środa, 21 kwietnia 2010

Badanie rynku

Mając czas i szczere chęci człowiek zaczyna pisać. W pewnym momencie dochodzi jednak do sprzężenia i przestaje się pisać jedno a zaczyna drugie. Moment wyjątkowo irytujący, zwłaszcza jak się ma zaczęte 10 opowiadań, z czego 3 dobre. Dlatego zwracam się z pytaniem do Was.
Co Wy chcielibyście przeczytać?
1-"Szuler, czyli ostatni oszust Londynu" ostatnie opowiadanie o Szulerze
2-"Czechosłowacka pralka" opowieść gangsterska z PRLu
3-"Pies Wojny" opowiadanie z mojego ulubionego gatunku dark fantasy/horror fantasy
Liczę na odpowiedzi w komentarzach. Powinienem się uwinąć z tym do piątku/soboty.
Głosujcie!

niedziela, 18 kwietnia 2010

Kurs Na Indie zachodnie!

Skończyłem czytać "Czarną banderę" Komudy, przeplataną z "Czarnymi żaglami Czterdziestu mórz" Lwa Kaltenbergha. Przygody ludzi z pogranicza mary i rzeczywistości działają na mniej jak lep na muchy.
Zamiłowanie do wody mam od kiedy pierwszy raz wszedłem na żaglówkę. Kocham wiatr we włosach, smak wody i wszędobylskich kropelek kiedy płynie się gnaną wiatrem żaglówką. Czekam tylko od wakacji do wakacji na wyjazd nad jezioro. Magia żagli, schwytała mnie i trzyma do teraz. Sprawiła, że pokochałem szanty, których znam koło 100. Przypominają człowiekowi o żaglach. Nie mogę się doczekać momentu, kiedy już zapewne za własną kasę wybiorę się na obóz żeglarski, coby nauczyć się pływać na łódce samemu.
Myślę, że pociąg do przygody i ryzyka tak ciężki do zaspokojenia we współczesnym świecie (Przepraszam który mamy wiek?) można realizować najlepiej nad wodą. Nie odkryje się co prawda nowej wyspy, nie znajdzie skarbu Czarnobrodego ani nie ucieknie przed Hiszpanami, ale dreszczyk emocji pozostaje dreszczykiem emocji. Ta sama potrzeba przygody gnała ludzi na ocean. I tu jawi się moja kolejna głupia przypadłość. Im bliżej lata, tym bardziej owa potrzeba obcowania z naturą, przyroda i co za tym idzie przygodą się nasila. Więc każdy kto ma ochotę na rajd proszony jest o powiedzenie mi o tym przynajmniej 10-20 minut wcześniej bo jestem pierwszym , który idzie wszędzie, w ciemno.
Przygoda sama jako taka to słowo używane coraz rzadziej i głownie w odniesieniu do gier i im podobnego barachła. Potrzeba tak głęboko zakorzeniona w ludzkim umyśle, potrzeba która zrzuciła małpy z drzew, potrzeba która dała początek Ameryce, Coca coli i syfilisowi umarła. Tak! Nieliczni potrzebują zastrzyku adrenaliny podawanego pijawką. Mam tu na myśli rozróżnienie sportów ekstremalnych a wypraw jako takich.
Mam to szczęście , że gmina dobrotliwie nie wytrzebiła całkowicie okolicznych lasów i mam gdzie biegać ciesząc się pogodą, wiatrem i wolnością. Bo ja tak cały czas nie mogę!

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Przyteguj to tam, czyli fach w ręku


Ostatnio zastanawiałem się nad sensem nauki. Rozważania uzasadnione i zupełnie naturalne w przypadku ucznia. No bo w sumie siedząc nad książką wszystko staje się niezwykle ciekawe, każdy kąt i zakamarek kryją nieodkryte tajemnice, ściany nabierają setki kolorów, a chmury w perfidny sposób gnają wolne po niebie. Herbata kończy się w ekspresowym tempie a w człowieku narasta nieodparta chęć do pomocy przy zakupach itp.
Jest kilka plusów nauki.
Po pierwsze , kiedy człowiek coś wie i umie, to niezawodny znak , że żyje. Bo skoro człowiek uczy się całe życie to jest znak tak niezawodny jak ból. Naturalna ciekawość, która pchała naszych pra-przodków z drzew pcha nas teraz ( z mniejszą lub większą siłą) do szkoły, do książek i do nauk.
Więc naukę można uznać za jedną z potrzeb wyższego rzędu, czyli za cechę odróżniającą nas od zwierząt. Ale zgodnie z moim poglądem, że ludzie to takie właściwie nieco cwańsze zwierzęta można powiedzieć, że skoro psa da się nauczyć aportować, to człowieka z jego mózgiem można nauczyć całek i różniczek. I tu rodzi się kolejne pytanie, mianowicie , do której grupy zaliczyć dresiarzy. Czy są oni brakującym ogniwem mojej teorii, czy może jak to mówi Poniedzielski, są to wyjątkowo ciekawskie małpy , które chcą wracać na drzewa. Gotowe i zwarte, w sportowych strojach, wygoleni w razie wszy.
Nauka jako taka jest niezbędna. Ale ja sie pytam, po co człowiek jako istota powiedzmy rozumna musi uczyć się rzeczy tak skomplikowanych jak historia stosunków Polsko-Krzyżackich.
Odpowiedź prosta: bo chce.
Ale dlaczego chce, skoro wie, że po gówno mu się to przyda. Kolejny wniosek nasuwa się sam, osoby z techników , zawodówek itp, po ukończeniu których ma sie fach w ręku są inteligentniejsze niż inteligencja. W takiej kolejności inteligenci są małpami, które z drzewa zlatują na paralotni. Wtedy fachowcy stają sie prostymi makakami, które z drzewa zeskakują, albo schodzą po drabince w zoo.
A skąd ZOO? wymyślili je inteligenci, którzy potrzebowali obcowania z naturą i ratowania zwierząt przed małpami ze strzelbami.
I tu kolejny wniosek. Inteligenci chronią świat przed głupota i impulsywnością nieprzemyślanych działań małp.
Ze świata małp przenosimy się więc z powrotem na Ziemię. Nad książkę do historii i kajdan szkoły. Kajdan dla małp inteligentnych, a poduszkę dla małp-lotników, których życiowym celem jest zbudować własne ZOO albo zginąć próbując. Bo każdy kto uczy się bo chce , a wie, że nic mu to właściwie nie da bez zajebistej pracy przez kolejne kilka lub kilkanaście lat ,a że pieniądze z tego będą dopiero, kiedy ma się fach w ręku, czyli tytuł magistra ma w sobie coś z idealisty- gatunku na wymarciu, który z całą zapalczywością tępię jako jeden z jego podgatunków , czyli klimaciarz. Ja mam o tyle lepiej, że nie idę ślepo za swoją wiarą, tylko patrzę gdzie będzie ciepło i wygodnie patrzeć jak inni idąc po trupach do celu pozabijają się między sobą, a ja po trupach trupów pozbędę się ostatniego idealisty i zajmę jego miejsce. To samo sprawdza się ze stadem pracującym, tyle że jest to społeczność bardziej zżyta ze sobą , więc nie trzeba nawet iść po niczyich trupach, tylko spić całą śmietankę i wiać zanim się plebs zorientuje.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Autobiograficznanotkaocharakterzeegocentrycznegowyznaniamaniaka.


Dawno nic nowego się nie pojawiło, głównie ze względu na moje lenistwo. W sumie jedyną ciekawostką jest to, że jutro w końcu odbędzie się sprawdzian z hiszpańskiego. W związku z tym niebo zaszło ciężkimi chmurami, ptaki zamarły i oczywiście świat stracił wszelkie kolory. Jest lirycznie. Kolejni znajomi popadają w stan "wiosennej nostalgii lamentacyjno-rozleniwiającej" czyli z grubsza ogarnia ich lenistwo i towarzyszące mu zawsze procesy myślowe prowadzące do myśli autodestrukcyjnych, masochistycznych, samobójczych i auto kanibalistycznych. Nie ma co ukrywać, nie każdy przyzwyczajony jest do odosobnienia a co za nim idzie do samopoznania. Nie kryjmy więc tego, że nie każdy lubi siebie takiego jakim jest. A im lepiej siebie poznaje tym bardziej uświadamia sobie, że jest pojebany i nawet by sam sobie ręki nie podał. Ludzi takich rozumiem w stu procentach. Był okres w moim 17-letnim już życiu, że przeszkadzało mi to, że nikt się ze mną nie bawił, potem nikt się nie zachodził zbyt dobrze. I jak Budda kształtowałem sobie charakter na taki jaki mi się akurat podobał. Fakt nie posiadania dobrych przyjaciół ( a nawet kolegów i koleżanek) sprawiał, że każda zmiana zachodziła gwałtownie, szybko i zauważalnie. Teraz kiedy jakiś tam znajomych mam. BA! mam nawet przyjaciela! Procesy zmian zostały zahamowane, bo sam sobie się podobam i to uważam za podstawę dobrego samopoczucia.
Dodam do tego, fakt, że w trakcie burzliwej młodości i przemian z nią związanych interesowałem się chyba wszystkim. Po trochę, po trochę i z każdego hobby coś zostało. Teraz w liceum, jako gotowa niezdatna do spożycia mieszanka wybuchowa okazuję się człowiekiem dosyć ciekawym (przynajmniej tak się dowiedziałem) i niebanalnym. Ma to oczywiście swoją cenę. Trudny i ekscentryczny charakter nie przypada wielu (większości) do gustu. Odkryłem ostatnio, że jestem rzeczywiście uzależniony od herbaty. Pewnie to robota kofeiny. Spora dawka jednorazowo sprawia , że mogę nie spać przez trzy noce z rzędu. Założę kabaret.
Teraz idę zrobić sobie senchę, która swoją drogą niemiłosiernie szybko znika. Do zobaczenia.

sobota, 3 kwietnia 2010

Five o'clock madness, czyli jak zrobić samemu herbatę


Przyszły święta. Ja bardzo lubię święta, a co za tym idzie święty spokój. Jednak w trakcie gorączkowych przygotowań spokoju jak na lekarstwo. By nie zostać wyklętym,a z domu wyrzuconym z powodu nieprzydatności płynącej ze swego rodzaju ułomności jakim jest niepomocność zabrałem się za własne przygotowania do świąt Wielkiej Nocy. I tak kiedy babcia i mama uwijały sie przy ciastach, dziadek mieszał sałatkę, a ojciec szukał spokojnego miejsca, w którym mama go nie znajdzie i nie zaprzęgnie do pomocy w sprzątaniu ja biegałem po domu robiąc zamieszanie i przygotowując... herbatę.
Postanowiłem się z Wami podzielić moim arcytajnym przepisem w łopatologicznie prostym tutorialu.
Zaczynamy!
Po pierwsze każda herbata musi składać się z suszu herbacianego (skąd zapewne ma swoją nazwę), tenże susz otrzymuje się z suszonych liści krzewu herbacianego. Te właśnie listki będą stanowiły naszą bazę. Ja użyłem wysokiej jakości herbaty z regionu Assam, ma wyrazisty smak i lubię jej aromat.Herbatę można dostać w każdym sklepie, sugeruję jednak nie kupować do tych celów herbaty w torebkach, a raczej sypaną w herbaciarni. Na przyszły tydzień zaplanowałem sobie porównanie herbaty sypanej w niegustownych dziwnych opakowaniach z napisem "Indie" i herbaty z herbaciarni z liptonem i Loyd Tea.Jakby ktoś pytał jest to herbata czarna. Potrzeba jej około 10 dkg.
Do bazy dodałem pokruszone suszone płatki róż sypałem na oko wyszło ich jakiś 1dkg.
Płatki mają to do siebie, że dają strasznie mocny smak, tak więc osoby lubiące herbaty różane mogą odpuścić sobie resztę przepisu. Ja nie lubię mocnych różanych herbaty, wolę herbaty kwaśne, ewentualnie kwaskowate. By zabić smak róży, pozostawiając jej aromat (lub na odwrót) dodałem do pierwszej mieszaki resztkę posiadanej przeze mnie trawy cytrynowej (około 0.5 dkg)
Jeśli ktoś nie ma trawy cytrynowej, lub nie ma do niej dostępu może dodać zwykłą trawę, nie ręczę jednak za końcowy smak herbaty, gdyż nigdy nie sprawdzałem wpływu suchego zielska na smak herbaty.
Po zmieszaniu wyglądać powinno to tak:
Z doświadczenia wiem jednak, że sama trawa cytrynowa nie zmieni zupełnie smaku, a tylko doda swój zajebisty aromat. Postanowiłem więc dodać cytrusy, a dokładniej ich suszoną skórkę. I tu pojawił sie spory problem, bo nigdzie w okolicy nie mogłem jej dostać w stanie nadającym się do spożycia w herbacie. W wyniku zaistniałej sytuacji postanowiłem zrobić suszoną skórkę samemu.
A jeśli dalej czytasz przepis, także Ty dowiesz się o starożytnej sztuce suszenia cytrusowej skórki, sekret przekazał mi Tybetański mnich konając.
Potrzebne będą cytryny (3) i pomarańcze(3) . W sklepie należy poprosić panią Grażynkę o takie z grubą skórką, jeśli jednak nie ufacie tej jednookiej kulawej jędzy możecie poszukać samemu.
Gdy zadowoleni przyniesiecie owoce do domu należy dokładnie oblać je wrzątkiem starając sie równocześnie samemu pozostać poza zasięgiem wrzątku. Robimy to ze względu na to, że ogromne zakłady przetwórstwa owoców chcąc naszej śmierci wcierają w skórki różne paskudztwa mające bronić je przed szkodnikami. Ja jednak jestem dosyć cwaną sztuką i przede mną sie nie obroniły. Wyparzone skórki będą pachnieć na cały dom i nabiorą takiego koloru jaki teoretycznie powinny mieć.

Teraz w garść należy złapać nóż tak ostry, że zazwyczaj mama nie pozwala go dotykać, a jego jedynym praktycznym zastosowaniem jest ćwiartowanie zwłok w piwnicy. Przy pomocy tego straszliwego narzędzia z koszmarów należy rzucić się na Bogu-ducha-winne owoce. Pozbyć się czubków, bo są niesmaczne a resztę skórki obrać.
Należy zrobić to możliwie dokładnie, pozbywając się każdego brzydkiego kawałka, zostawiając tylko ładną, pachnącą skórkę.
Pozostaje po tym masa odpadków, ja je wyrzuciłem do sąsiada, wy możecie je zjeść.
Teraz przyszedł najtrudniejszy moment. Skórki, które nie trafiły do sąsiada należy obrać z tego białego czegoś. Ten proces wymaga cierpliwości, by po trzecim skrawku nie powiedzieć "pierdole!" , równowagi psychicznej, by po tych słowach nie rzucić nożem w kota, psa albo siostrę. Wymaga też dokładności, bo im dokładniej obierze się skórkę tym szybciej się wysuszy i będzie smaczniejsza. By to zrobić trzeba bardzo-ostry nóż prowadzić maksymalnie przy tej części którą chcemy. Jednym szybkim ruchem pociągnąć nóż po skórce (tak by siebie przy okazji nie skaleczyć)
Gotowe powinno wyglądać tak:
Im cieńsze paski tym łatwiejsza jest potem ich obróbka. Po tym etapie zostaje jeszcze więcej śmieci, które wywalamy do sąsiada.
Po obraniu wszystkich skrawków trzeba je pociąć, to też trzeba zrobić tak dokładnie jak jest to możliwe, bo im mniejsze kawałki tym szybciej się wysuszą i tym lepsze będą w herbacie. Ciąć należy na paseczki , tak by Wasza babcia była z Was dumna a i palce były całe.
teoretycznie będzie wyglądało to tak:

Najtrudniejsze za Wami. Teraz gdy wszystko pocięte jest w zgrabne paseczki przyszła pora na suszenie.
Z historii:
Jako pierwsi jedzenie zaczęli suszyć północno-amerykańscy Indianie. Używali do tego słońca i wiatru, suszyli głównie mięsa i zioła, nie wpadli więc jak suszyć cytrynową skórkę. Byli głupi, bo zamiast herbaty woleli pić mleko bizonów i własny mocz, nie dziwne więc, że wyginęli.
Poczułem w sobie wewnętrznego Indianina. Ubrany w skórzane kierpce, pióropusz i przepaskę na biodrach wybiegłem na pole z pociętą skórką i ustawiłem ją do słońca.
Po odprawieniu tańca Słońca poszedłem coś zjeść. Wiatr bardzo wziął do siebie to że nie złożyłem mu ofiary, który w ciągu 20 minut mojej nieobecności pozbył się wszystkich kawałków skórki.
Musiałem więc powtarzać całą operację . Tym razem jednak mając na uwadze fakt, że dziadek postanowił zapalić w kominku skorzystałem z dobrodziejstwa mechanicznego ciepła i w przeciągu 3-4 godzin wysuszyłem skórki na wiór. W międzyczasie napisałem wyjątkowo nieparlamentarny post na jednym z Indianistycznych forów, gdzie wygarnąłem im co myślę o suszeniu na słońcu.
Gotowe wysuszone skórki powinny wyglądać tak:
Tak przygotowane suszone skórki dodajemy do wcześniej zrobionej mieszanki.
Po zaparzeniu ma mieć brunatno-złoty kolor, cytrusowy zapach a różano-cytrusowy smak.Parzyć tylko raz. Skórkę można wyłowić i zjeść.
Czas przygotowania:6 godzin z suszeniem
Wartość energetyczna: ?
Kalorie: Mało
Ilość porcji:90-120
Smacznego!