czwartek, 19 sierpnia 2010

Europejska szkoła walki mieczem



Każdy kiedyś pomyśli sobie "To jest dobre". Bóg pomyślał tak, kiedy ulepił człowieka, Franek pomyślał tak kiedy wziął do ręki aparat, a profesor Fundakowska kiedy pierwszy raz przyszła na komisa w sierpniu. Tak pomyślał i Syzmon kiedy pierwszy raz w ręce przyjemnie zaciążył bokken. Niby nic wielkiego, ot zwykły dębowy kij wyprofilowany w kształt katany. Jednak ktoś kto od dziecka kochał broń i wszelkiego rodzaju militaria pomyśli sobie ooo tak maleńka! Zwlekałem z zakupem długo nie bez powodu. Z natury bokkenem walczy się jak kataną, czyli po japońsku. A tu wkracza bushido, czyli etos wojownika. Walka staje się powoli styl;em życia, a ja od bushido wolę jednak chanoyo. Poczytałem trochę w internecie i poznałem podstawowe tajniki europejskiej szkoły. Zapytacie co to? Już odpowiadam! W Europie wieków średnich na polach bitew królowała niepodzielnie jazda. JEdnak kiedy rycerz zsiadał z konia do akcji wkraczał miecz. Poza tym wszelkiego rodzaju wojska zaciężne, górale i wojownicy używali długich (półtoraręcznych) mieczy.
Kilku mądrych mnichów zapisało wszystkie zasady używania tychże mieczy w traktatach i w ten sposób znam podstawy niemieckiej szkoły walki mieczem.
Trening polega na ćwiczeniu techniki, siły, szybkości i taktyki walki, oraz ze sparingu, czyli jak to ładnie Dark ujął "walce na pełnej kurwie". Wracając człowiek jest obolały i zadowolony. Zadowolony jak diabli.

Chyba rozumiem czemu tak chętnie chodzisz na siłownię Kacper.

Po treningu zielona herbata. KONIECZNIE!




środa, 4 sierpnia 2010



Zaczęło się niewinnie, jak zwykle z resztą wszystko się zaczyna. Po porannej herbacie i śniadaniu nie miałem za bardzo nic do roboty więc zadzwoniłem. "Kuba, co robisz, jesteś w Jedliczu?" "Taa, a co?"
Piętnaście minut później stałem już na klatce schodowej i usiłowałem dostać się do środka. Kuba oglądał akurat top gear, więc powiedziałem mu zakończenie całego odcinka. Na wyjazd zgodził się bez problemu. Jeszcze tylko sprint do piwnicy po rower, trochę prowiantu i aparat. "Narowerach?" zapytałem zniesmaczony, bo miałem ochotę połazić po lesie. "Pojedziemy dalej"- W sumie miał rację. No to wróciłem do siebie, zabrałem wodę i wyciągnąłem arcy-wygodny turingowy rower (holenderkę). Jeszcze tylko wyzerowanie liczników i stoperów i można startować. Pierwszy punkt- Hajdasz!
Pogoda dopisywała, było ciepło i bezwietrznie. Droga pusta i niezbyt dziurawa. Dojechaliśmy do Zręcina i zamiast skręcić w kierunku kościoła jak to zwykle robiliśmy, to pojechaliśmy w prawo. Górka jak górka, zmiana przerzutek na tryb podjazdu i można atakować.


Taa kurwa, górka jak górka... wcale nie, potwory takie jak ten podjazd z czasem dostają duszy i za wszelką cenę chcą ze swojego wyasfaltowanego grzbietu zrzucić każdego śmiałka. Nie daliśmy się i dotarliśmy na szczyt.
Morderczy podjazd opłacił się i powiew wiatru na szczycie oraz niesamowita panorama zrekompensowały ból nóg.

Rzut okiem na mapę i już możemy jechać dalej. Podjazd okazał się dopiero połową zabawy. Po 100 metrach zjazdu w dół oczom naszym ukazał się widok jeszcze potworniejszy. Myślałem, że to koszmar. Kuba skomentował to krótko" Wyplujemy płuca". Otóż moi drodzy, na szczycie jednej "złej" góry wyrastała druga, jeszcze większa. Prosta wyasfaltowana niedawno (dzięki Ci Unio!) droga prowadziła na szczyt. O trudach podjazdu pod 1100metrów o masakrującym kolana nachyleniu nie mam się co rozpisywać. Całkiem niedaleko powietrze młóciły wiatraki a za nami była jakaś wieża komunikacyjna. Szczyt okazał się zbawieniem. Niesamowita panorama, przyjemny wiatr i odrobina cienia. Postój przeciągnął sie przez moją oponę, która w podejrzany sposób szybko traciła powietrze. Dobiłem więc powietrza do oporu i zaczęliśmy to, na co tak długo czekaliśmy. Jak powszechnie wiadomo każdy kij ma dwa końce, a każda górka ma dwa zjazdy. Potworna wspinaczka miała zostać zrekompensowana przez zjazd. ponad 2 kilometry idealnie asfaltowej drogi wijącej się między polami na zboczu monstra, na które udało nam się wtoczyć. Na mapie wyglądało to ładnie, biała kreska przyjemnie wijąca sie między poziomicami. W realu okazała się to najlepsza droga , jaką jechaliśmy kiedykolwiek.
Po pierwsze nie trzeba było pedałować, po drugie każda prędkość powyżej 40 na rowerze zmienia sie we frajdę samą w sobie, a jazda po tej krętej trasie 45 na godzinę była niesamowita. Widoki, jak z resztą widać na zdjęciu powyżej (zdjęcie ze szczytu) cieszyły oczy w trakcie zjazdu. Niestety duża prędkość sprawiła, że droga wydała się krótka, mimo to cholernie satysfakcjonująca. Dojechaliśmy do Faliszówki(?) i zasiedliśmy nad mapą przy butelkach wody. Najpierw 5 minut podniecaliśmy się drogą, a potem stwierdziłem, że nie ma sensu wracać na obiad i zamiast do Hajdasza pojedziemy do mojej rodziny w Sulistrowej (pierwotnie myślałem o przejażdżce do rodziny w Głojscach, ale tamtejsze drogi są beznadziejne, a moja znajomość terenu żałosna). Z Faliszówki po małym zamieszaniu z kierunkiem jazdy ruszyliśmy w kierunku Żeglec.
Droga wiodła jak ja to nazywam "Podkarpacko" czyli naprzemienne zjazdy i podjazdy powykręcane jak ręce paralityka próbującego zrobić "idzie kominiarz". Niespecjalnie ciekawe widoki, dużo postojów związanych z pompowaniem mojej tylnej opony.
Kolejnym godnym uwagi punktem była górka w Chorkówce, której Kuba nie dał rady (ha a ja podjechałem!) tam kolejny rzut oka na mapę i dawaj przed siebie. Ciągła jazda pod górkę dała w kość i mieliśmy serdecznie dość podjazdów, ale przed nami majaczyło widmo makabryczne i straszne. Kuba o tym nie wiedział, ale ja to znam z doświadczenia. Otóż aby dostać się do wsi takich ja Kobylani, Sulistrowa itp trzeba pokonać spory las. Pokonać, czyli cały czas jechać pod górę. Długą i męczącą, a z naszą kondycją nie jest najlepiej (pusty demoniczny śmiech Juszczyka) . Postój w lesie, schłodzenie głowy w leśnym strumyczku i sweet focia.
Zamaskowane w lesie rowery czekały na swoich jeźdźców.
Górka chciała naszej śmierci. Zrzuciła Kubę z roweru, mi prawie rozerwała kolana. Ta także miała duszę i to tak cholernie wredną , że gdyby była człowiekiem najpierw zaproponowałaby Ci ciastka, tyle że w tych ciastach byłby osobisty wkład jej wielkiego czarnego brata.
Zjazd nie był zbyt satysfakcjonujący po mało stromy i krótki oraz zakończony następnym podjazdem. Prosta droga z Kobylan do Sulistrowej dłużyła się bez skrupułów, ale w końcu dotarliśmy, gdzie entuzjastycznie powitała nas moja ciocia. Osobliwy obiad w postaci 2 centymetrowej grubości kawałka szynki i równie grubego plastra sera w bułce zaspokoił głód.
Kożystając z faktu, że byliśmy u rodziny, postanowiłe zrobić porządek z upierdliwą dętką. Po fachowym badaniu dętka okazała się cała. Opona równierz. Nie pozostało nam nic innego jak tylko napompować ją kompresorem do 2,5 atmosfery i zamontować .
Droga powrotna była niezwykle satysfakcjonująca. Po pierwsze byliśmy nieco wypoczęci a po drugie prowadział prawie cały czas w dół. Na szczycie górki-mordercy stał dumny znak "Ograniczenie do 30 km/h" Na moim liczniku pojawiło sie dumne 61,7 a na liczniku Kuby 63,2. Więc zjazd był wyjątkowo przyjemny. Przez Zręcin wracaliśmy już spokojnie gadając tylko o tym jak to fajnie wraca się cały czas z górki.
Przednia zabawa, wyjątkowo satysfakcjonujące zjazdy nagradzające karkołomne podjazdy. Kocham to Podkarpacie.