni się Żyd od trampoliny? Po trampolinie nie skaczesz w glanach"

Kolejną grupą, która doczekała się miana ogólnie poniżanej są Żydzi. Pomijając kwestie religijne,bo to w co człowiek wierzy to ostatnie co powinno być przyczyną jakichkolwiek uprzedzeń. Żydzi powszechnie nienawidzeni za... właściwie za co? Dalej za ukrzyżowanie Jezusa? Za uciskanie palestyńczyków. Jest to jakiś powód, fakt. Ale ta wojna trwa od zawsze, a dużo gorzej uciskani są Tybetańczycy przez Chińczyków. Każdy chory system prowadzi do patologii. To , że centusie , to że skąpcy, no cóż ich religia nie zabrania im obracania pieniędzmi. Dlaczego tępieni w środowiskach, dla których Palestyna to słowo tak rzadkie jak Słownik? Nie mam pojęcia.

"Tato chce mi się kupe! W kuchni jest, idź sobie ukroić"

Cyganie i kończy się kolorowy hipisowski wpis o tolerancji. O ile nie mam żadnych innych uprzedzeń rasowych, klasowych, religijnych , o tyle obecności typowego Roma w moim otoczeniu nie zdzierżę. Wśród każdej w wyżej wymienionych nacji(?) grup(?) zdarzają się ludzie fajni, ciekawi, ale także kompletne chamy. Ludzie wychowani po cygańsku, Romowie, to z reguły brudasy, niewychowane, niecywilizowane indywiduła o zakazanych obliczach i trupim swądzie. Nie są to puste frazesy, a wszystkie sytuacje znam z autopsji. Mam pecha mieszkać nieopodal gniazda i często widuję ich pod sklepem, na przystanku i ogólnie w okolicy. Czasem przychodzą żebrać pod dom, kończy się to trzaśnięciem drzwiami. Ogólnie chodzi o to, że nie lubię ludzi o zaniżonym standardzie higienicznym , czyli śmierdzących. Jednak jeśli doda się do tego podły charakter i brak jakiejkolwiek kultury i manier, otrzyma się mieszankę wybuchową.

"Komóreczka i kasa, albo kosa w płuca!"

Moja ostatnia i ulubioną grupą jest dresiarstwo. Otóż przedstawiciele folkloru blokowego lub popularnie nazywana w psychologii "subkultura debilizmu" jest najbardziej durną, i najgroźniejszą z opisanych w tej notce . Żywią niechęć do wszystkich wyżej wymienionych grup, łącznie z członkami swojej, mają bogaty podział na kiboli każdej drużyny. Podział skomplikowany i rządzący sie surowymi prawami. Typowe dresiarstwo to doborowy kwiat młodzieży JP. To zastępy z pod stadionów. Ludzie bez wyobraźni, nie kierujący sie jakąkolwiek logiką. Grupa nietypowa, ze względu na jej zróżnicowanie i spory wewnętrzne. Skomplikowany system sympatii i antagonizmów między drużynami wymaga ciągłego rewidowania tej wiedzy ustawkami. Grupa ta mnie bawi. Odpycha i bawi.




Ostatecznie jest to może generalizowanie, którego ja nie trawię , bo w końcu może trafić się fajny murzyn i hojny Żyd, bo rozgarnięty dres to zbyt duża abstrakcja, ale sam fakt nienawiści rasowo-religijnych z powodów logicznie nie uzasadnionych dziwi mnie niezmiernie i irytuje. Nienawiść jest odruchem tak normalnym jak sympatia, ale dozowana w nieodpowiednim kierunku i w nieodpowiednich ilościach jest żenująca.

niedziela, 16 maja 2010

Inżynieria ekstremalna.

Za oknem szaro, ściana wody leje się z nieba, jak z wiadra. Ziemia nie daje już rady przyjmować takich ilości wody i powstają kałuże, wielkie i głębokie. A ja siedzę nieszczęsny przy komputerze, piszę (pomysły na pisanie wróciły!!!) raczę się kolejną już herbatą (uzupełniłem zapasy) i jestem złu na cały świat przez pogodę. Pomyślałem "Tak być nie może!" Chwyciłem wiatrówkę i wybiegłem przed dom. Postrzelać. Wróciłem po minucie, nawet nie dałem rady rozstawić hamulca do śrutu...
Wyschnąłem i tym razem postanowiłem rzucić się na strych. Zimno, ciemnawo i centymetrowa warstwa kurzu przemawiały za tym, żeby wracać do siebie, siedzieć przed kompem, pisać i pić herbatę.
Odległość nie stanowiła problemu. Strych ma prawie 12 metrów szerokości i jest tam spory nie zagracony kawałek wolnej przestrzeni. Problemem był fakt, że nie dochodzi tam światło jedynej dychawicznej żarówki . Okna prawie nie dają światła, a wpuszczają tylko chłód z pola. Przytargałem z garaży halogenówkę. Niemal oślepia, a tarcza jest tak wyraźna jak murzyn na zebraniu Ku Klux Klanu. Kolejnym problemem był hamulec na śrut. Po szybkich testach, najlepszym amortyzatorem okazał się (zupełnie przypadkiem) plusz z miśków. Na szczęście mam tam puchatych przyjaciół z dzieciństwa, w końcu się przydadzą do czegoś. Łapią pociski. Dziwne wydało się to, że wszystkie deski na strychu są tak twarde, że śrut odbija się od nich i wraca do mnie. Jeden trafił mnie nawet w bark. Ostatni problem stanowiło stanowisko do strzelania. Znalazłem jakiś stary dywan , położyłem na nim karimatę i ułożyłem się wygodnie. Cel: tarcza, za nią misiek, za miśkiem decha. Trafić w tarczę, albo najwyżej w miśka, bo trafienie deski odczuję boleśnie.
Strasznie tam zimno, ale zabawa jest przednia. Można strzelać tylko leżąc i raz prawie rozbiłem okienko, ale warto! Deszczowa nudo. Pieprz się!

środa, 12 maja 2010

Niż twórczy...

Dni ostatnio mijają wolno i spokojnie. Człowiek delektuje się lenistwem. Całkowita blokada twórcza i brak jakichkolwiek sensownych pomysłów skutecznie uniemożliwia mi pisanie, co wprawia mnie w podły humor. Muszę dorwać jakąś dobrą książkę, przymierzam się do "Samozwańca" albo "Bohuna" Komudy. Okres ciekawy, wartka akcja i ogólnie dobre pisanie. Brak kasy pogarsza samopoczucie. Przynajmniej słońce świeci. Bez pomysłów na cokolwiek czuję się jak bez ręki. A najgorsze jest to, że nie wiem co zaprząta mój umysł, a raczej podświadomość tak, że nawet nie wpadają mi do głowy głupie pomysły? Nie ma co zanudzać dalej tą pesymistyczną notką. Paa

Hibiskus mi się skoczył! Sencha mi się skończyła! Earl Grey zostało na dwa dni! Umrę na brak herbaty w organizmie! Możliwe zatem , że to było moje pożegnanie

poniedziałek, 3 maja 2010

Czechosłowacka Pralka

Pies Wojny nie jest jeszcze w dostatecznym stopniu skończony, więc oto Czechosłowacka pralka.




Dziedziniec jednej z krośnieńskich kamienic rozświetliły reflektory; światło padało na drzwi klatki schodowej numer trzy. Po chwili na placu pojawiła się odpowiedzialna za zmącenie sennej ciszy, bucząca basowo niebieska wołga, do której należały światła
Z klatki schodowej wychyliła się głowa mężczyzny o pociągłej twarzy i przestraszonym pojrzeniu. Z samochodu wysiadło dwóch mężczyzn w garniturach, jak przystało na ochroniarzy, o wymiarach standardowo 2x2. Jeden z nich otworzył drzwi trzeciemu delikwentowi. Ubrany w długi płaszcz jegomość wygramolił się z samochodu. Gospodarz gestem zaprosił pozostałych do środka.
- Dobry wieczór panowie - powiedział zdartym, przepitym głosem.
- Dobry, dobry…
Jeden z ochroniarzy szychy stanął przed drzwiami do kamienicy i zapalił papierosa.
-Pan nie idzie? – zapytał zdumiony gospodarz.
-Nie, nie idzie – odpowiedział szybko dziany właściciel Wołgi.
Biznesmen zmierzył spojrzeniem chudzielca. Ubrany był w wysłużony dres i stare skórzane buty. Drżącą dłonią sięgnął po klucz do kieszeni bluzy. Do zamka kłódki przy drzwiach od piwnicy trafił dopiero za trzecim razem, po czym chwilę zajęło mu przekręcenie kluczyka tak, by nie złamać go, a przy okazji i kłódka została w całości. Ciche szczęknięcie i jako pierwszy wkroczył do piwnicy, zapraszając gestem pozostałych.
W środku było dosyć chłodno, wszędzie unosił się zapach zaczynów, alkoholu, smaru oraz starych warzyw i owoców. Musieli kilka razy skręcać, by dotrzeć do odpowiedniego pomieszczenia i o ile mężczyzna w dresie szedł bez problemów w egipskich ciemnościach, to ochroniarz przyświecał sobie i szefowi latarką rodzimej produkcji, która albo dawała tyle światła co przygaszona świeca, albo wręcz oślepiała idącego przed nimi człowieczka w dresie, bo wszystko zależało od ustawienia styków i żarówki względem siebie.
* * *
Jakub Trzaskalski jechał swoim BMW r24, rocznik 1950 . Doskonale zachowana maszyna niosła płatnego mordercę przez śpiące ulice Krosna. Minął już budynek szkoły nr1 i wybierał się w kierunku rynku, gdy zobaczył niebieską wołgę skręcającą do bramy jednej z kamienic. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w tej samej kamienicy mieszkał szmugler o wątpliwej reputacji, za to świetnych osiągnięciach.
Osiągnięcia wymagały co prawda dopingu w formie lufy pistoletu przyłożonego do skroni, ale liczą się efekty. Szmugler leżał teraz ponoć w szpitalu pod Kaliszem, do domu wracał za jakiś tydzień.
Po drugie co tak luksusowa limuzyna mogła robić w takiej dziurze o drugiej w nocy.
Przyśpieszył by załatwić swoje sprawy na rynku, ale postanowił wrócić potem i sprawdzić tą wołgę. Coś tu śmierdziało.
***
Stanęli przed odpowiednim pomieszczeniem. Szczurkowaty tym razem bez problemów przekręcił klucz w kłódce i odciągnął zasuwę .Jeszcze tylko lekkie szarpnięcie i drzwi otworzyły się. Zmyślny mechanizm równocześnie z otwarciem drzwi zaświecił migotliwe światło i włączył dychawiczne czechosłowackie radio, z którego wydobywały się dźwięki ostatnich opolskich szlagierów.
- Zapomniałem spytać o nazwisko.
- Korczyk, Jan
- Miło mi, Iglicki Stanisław- odpowiedział szczurkowaty w dresie, energicznie potrząsając prawicą gościa. Sięgnął do ściany i odsunął obluzowaną cegłę, zza której wyjął pół litry.
- No. To tak na zapoznanie - oznajmił nalewając sobie i Korczykowi - A pan pije?
- Nie - powiedział szybko Jan – pan prowadzi.
Ochroniarz odetchnął tylko i szepnął coś pod nosem, po czym zajął miejsce przed wejściem do chłodnej piwnicy.
Na pierwszy rzut oka piwnica podobna do każdej innej, zawalone różnymi rupieciami przykrytymi prześcieradłami pomieszczenie. Dosyć spore, jak na zwykłą piwniczkę w starej kamienicy.
Wypili po jednym.
- No to panie Janku, przejdźmy może do interesów.
Szybkim ruchem zdjął prześcieradło z najbliżej stojącego pudła. Zrobił to tak sprawnie, że musztardówki i butelka stojące na nim stały niewzruszone. Dziwny człowiek. Na pierwszy rzut oka menel najgorszej kategorii, a po kielichu sztukmistrz rodem z moskiewskiego cyrku. To mogłoby tłumaczyć ślady butów na suficie.
- Nowiutka, prosto z Czechosłowacji.
Pod zręcznie zdjętym prześcieradłem znajdowało się nigdy nie otwierane kartonowe opakowanie czechosłowackiej pralki Tamat 500.
***
Jakub zajechał bez świateł na dziedziniec. W oczy rzucił mu się kafar w skrojonym doskonale garniturze stojący pod drzwiami. „No zabije szczurowatego!”, przemknęło mu tylko przez myśl. Powoli podjechał pod jeden z garaży . Łyknął sobie dla odrobiny animuszu; jak przed każdą akcją jugosłowiański samogon grzał bebechy aż miło. Przetarł usta wierzchem rękawa i ruszył ku ochroniarzowi Jana.
- Szuka pan czegoś? - zagadnął kafar.
- Powiedzmy - odpowiedział Jakub i błyskawicznie uderzył w splot słoneczny.
Trafiony padł na ziemie krztusząc się powietrzem, równocześnie kolbą wyjętego pistoletu trafił w drzwi dając sygnał drugiemu gorylowi. Oberwawszy tą sama kolbą padł ogłuszony, a Jakub zapalając papierosa, wszedł powoli do ciemnych piwnic krośnieńskiej kamienicy.
***
Głuche łupnięcie za drzwiami oderwało Korczyka od przeglądania instrukcji. Iglicki szybko zasłonił pralkę, po uprzednim uniesieniu butelki i szklanek. Zrobił to równocześnie pokazując Janowi wysłużoną kanapę w rogu. Szmugler nie przestanie go zadziwiać.
Usiedli pośpiesznie, kiedy zza drzwi z hukiem wpadł ledwo stojący na nogach ochroniarz Jana.
- Stuk puk!-krzyknał ktoś zza wyłamanych drzwi.
Do pomieszczenia wszedł wysoki mężczyzna. Wokół jego twarzy unosiły się kłęby dymu pochodzącego z papierosa wetkniętego w kącik ust. Papieros tlił się ledwie, nie posiłkowany żadnymi akcjami ze strony właściciela. Błękitne wodniste oczy zlustrowały piwnicę. Gość ubrany był w przetartą skórzaną kurtkę i równie przetarte Texasy z pod których wystawały ciężkie motocyklowe buty rodem z amerykańskich filmów.
- Dobry wieczór.
Siedzący skłonili się lekko. Jan nie znał przybysza. Stanisław wręcz przeciwnie .
- Przechodziłem obok i postanowiłem wpaść. Nalej mi też.
Igliczki pośpiesznie podał mu swój kieliszek.
- Przechodziłeś o 3 w nocy?
Spojrzenie przybysza kazało się zamknąć Janowi.
- Lubię nocne przejażdżki. Słyszałem że ostatnio cienko ci idzie, Stasiu. Ten potworny wypadek pod Kaliszem jak wracałeś z Czechosłowacji. Nic ci nie jest?
- Nie, nie jak widać - spuścił oczy.
- To świetnie, ale samochód nadawał się tylko do kasacji jak spadł z tej skarpy pod Kaliszem, nie Stasiu?
- No, tylko do kasacji.
- A tu co masz?- zapytał wskazując na masę pudeł zakrytych prześcieradłami.
- Aaa, takie tam graty.
Gość uchylił lekko najbliższe prześcieradło.
- Marnujesz nowiutką czechosłowacką pralkę w piwnicy?
Wstał i podszedł do dalszych pudeł. Przeszedł się po piwnicy zaglądając pod prześcieradła.
- Stasiu. Nie wiem komu wszedłeś w dupę, ale tyle sprzętu to w jednym miesiącu w fabryce nie wyprodukują. Suszarki, pralki, farelki, telewizory. Gdyby to trafiło na targowicę to zostałbyś okrzyknięty bohaterem, dostałbyś medal, ba nawet dwa! Chodziłbyś jak paw, albo ci tam ze wschodu.
- Kim pan w ogóle jest? -nie wytrzymał Jan.
- Czy mi się wydaje, czy z tobą nie rozmawiam? - krzyknął rozzłoszczony Jakub.
Korczyk postanowił więc kontemplować czubki swoich butów.
- Stasiu. Mam dla ciebie złą wiadomość - wrócił do swojego normalnego spokojnego i opanowanego tonu- jest tak: pan Wojarski nie lubi, kiedy ktoś nie dotrzymuje umowy. Ale widzisz Stasiu, pan Wojarski rozumie takie sprawy jak wypadki, współczuje. Mam dla ciebie nawet czekoladę jakbym znalazł cię w łóżku. Ale nie! Nie, ty nie potrafisz docenić jego dobroci. Nie dość, że go okłamujesz i każesz się zamartwiać, to jeszcze bezczelnie handlujesz jego lewym towarem na lewo. A jest jedna rzecz, jakiej pan Wojarski nie lubi bardziej od kradzieży. Kłamstwa.
Przybysz podszedł do kanapy i spojrzał na Staszka głębokim męskim spojrzeniem, takim jakim koledzy obdarowują się kiedy mówią sobie, jacy to są z nich dobrzy przyjaciele.
To przyjacielskie spojrzenie to ostatnie, co zapamiętał Stanisław.
* * *
Ocknął się bardzo mocno związany, siedząc na wygodnym fotelu kierowcy niebieskiej wołgi. Obok niego na miejscu pasażera leżał związany i zakneblowany Jan. Na tylnich siedzeniach leżeli jeszcze nieprzytomni leżeli ochroniarze Jana. Na desce rozdzielczej zieloną farbą było napisane:
Kochany Stasiu i wy panowie kontrahenci. Jako, że nie potraficie się nauczyć, że najlepiej jest nie gryźć ręki, która was karmi, bo tą ręką możecie dostać w pysk. W sumie, możecie się
udławić tymi waszymi pralkami
Po jakimś czasie klamka zatrzeszczała i w drzwiach pojawił się porywacz, ten sam co poprzedniego wieczora.
- Witam panów! Piękny mamy dziś poranek. Jako że widzimy się po raz ostatni przedstawię się. Nazywam się Jakub Trzaskalski. Pa!
Zatrzasnął drzwi. Po chwili zza samochodu usłyszeli tylko „Łapcie pralkę!”
40 metrowy żuraw spuścił na samochód paletę czterech najprzedniejszych czechosłowackich wyrobów. Z samochodu nie zostało zbyt wiele.
Z Trybuny Ludu
„W wyniku straszliwego wypadku w podkaliskich Łubnikach w trakcie rozładunku samochodu ciężarowego jelcz na zaparkowany na pobliskim parkingu samochód spadła paleta czechosłowackich pralek. Cztery osoby zginęły na miejscu.”


Korekta: Pilot